Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doctor who. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doctor who. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 kwietnia 2017

Whoiku

W ostatni weekend w Krakowie odbyła się druga edycja Whomanikonu – zlotu miłośników Doctora Who. Wśród prelekcji, dyskusji panelowych i szeregu innych atrakcji znalazło się miejsce na wystawę twórczości fanowskiej, na tej zaś wystawie: na kilka moich wierszy.

To w sumie dobra okazja (podobnie jak zbliżający się powrót serialu na antenę), żeby przypomnieć cykl haiku, który napisałem, inspirując się dziewiątym sezonem. Trzynaście wierszy do przeczytania pod linkiem:

http://gallifrey.pl/doktor-haiku-sezon-dziewiaty-w-trzydziestu-dziewieciu-wersach/

wtorek, 22 listopada 2016

Alchemia

dla P.S.

To ten nóż, który drapie
odsłonięty nerw
w twoich wewnętrznych
czasoprzestrzeniach,
najlepiej zmienia się w mosiądz: w klucz sunący
po strunie fortepianu.

Bełk, 11.11.2016

* * *

Zrobiłem sobie ostatnio przerwę w wierszowych wtorkach – w moim życiu dużo się zmieniało, nie miałem tyle czasu na pisanie codziennych wierszy. Czułem też, że nie mam nic, czym naprawdę mógłbym się podzielić, a nie chciałem wrzucać byle czego tylko po to, żeby było. Nie o to chodzi w tym projekcie. To również zapowiedź na przyszłość: luki mogą się zdarzać.

Był ostatnio taki czas, kiedy świat mnie smucił i przerażał. I wtedy przypomniałem sobie, jak dużo znaczy dla mnie Doctor Who, o tym wszystkim, co dla mnie symbolizuje. Kiedy później zabrałem się za oglądanie Class, [SPOILER ALERT] dźwięk TARDIS sprawił, że łzy napłynęły mi do oczu.

You don’t just give up. You don’t just let things happen. You make a stand. You say “no”! You have the guts to do what's right when everyone else just runs away!

wtorek, 18 października 2016

Wierszowy wtorek. Regeneracja

mój ulubiony Doktor
żyje przez kilka sekund
czasem jego sekret wyjawia się przedwcześnie
wtedy umiera zanim się narodzi

wraca co kilka lat gdy jego twarz
jest złotą skrzącą chmurą
czystej potencjalności
gdy może być każdym nawet twoją babcią
a ja zawisam w oczeki

waniu
na szczycie górskiej kolejki
wolny od siły ciążenia
póki spojrzenie w dół
nie złamie kruchej tafli
funkcji falowej
wtedy znów się obudzę
w jedynym z możliwych światów

lecz jeszcze nie teraz

wtorek, 10 listopada 2015

Doctor Who – paczka tekstów

W ciągu ostatnich miesięcy opublikowałem kilka tekstów okołodoktorowych i zapomniałem o nich tutaj wspomnieć, wrzucam więc teraz informację zbiorczą:


  1. Brzemię białego mężczyzny – w tekście tym przyglądam się sposobowi pisania postaci Doktora w sezonach Stevena Moffata, a refleksje z analizy próbuję osadzić w kontekście współczesnej męskości.
  2. Regeneracja X – przekład pięknego eseju jednej z moich ulubionych pisarek, Catherynne M. Valente. Pisze ona o mitycznym podłożu relacji między Doktorem a towarzyszką oraz o znaczeniu regeneracji.
  3. Jeden dzień w Cardiff – będąc w zeszłym roku w Cardiff, miałem sposobność odwiedzić wystawę Doctor Who Experience. W tym tekście opisuję swoje wrażenia.
  4. Nieuchwytna tak samo, jak sekretne prawdy wszechświata. Wywiad z Philipem Sandiferem – Philip Sandifer to bloger, autor m.in. monumentalnej analizy Doctora Who zatytułowanej TARDIS Eruditorum. Rozmawiałem z nim o Doctorze, a także o przydatności okultyzmu w krytyce literackiej oraz o tym, czemu Steven Moffat jest geniuszem.
  5. Dziewięć rzeczy, za które antyfan kocha Stevena Moffata – ósmy sezon Doctora poważnie mnie rozczarował, do tego stopnia, że w połowie przestałem go oglądać. Przed sezonem dziewiątym próbowałem jednak zmienić swoje podejście na nieco bardziej przychylne, a żeby tego dokonać, powróciłem myślami do rzeczy, które kiedyś w pisarstwie Moffata mnie zachwyciły.

środa, 26 grudnia 2012

Doctor Who s07 Christmas Special: The Snowmen

... w którym poznajemy „nową” towarzyszkę Doktora.



(SPOILERY.) Nie wiem, czy już obeschły Wam łzy po odejściu Pondów, ale czas ruszyć dalej razem z Doktorem. W końcu jest jeszcze tyle miejsc (i czasów) do zobaczenia, tyle planet do uratowania... prawda? Hej? Halo? A może ostatni przedświąteczny odcinek był zbyt wyczerpujący emocjonalnie i wolicie siedzieć zamknięci w swoich pokojach? Doktor zdecydował się na to drugie rozwiązanie i swoje dnie spędza najwyraźniej w TARDIS zaparkowanej w chmurach. Przynajmniej do momentu pojawienia się pewnej znajomej (dla nas, nie dla niego, co jest zresztą istotne dla fabuły) twarzy. Znajoma twarz, wraz z resztą osoby, której jest częścią, postanawia wciągnąć go w ratowanie świata.


„Już tego nie robię”
Początkowa, pełna apatii postawa Doktora była dla mnie wręcz szokująca – Doktor, szczególnie Jedenasty, w sytuacji napięcia emocjonalnego i straty, wydawał mi się skłonny raczej do przemocy, okrucieństwa, dzikich wybuchów megalomanii (patrz: Waters of Mars), nigdy do apatii. Ten wątek oczywiście już się pojawił w Closing Time, a teraz tylko powrócił (choć w bardziej intensywnej postaci), ale nadal nie potrafię do końca zrozumieć jego podejścia.

Madame Vashtra i Jenny są absolutnie cudowne, co było widać już w prequelowych filmikach, a teraz widać znowu. I nawet się pobrały! Chcę, żeby było ich w tym serialu jeszcze więcej. Podobnie jak Straksa, którego intelekt jest najwyraźniej odwrotnie proporcjonalny do komizmu. Nie szkodzi. Jedyne, co mnie zastanawia, to kpina i niemal pogarda, z jaką odnosi się do niego Doktor. Czy Doktor jest rasistą wobec Sontaran? W tym odcinku trochę tak to wygląda.


Nie(d)opowiedziane historie
Dr Simeon był świetnym, bardzo intrygującym złym, niestety straszliwie zaniedbanym, zwłaszcza jeśli zestawić go z Kazranem Sardickiem, którego ogromnie mi przypominał. Bardzo bym chciał więcej jego życia, jakieś próby integracji z otoczeniem – taka olbrzymia izolacja, w jakiej wydaje się funkcjonować (właściwie sam na sam ze swoimi myślami o unicestwieniu ludzkości), byłaby przejmująca, gdyby została ukazana bardziej szczegółowo. No i te „wiktoriańskie wartości”, ledwo zasugerowane, a to tak ciekawa kwestia. Szkoda. Ogromne uproszczenie czarnych charakterów jest dla mnie na razie sporą wadą siódmego sezonu.

Inteligentny śnieg też zniknął dość antyklimaktycznie. Ale chyba powróci? Na to się zanosiło na końcu, w scenie z wizytówką.

Drugą postacią, której chciałbym widzieć więcej i o której chciałbym więcej wiedzieć, był kapitan Latimer. Mam wrażenie, że w jego dystansie wobec dzieci kryła się ciekawa historia, niestety – nieopowiedziana.


Dziewczyna od sufletów
Oczywiście wszystko to, co napisałem, ma swoje uzasadnienie: pojawia się nowa-stara towarzyszka, Clara/Oswin Oswald, chociaż tutaj też czegoś zabrakło. Ogromnie mnie na przykład zaciekawiło, czemu pracuje jako guwernantka i jednocześnie barmanka. Początkowo wyglądała wręcz na złodziejkę albo oszustkę. Ale wielkie tajemnice z nią związane okazały się ważniejsze niż jakiś życiorys. Biorąc pod uwagę fakt, że umarła na końcu odcinka, trudno się dziwić, ale wystarczyłaby jakaś drobna wzmianka, by to wyjaśnić.

Przeszkadza mi ta pobieżność i chaotyczność, bo odcinki wprowadzające towarzyszki zazwyczaj były niezwykle płynne i włączały je bezproblemowo w bieg fabuły (weźmy choćby Partners in Crime z czwartego sezonu).

Mimo to Clara ogromnie, ogromnie mi się podobała, bardziej niż Amy. (Naprawdę). Stawała się momentami typową Moffatowską Mary Sue (czy mi się wydaje, czy to całowanie Doktora było takie apropos niczego?), ale właśnie: tylko momentami. Poza tym jest świetnie zagrana i ma mnóstwo charyzmy. Jeśli miałem jeszcze jakieś zastrzeżenia czy obawy wobec nowej towarzyszki, to ten odcinek spełnił swoją rolę, całkowicie je usuwając. Nawet Wielka, Moffatowska Tajemnica™ mnie nie razi, przeciwnie, zapowiada się ekscytująco. Jenna-Louise Coleman wnosi do tego serialu mnóstwo świeżej energii, której trochę już byłem spragniony, bo właściwie zaakceptowałem odejście Pondów już na etapie Closing Time (choć zdaję sobie sprawę, że dalsze odcinki były konieczne, by zakończyć ich historię odpowiednio tragicznie i dostarczyć Doktorowi angstu).


Ostatecznie więc, mimo że The Snowmen to odcinek mało świąteczny, dał mi coś, czego trochę mi już zaczynało brakować: zastrzyk entuzjazmu wobec serialu, który kocham. A Wam?


PS. Trochę sceptycznie podchodziłem do pomysłu wprowadzenia nowych napisów i nowego wnętrza TARDIS, wydało mi się to kolejnym niezbyt pozytywnym przejawem nowego, bardziej efektownego (żeby nie powiedzieć: efekciarskiego) podejścia twórców do tego, co serial ma sobą reprezentować. Moje obawy się nie rozwiały, ale muszę powiedzieć, że podoba mi się jedno i drugie (bardzo fajnym akcentem w TARDIS są ornamenty w stylu Władców Czasu).

PS2. Czytelnikom życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku, ekscytujących doświadczeń i dobrych ludzi wokół. Do napisania w 2013.

wtorek, 2 października 2012

Doctor Who s07e05: The Angels Take Manhattan

Z poczucia obowiązku wspomnę o SPOILERACH. Nie czytaj przed obejrzeniem piątego odcinka siódmego sezonu.



A więc pożegnaliśmy Pondów. Może nie z wykopem, ale na pewno ze łzami w oczach. Tym razem nie było żadnych bombastycznych ani też przerażających pomysłów, był za to autentyczny smutek. I w efekcie powstał chyba najlepszy odcinek tej połówki sezonu, odcinek, w którym wszystko było na miejscu. A jednocześnie trudno mi powiedzieć o nim wiele więcej, poza smutnym „Och, Pondowie”. Bo trudno pisać o emocjach, jakie wywołuje odejście dwójki ludzi, z którymi spędziło się ponad dwa lata (nawet, jeśli byli to ludzie nieprawdziwi) i obserwowanie takiego poświęcenia, jak w końcówce odcinka. Tego trzeba doświadczyć. Dlatego notka ta będzie dużo mniej koherentna niż poprzednie i ograniczę się po prostu do wspomnienia o kilku rzeczach, które zwróciły moją uwagę, w dość przypadkowej kolejności.


– Powtórzę jeszcze raz: cieszę się bardzo, że Moffat nie próbował przeładować tego odcinka genialnymi pomysłami i całość była podporządkowana pożegnaniu Amy i Rory'ego. Dzięki temu wszystko ze sobą świetnie grało.

– Anioły straszyły mało, a jeśli już, to w sposób dość standardowy. Mimo to za pomocą Winter Quay Moffatowi udało się w fantastyczny sposób przedstawić ich charakter, a ja uzmysłowiłem sobie, do czego sprowadza się ich charakter (może ktoś już na to kiedyś wpadł, ja dopiero teraz potrafię to właściwie opisać): Anioły są głodne. W pewnym sensie czyni je to przeciwnikami jeszcze prostszymi niż Dalekowie i Cybermeni, za których działaniami stoi jakaś ideologia. Samotni Zabójcy chcą się po prostu najeść i cały ich ogromny intelekt jest skierowany na zdobycie pożywienia. To drapieżnicy, którzy zastawiają pułapki (Winter Quay było niesamowicie pomysłową pułapką) i lubią się bawić swoimi ofiarami (to już widzieliśmy zresztą w piątym sezonie).

– Statua Wolności jest co prawda z metalu, a nie z kamienia, ale i tak rządziła. Ujęcie z nią było dla mnie najładniejszym kadrem w tym odcinku.

Only you could fancy someone in a book – nie, Rory, wcale nie.

– Świetne okulary, Amy.

– Czasami w odcinkach Moffata ma się wrażenie, że bohaterowie spędzają długie minuty na wymyślaniu błyskotliwych i dowcipnych tekstów, dzięki którym wyjdą na inteligentnych. W tym odcinku dialogi brzmią po prostu tak, jakby bohaterowie byli błyskotliwi, dowcipni i inteligentni. Bardzo mnie to ucieszyło.

He said: “I just went to get coffee for the Doctor and Amy. Hello, River.” –ten moment autentycznie wywoływał ciary.

Timey wimey stuff i motyw z książką były bardzo dobre (czy tylko ja myślałem, że wyrwane zakończenie umożliwi Doktorowi zmianę przyszłości?); paradoksalna natura Nowego Jorku i niemożność ponownego spotkania Doktora z Pondami trochę naciągnięte, ale nie takie rzeczy już akceptowaliśmy w tym serialu.

– River, kiedy akurat nie jest jedną z postaci, które silą się na dowcipy, jest fantastyczna.

You think you'll just come back to life? – When don't I?! – Rory jest najlepszy.

– TEN moment. Doskonały, z nieprzesadzonymi dialogami i świetną muzyką. Nawet zwolnione tempo działa, choć czasami potrafi zepsuć rzeczy dobre.

– Wszystko dobrze, wszyscy są uratowani (z wyjątkiem kolekcjonera Aniołów? ale kto by tam się nim przejmował) iii już nie.

– Moment, w którym Amy daje się dotknąć Aniołowi, przypomina mi Amy's Choice, jeden z moich ulubionych odcinków. Nie mogę tego nie lubić.

– Biedny Brian.


I w ten sposób dotarliśmy do końca podróży Pondów z Doktorem. Przez te trzy miesiące (czy tylko ja wolałbym 13 odcinków jednym ciągiem?) możemy się teraz pozastanawiać co dalej, kiedy wrócą Shakri i jak to będzie z Polami Trenzalore. Jedno jest pewne – duuużo się zmieni.


Och, Pondowie. Będę tęsknił.

wtorek, 25 września 2012

Doctor Who s07e04: The Power of Three

Oczywiście spoilery do najnowszego odcinka, więc nie czytaj, jeśli nie widziałaś/widziałeś jeszcze The Power of Three.


Moja tęsknota za erą Russella T. Daviesa została częściowo zaspokojona (choć nie do końca; zdecydowanie zamierzam wrócić do wcześniejszych sezonów) dzięki The Power of Three, który bardzo mocno kojarzył mi się z nieco ze starą Nową Serią. To chyba mój ulubiony odcinek, zaraz za Dinosaurs on a Spaceship (oba napisał zresztą, podobnie jak Pond Life, Chris Chibnall) i gdzieś w okolicach Asylum of the Daleks. Było tu wszystko, co lubię: świetna intryga (przynajmniej do pewnego momentu, ale o tym później), MNÓSTWO humoru i sporo emocjonalnych scen. Oraz tata Rory'ego.


Ménage à trois
Ten odcinek można opisać bardzo zwięźle i trafnie jako „pełnometrażową wersję Pond Life”, również skupia się bowiem na kontraście między dwoma równoległymi życiami Amy i Rory'ego: na Ziemi i na pokładzie TARDIS. Podobnie jak pierwsze cztery odcinki miniserii, ogląda się to niezwykle przyjemnie – ale jednocześnie jeszcze bardziej razi jej ostatni odcinek i wątek Pondów z Asylum of the Daleks; pomysł, że Amy zamiast porozmawiać z Rorym wolałaby doprowadzić do rozwodu, jest kompletnie nie z tej ziemi. Niestety nie w tym dobrym znaczeniu.

Drugim skojarzeniem, jakie mi się nasuwa, jest The Lodger – tutaj, podobnie jak tam, Doktor staje twarzą w twarz z Codziennością, choć tym razem wydaje się nią o wiele bardziej znudzony. Może to dlatego, że życie Amy i Rory'ego jest poukładane i nie wymaga naprawy. Przypuszczalnie również dlatego, że kostki nie chcą nic robić! (scena z „jak długo mnie nie było? Jakąś godzinę” jest świetna, aż się głośno roześmiałem). Do tego jeszcze dojdziemy.

The Power of Three koncentruje się jednak nie na Doktorze, a właśnie na jego towarzyszach i sytuacji, która odróżnia ich od wszystkich wcześniejszych. Zarówno Rose, jak i Martha oraz Donna nie miały do czego wracać, dopóki podróżowały z Doktorem, aż w końcu odchodziły od niego (na ogół nie z własnej woli) i zajmowały się życiem. Amy i Rory od końcówki ostatniego sezonu mają własne, zwyczajne życie, a jednocześnie ciągle podróżują z Doktorem. The Power of Three świetnie ukazuje nieprzystawalność tych dwóch światów (myślę, że to także jeden z powodów, dla których nie widzimy na przykład jak Doktor poznaje przyjaciół Pondów; poza tym jak to jest, że Rory może nie pokazywać się w pracy przez parę miesięcy i nie został jeszcze zwolniony? Musi być naprawdę dobrym pielęgniarzem). Drugą różnicą jest to, że czerpią satysfakcję z życia pozaTARDISowego, bez kosmitów, dlatego trudno im dokonać wyboru. Bardzo mi się podoba to, że traktują życie codzienne jako równie fajne (choć z innych powodów), co życie w TARDIS, choć jestem pewien, że podróżowanie z Doktorem miało na to duży wpływ.

Bardzo podobała mi się również rozmowa Doktora z Brianem. Angst z powodu losu towarzyszy (Donna :() wydaje mi się o wiele bardziej wiarygodny niż z powodu zła dokonywanego przez Doktora.

Powolna inwazja
Pomysł z masą czarnych kostek, które pojawiają się i nic nie robią, jest absolutnie rewelacyjny i genialny, zarówno jako motyw do wykorzystania w odcinku, jak i plan inwazji. Jestem przekonany, że bez problemów by się powiódł i że przebiegłby dokładnie tak, jak pokazano. Z jakiegoś powodu ten właśnie motyw skojarzył mi się z erą Russella T. Daviesa, chyba ze względu na to, że to właśnie za jego czasów często pojawiały się odcinki, w których coś dziwnego i pozaziemskiego pojawiało się współcześnie na Ziemi, z transmisjami telewizyjnymi i innymi takimi. Ten rodzaj fabuł w zasadzie zniknął od piątego sezonu (wyjąwszy otwierający piąty sezon The Eleventh Hour).

Te skojarzenia umocniło jeszcze pojawienie się UNIT-u z Kate Stewart, która na początku przypominała Yvonne Hartman z Torchwood 1, a później okazała się osobą zupełnie inną i absolutnie cudowną. Chcę jej więcej, to moja druga ulubiona postać w tym odcinku.

Pierwszą jest oczywiście Brian. Ktoś najwyraźniej wysłuchał moich modlitw o więcej Marka Williamsa w Doctorze Who. Wspomniana już scena z Doktorem malującym płot i podbijającym piłkę jest śmieszna, ale to właśnie Brian wprowadza najwięcej humoru i kradnie każdą scenę, w której się pojawia (najlepsza jest ta, w której zastanawia się, czym mogą być czarne kostki).

A wracając do intrygi: wszystko jest super aż do zakończenia, w którym nagle jak diabeł z pudełka wyskakuje Moffat ze swoimi mrocznymi zapowiedziami (a przynajmniej takie mam na razie przeświadczenie). Była legendarna Pandorica i zapadnięcie (upadek?) Ciszy, teraz są legendarni Shakti i Rozliczenie (wydaje się, że wiąże się z Polami Trenzalore i ogólnie mrocznymi zapowiedziami z końcówki poprzedniego sezonu – tam chyba była mowa o zebraniu się wszystkich żywych istot, co nasuwa silne skojarzenia z jakiegoś rodzaju Sądem Ostatecznym). Finał tego wątku zdecydowanie mi się nie podobał, bo nostalgiczny, daviesowski nastrój został nagle zastąpiony moffatowskim rozbuchaniem i zapowiedzą wyraźnego metaplotu.


Nie zmienia to jednak faktu, że The Power of Three jest dla mnie bardzo jasnym punktem sezonu. Właściwie to nie jestem pewien, czy nie przewyższa Dinosaurs on a Spaceship. Ciągle się waham.

Aha, czy ktoś wie, o co chodziło ze zmutowanymi pielęgniarzami, porywającymi ludzi? Bo nie wiem, czy to dziura fabularna, czy po prostu coś mi umknęło w trakcie oglądania.

wtorek, 18 września 2012

Doctor Who s07e03: A Town Called Mercy

Jesteśmy już za połową pierwszej połowy nowego sezonu Doctora Who – jeszcze tylko dwa odcinki, na kolejne znów trzeba będzie poczekać kilka miesięcy. Szczerze mówiąc nie wiem, czy mi się to podoba – pięć odcinków to ilość, która raczej zaostrza tylko apetyt, niż syci głód szalonych przygód w czasie i przestrzeni. Trzeba jednak przyznać, że zarówno Azyl Daleków, jak i dinozaury w kosmosie, dostarczały masy dobrej zabawy (i, w przypadku tego drugiego, również dawały trochę do myślenia). Na ich tle „Miasteczko zwane Mercy” wypada moim zdaniem trochę blado. Najpierw chcę napisać o kilku konkretnych rzeczach, potem będą ogólne wrażenia.


Doktor
Jeżeli wcześniej można jeszcze było mieć jakieś wątpliwości, to A Town Called Mercy musiało je ostatecznie rozwiać – w tym sezonie zajmujemy się ciemną stroną Doktora. Matt Smith świetnie gra wściekłego, bezwzględnego Doktora i zdecydowanie stanowił jasny punkt odcinka. Niestety wykonanie tego wątku wypada jak na razie słabiej niż podobny wątek realizowany za czasów Davida Tennanta. Wtedy Doktor posuwał się zdecydowanie dalej niż w tym odcinku czy w ogóle w tej serii i faktycznie można było odnieść wrażenie, że stacza się w otchłań (wystarczy przypomnieć sobie wydarzenia z The Runaway Bride). Trudno też przejąć się, kiedy Amy mówi: „Widzisz? Takie rzeczy się dzieją, kiedy zbyt długo podróżujesz sam", skoro cały czas oglądamy Doktora w towarzystwie Pondów. Znów, o wiele wiarygodniejsze były ostatnie odcinki z Tennantem, kiedy faktycznie obserwowaliśmy Doktora podróżującego samotnie. Już w poprzednim sezonie miałem wrażenie, że mówi się nam, że Doktor posuwa się za daleko, ale nigdy się tego tak naprawdę nie pokazuje. Teraz to wrażenie coraz bardziej się nasila i aż wzbiera we mnie ochota, żeby powrócić do Waters of Mars, Daleka czy innych odcinków z ery RTD.

Nie podobał mi się również sposób, w jaki Amy ostatecznie nakłoniła Doktora do tego, żeby odpuścił, głównie dlatego, że kwestia „Nie możemy być tacy jak on. Musimy być lepsi” jest tutaj tylko i wyłącznie wygodną kliszą. Miło by było usłyszeć coś mniej oklepanego. (Pominę fakt, że stanowisko Amy trąci hipokryzją, kiedy przypomnimy sobie, co zrobiła Madame Kovarian w finale poprzedniego sezonu).


Drugi Doktor
Tym razem Doktor staje naprzeciw zdecydowanie bardziej skomplikowanego przeciwnika, niż w zeszłym tygodniu. Jex, doktor prowadzący badania na członkach swojej rasy i zamieniający ich w uzbrojonych cyborgów, jest z jednej strony równie odrażający, co Solomon, a z drugiej – wyposażony w cechy, które czynią go sympatycznym. Mam jednak wrażenie, że te dwie twarze nie współgrają ze sobą zbyt dobrze. Najpierw Jex jest cyniczny, wyrachowany, i kpiący, a także mocno przekonany o słuszności swoich czynów, później nagle okazuje się, że prześladują go zbrodnie dokonane w przeszłości. Nie w pełni mnie to przekonuje, choć można wysunąć tezę, że na tę zmianę wpłynęło poświęcenie szeryfa (idealistycznego do granic naiwności), który wierzył w dobro ukryte w Jeksie.


To tyle, jeśli chodzi o rzeczy, które wydały mi się w jakiś sposób problematyczne. Reszta odcinka nie wywarła na mnie specjalnego wrażenia. Brakowało tu wyrazistych postaci, na miarę Oswin czy Solomona, za dużo też było mówienia o zbrodniach (zamiast ich pokazywania), żeby centralny konflikt rodził jakieś emocje. Z zaintrygowaniem czekam na przyszły tydzień – o następnym odcinku wiemy chyba najmniej z całej piątki, więc ciekawość jest siłą rzeczy dużo silniejsza.

poniedziałek, 10 września 2012

Doctor Who s07e02: Dinosaurs on a Spaceship

UWAGA: wpis zawiera spoilery. Nie czytaj, jeśli nie oglądałeś jeszcze najnowszego odcinka Doctora Who.



Kiedy jeszcze przed premierą nowego sezonu Doktora pojawiły się doniesienia, że każdy odcinek ma przypominać film akcji, poczułem pewną obawę. Z jednej strony ucieszył mnie powrót do formatu samodzielnych historii (nie ma to jak różnorodność), z drugiej zacząłem się zastanawiać, czy położenie nacisku na dynamiczną fabułę nie odbędzie się kosztem spłaszczenia postaci i wymowy serialu. „Dinozaury na statku kosmicznym” w pełni mnie usatysfakcjonowały jeśli chodzi o elementy serialu, które lubię szczególnie, natomiast jeszcze nie całkiem rozwiały moje obawy co do przyszłych odcinków. Ale po kolei.


Dinozaury na statku kosmicznym
Doskonała w swojej prostocie koncepcja okazała się nie tylko ucztą dla oka (uważam, że dinozaury w tym odcinku wyglądały naprawdę świetnie), ale też nie lada zagadką: spora część odcinka koncentrowała się na wyjaśnieniu, skąd właściwie wzięły się w kosmosie gigantyczne gady. Rozwiązanie jest równie fantastyczne, jak tytuł odcinka: ten statek to kosmiczna arka Noego! W dodatku stworzona przez Sylurian! Ogromnie lubię tę rasę, prawdopodobnie przez to, że fascynują mnie rdzenne kultury świata – a Sylurianie są ostateczną rdzenną kulturą, obecną na Ziemi jeszcze przed powstaniem człowieka.To podobieństwo nasuwa się jeszcze wyraźniej, kiedy weźmie się pod uwagę los, jaki ich spotkał w tym odcinku. Warto przejść od razu do tego, kto im ten los zgotował.


Solomon (i jego neurotyczne roboty)
To jeden z nielicznych przypadków, kiedy w Doctorze Who pojawia się czarny charakter tak niejednoznacznie zły i antypatyczny jak Solomon (idealnie pasujący do tej roli David Bradley) obecny właściciel ładunku dinozaurów. Jego chciwość ujawnia się już podczas pierwszego spotkania z Doktorem – mimo że potrzebuje jego pomocy, to przede wszystkim stara się sprawdzić, ile jest on wart. Później posuwa się do szantażu, gróźb, niewolnictwa, nie wspominając już o ludobójstwie dokonanym na Sylurianach… Rys sadysty i seksualnego drapieżnika, w jaki zostaje wyposażony pod koniec, jest już tylko wisienką na wielkim, oślizgłym torcie zła.Taka postać mogłaby łatwo stać się przerysowana, ale jednak działa, może dlatego, że zbrodnie dokonane przez handlarza wykluczają całkowicie możliwość odczuwania do niego sympatii i widz z przyjemnością zanurza się w nienawiści do niego (szczególnie, że równolegle budowana jest sympatia do dinozaurów, szczególnie triceratopsa, który staje się nieoficjalnym zwierzakiem Doktora; nawet jeśli triceratopsy nie potrafiły siadać na zadzie jak psy, to Tricey jest cudowna/y). Nie można jednak przy okazji nie pochwalić Davida Bradleya, który gra po prostu świetnie. Mimo wszystko ostateczny los Solomona bardzo mnie zaskoczył, nie dlatego, że jego bohater nie zasłużył na śmierć, ale ze względu na łatwość, z jaką Doktor zostawił go na statku, który miał zostać zbombardowany. Czyżby miał się stać jeszcze mroczniejszy w nadchodzących odcinkach…?

Należy jeszcze wspomnieć o dwójce robotów-pomagierów Solomona, lekko nieudacznych i skłonnych do przekomarzanek, które w odcinku wypełnionym gagami są jednym z najzabawniejszych elementów.


„To moja ekipa. Jeszcze nigdy nie miałem ekipy”
W tym odcinku Doktor postanawia zebrać zdecydowanie większą ilość towarzyszy niż zwykle (i trudno mu się dziwić; gdybym poleciał na statek kosmiczny z dinozaurami, też chciałbym zabrać ze sobą jak największą ilość ludzi, z tymi, których nie lubię, na czele). Królowa Nefertiti to kolejna silna (co samo w sobie zupełnie mi nie przeszkadza; silnych postaci kobiecych zawsze mogłoby być więcej), zadziorna i lubiąca flirtować kobieta w serialu, która na samym początku próbuje uwieść Doktora. Scenarzyści muszą ogromnie lubić ten typ. Zawsze miło jest oglądać na ekranie Ruperta Gravesa, który tutaj gra Johna Ridella, afrykańskiego myśliwego z początku dwudziestego wieku. W dużej mierze stanowi on uzupełnienie Nefertiti, z którą może przerzucać się sarkastycznymi tekstami (i grozić jej klapsami – mimo że Amy zwraca później uwagę na jego seksistowskie zachowanie, jest to dosyć irytujące). Ta para jest miłym humorystycznym dodatkiem, jednak zostaje zdecydowanie przyćmiona przez absolutną gwiazdę tego odcinka, którą jest…

Arthur Weasley, czyli Mark Williams, wcielający się w Briana, ojca Rory'ego. Jego niechętny do podróżowania bohater, który zupełnie przypadkowo trafia na pokład TARDIS, kradnie niemal każdą scenę, w której się znajduje, głównie dzięki temu, jak bardzo angielski i przyziemny. Kiedy na niego patrzyłem, nie mogłem się oprzeć skojarzeniom z Arthurem Dentem z Autostopem przez Galaktykę, szczególnie w jego filmowej wersji – Mark Williams nawet przypomina trochę z wyglądu Martina Freemana. Scenarzyści myśleli chyba bardzo podobnie, bo w jednej ze scen pojawia się nawet (prawdopodobnie) nawiązanie do książki Douglasa Adamsa. Niesamowite (i zabawne) są także jego interakcje z Rorym i Doktorem. Byłoby super, gdyby ta postać jeszcze zdążyła się pojawić w którymś z nadchodzących odcinków.


Ogólnie rzecz biorąc drugi odcinek aktualnego sezonu Doctora to, jak zapowiada zresztą tytuł, kawał dobrej zabawy. Swietnie zagrany (co nie jest niezwykłe) a przy tym bardzo, bardzo zabawny. I chociaż humor w tym serialu pojawia się bardzo często, to stosunkowo rzadko pojawiają się odcinki przede wszystkim komediowe. Ale może było to konieczne: z zapowiedzi wynika, że kolejne odcinki będą nieco poważniejsze, nie wspominając już o zbliżającej się kulminacji tej części sezonu…

niedziela, 2 września 2012

Doctor Who s07e01: Asylum of the Daleks

Sssssszzzzz! Sssssszzzzz! Sssssszzzzz! Niebieska budka policyjna znowu jest wśród nas, siódmy sezon Doctora Who właśnie się rozpoczął i cóż to było za rozpoczęcie. Jest kilka rzeczy, o których chcę napisać, podzielę je zgrabnie, ale najpierw ostrzeżenie:


UWAGA: Spoilery jak stąd do Helsinek. Jeśli jeszcze nie widziałaś/łeś Asylum of the Daleks, to nie czytaj dalej.





Amy i Rory
Czy tylko mnie miniseria Pond Life zupełnie nie przygotowała na rozwód Amy i Rory'ego? OK, ostatni odcinek wyraźnie pokazywał, że coś poważnego się stało, ale poprzednie cztery – zupełnie nie. I nie do końca akceptuję wyjaśnienie, że „te odcineczki pokazywały ich życie wtedy, kiedy akurat pojawia się Doktor”, chyba przede wszystkim dlatego, że chodziło w nich właśnie o to, żeby pokazać życie Amy i Rory'ego, kiedy nie podróżują z Doktorem. Dlatego wieść o ich rozwodzie, i to takim ostatecznym, była ogromnym zaskoczeniem, i to niekorzystnym, bo mam wrażenie, że Pond Life tworzyło przez pierwsze cztery odcinki zupełnie inny obraz. Chyba byłbym w stanie bardziej to zaakceptować, gdyby tego wprowadzenia nie było, mógłbym powiedzieć „OK, coś się złego wydarzyło w czasie, którego nie widzieliśmy”.

Również zakończenie tego wątku wydało mi się strasznie przyspieszone, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak poważnie wyglądała ta sytuacja na początku odcinka. A szkoda, bo był to wątek niezwykle poruszający i smutny – po pierwsze dlatego, że Amy zupełnie nie wzięła pod uwagę innych sposobów na posiadanie dzieci, po drugie (i to chyba poruszyło mnie jeszcze bardziej) dlatego, że najwyraźniej Pondowie aż do tego momentu nie potrafili porozmawiać o tym, jaki mają problem (jeśli mam być szczery, to wydaje mi się, że Rory nie miał większych trudności z zaakceptowaniem sytuacji i mimo niezdolności Amy do posiadania dzieci nadal chciał być jej mężem). Niemożliwość komunikacji poruszyła mnie w tym wątku najbardziej, chyba dlatego, że można ją często napotkać w życiu. Szybkość rozwiązania sytuacji przez Doktora można próbować usprawiedliwić chyba tylko tym, że Amy i Rory tak naprawdę nie przestali się kochać, nie zmienia to jednak faktu, że naprawienie małżeństwa, które zakończyło się rozwodem wymagałoby o wiele więcej wysiłku (i w ogóle to muszę się przyznać, że sposób poprowadzenia tego wątku sprawił, że zatęskniłem za Russellem T. Daviesem, który co jak co, ale potrafił tworzyć świetne, emocjonalne wątki postaci).

Dalekowie
W ostatnim czasie trochę się zastanawiałem nad tym, jak właściwie wygląda kultura Daleków – zawsze wydawali mi się dosyć nudni, nie tylko przez to, że są nielicznymi jednoznacznie „złymi” przeciwnikami Doktora, ale też dlatego, że mało tak naprawdę o nich wiemy. Dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy okazało się, że Steven Moffat najwyraźniej usłyszał moje nieme rozważania i postanowił rzucić mi kilka ciekawostek. Po spotkaniu Doktora z Parlamentem Daleków mam poczucie, że wiem na ich temat nieco więcej – okazuje się na przykład, że mają poczucie piękna (ciekawe, czy mają też sztukę???) – nawet, jeśli nie mają poczucia elegancji (hyhyhy). Myślę, że bardzo znacząca jest też scena samozniszczenia Daleka w Azylu. Okazuje się, że są to istoty tak bardzo nastawione na zniszczenie znienawidzonego wroga, że nie dbają nawet o własne życie. Skojarzenie z zamachowcami-samobójcami było niezwykle silne. Tak czy inaczej – jestem w pełni usatysfakcjonowany Dalekami w tym odcinku, zapowiedzi, że znowu okażą się straszni, zostały spełnione.

Doktor
To chyba pierwszy odcinek od czasu The Beast Below, w którym Doktor wydaje się niechętny do pomocy. Przynajmniej w otwierającej scenie. Widać też, że nadal stawiane będzie pytanie o to, czy Doktor robi więcej dobrego, czy złego (a wydawałoby się, że odpowiedź jest oczywista) – pojawiają się nawet świetne odniesienia do Daleka z pierwszego sezonu. No i oczywiście „Doctor who?”, strasznie często powtarzane pod koniec odcinka. No i kolejne „wyciszenie” postaci Doktora. Upozorował już własną śmierć, a teraz nie pamiętają go Dalekowie. Zastanawiam się, czy to tylko taki reset, żeby łatwiej było pisać o nich nowe historie, czy może to również będzie miało jakieś istotne znaczenie później.

UWAGA, jeśli żyjesz w świecie całkowicie bezspoilerowym (co w takim razie robisz w internecie?), nie chcesz wiedzieć nic o rozszerzeniach/zmianach obsady serialu, to nie czytaj dalej. Naprawdę.





Oswin
Największa bomba na koniec.

Najpierw pomyślałem, że się pomyliłem i aktorka po prostu jest łudząco podobna do Jenny Louise Coleman. Potem pomyślałem: „O, fajnie, będą pewnie pokazywać scenki z przyszłą towarzyszką aż do momentu, w którym spotka Doktora”. Później: „OK, czyli Doktor ją uratuje, poźniej gdzieś odstawi i spotka się z nią w odcinku świątecznym”. Potem już nic nie myślałem, mój mózg został, wybaczcie mój francuski, doszczętnie rozjebany.

Oswin była fantastyczną postacią: bystra, inteligentna, dowcipna, ale nie irytująca. I można było odnieść wrażenie, że jest trochę zbyt genialna, że to niesamowicie wygodne (z punktu widzenia scenarzysty), że może otwierać drzwi, kontrolować Daleki i wszystko, co trzeba. Aż na końcu okazało się, że wszystko to ma swoje uzasadnienie fabularne. „Dalekowie potrzebowali geniusza”. To był rewelacyjnie napisany moment, przechodzące po plecach ciarki przypominały mi najlepsze momenty Silence in the Library/Forest of the Dead (wątki CAL i Donny).

Oczywiście pytanie brzmi: co teraz? Bo po zakończeniu odcinka i opadnięciu poziomu adrenaliny naszła mnie myśl, że to strasznie efektowne otwarcie. Wręcz efekciarskie, na miarę śmierci Doktora na początku szóstego sezonu. I zastanawiam się, jak Moffat z tego wyjdzie i czy tym razem będzie to wyjście satysfakcjonujące – bez kłamstw, bez sztuczek. Oraz że nie będzie to postać zbyt podobna do River Song, bo w tym odcinku podobieństwo było bardzo wyraźne.


Ogólnie jednak trzeba powiedzieć, że Asylum of the Daleks to świetny, bardzo dobrze napisany („Skąd wzięłaś mleko?”) odcinek premierowy. Dialogi, jak to zwykle u Moffata, dowcipne i błyskotliwe, ale nie (jak to mu się czasem zdarza) przekombinowane. Dalekowie znowu są straszni. Szkoda tylko wątku Amy i Rory'ego, który został wprowadzony i rozwiązany zdecydowanie zbyt pospiesznie. Pozostaje mieć nadzieję, że w tych kilku odcinkach, które jeszcze im pozostały, znajdzie się czas na obszerniejsze ukazanie ich obecnej relacji. Mimo tych niedociągnięć z niecierpliwością wyczekuję nie tylko przyszłotygodniowego odcinka, ale w ogóle tego, co nam sprezentuje Moffat w tym sezonie.

sobota, 1 września 2012

Tydzień z Doktorem, dzień 7: The God Complex


Od autora: tym wpisem kończymy Tydzień z Doktorem. Dziękuję wszystkim, którzy czytali moje notki i komentowali. Chociaż przegląd się skończył, to Doctor Who nie zniknie z tego bloga, zamierzam bowiem pisać o kolejnych odcinkach siódmego sezonu, prawdopodobnie w nieco innej formule. Premiera nowej serii już dzisiaj, więc pierwszy taki wpis pojawi się na dniach.

UWAGA: zawiera link do TV Tropes.


Trend wprowadzania do serialu silniejszego wątku przewodniego znalazł swój punkt kulminacyjny w sezonie szóstym, gdzie początek, środek i koniec, wiążą się w jedną historię, która stopniowo wyjaśnia tajemnicę zarysowaną na samym początku pierwszego odcinka. Dwuczęściowa premiera wprowadziła kolejną przerażającą rasę obcych autorstwa Stevena Moffata i była oceniana bardzo wysoko, podobnie dwa środkowe odcinki, łączące wiosenną i jesienną połówkę sezonu. Zakończenie okazało się niezbyt satysfakcjonujące (głównie dlatego, że złamało bardzo ważną zasadę opowiadania historii: można zatajać pewne informacje przed widzami, ale nie można ich okłamywać) i obniżyło ocenę całokształtu – co nie zmienia faktu, że projekt był niezwykle ambitny i wyraźnie pokazuje, że Moffat stara się cały czas zrobić z serialem coś nowego.

Ciekawe jest to, że odcinki silnie powiązane z głównym wątkiem fabularnym nie przyćmiewają pozostałych. Przeciwnie, wszystkie historie są co najmniej solidne, a wiele bardzo dobrych. Koniecznie wypada wspomnieć o The Doctor's Wife Neila Gaimana, który spełnił marzenia wielu osób (mało jest pisarzy, którzy wydają się tak dobrze pasować do specyfiki serialu jak Gaiman) i z miejsca stał się klasykiem. Aby go w pełni docenić potrzebna jest jednak pewna znajomość Doctora Who, dlatego postanowiłem napisać o innym odcinku. Wybór padł na konwencję, której nie realizowała (a przynajmniej nie tak wyraźnie) żadna z dotychczas przedstawionych historii, czyli horror.

The God Complex wykorzystuje klasyczne horrorowe miejsce akcji: upiorny hotel, silnie kojarzący się ze „Lśnieniem” (popatrzcie tylko na obrazek!), oraz inne znane i sprawdzone elementy gatunkowego sztafażu (jak klauny i lalki brzuchomówców). To nagromadzenie ma swoje fabularne uzasadnienie: w pokojach przypominającego labirynt bez wyjścia hotelu znajdują się rzeczy, których najbardziej boją się ściągnięte do niego ofiary. Wkrótce po tym, jak człowiek trafi już do takiego pokoju, zostaje pożarty przez zamieszkującą hotel bestię. Wspomniane „straszaki” nie straszą widza szczególnie mocno, ale doskonale budują poczucie, że coś tu jest bardzo nie w porządku. O wiele bardziej niepokojące jest to, co dzieje się z ludźmi, którzy odwiedzą już „swój” pokój – mamy dziwne, urywane przebitki ich śmiejących się twarzy i powtarzane co jakiś czas „praise Him”.

Te zabiegi nie byłyby jednak tak efektywne, gdyby dotyczyły postaci, o które widz nie dba. Po raz kolejny jednak spotykamy wzbudzających sympatię bohaterów drugoplanowych: nieśmiałego Howiego, tchórzliwego kosmitę Gibbisa oraz bystrą i zaradną Ritę. To w dużej mierze dzięki nim odcinek działa na widza i wzbudza grozę i niepokój. Jednocześnie jednak scenariusz nie zapomina o stałych towarzyszach Doktora, Amy i Rorym – również oni (i ich relacja z Doktorem) są istotni dla fabuły i dowiadujemy się o nich czegoś nowego.

Największą, jak sądzę, zaletą tego odcinka i wielką siłą serialu, o której już chyba kiedyś wspominałem, jest to, że nic nie jest tutaj takie, jak się wydaje. Kiedy już można odnieść wrażenie, że wiadomo, jak ta historia się skończy – nagle wszystko zostaje postawione w zupełnie nowym świetle. W swoim ostatecznym kształcie The God Complex prowokuje od przemyśleń na temat pokładania wiary w siłach wyższych, a przy okazji pokazuje, że wpływ Doktora na jego towarzyszy nie zawsze jest pozytywny. Dzięki skupieniu na postaciach, które widz poznał najlepiej, zakończenie jest naładowane sporą dawką emocji. Ostatecznym rezultatem jest trzymający w napięciu i niepokojący odcinek, który mimo pewnych dziur jest dobrym przykładem tego, jak Doctor Who potrafi straszyć.

Crowning Moment of Awesome: A Good Man Goes to War/Let's Kill Hitler
Crowning Moment of Sadness: The Doctor's Wife
Crowning Moment of Scary: The Impossible Astronaut/Day of the Moon
Crowning Moment of Funny: Closing Time

piątek, 31 sierpnia 2012

Tydzień z Doktorem, dzień 6: The Beast Below


Zgodnie z zapowiedzią, pora na odcinek rozgrywający się w przyszłości (właściwie jest to już drugi, po Planet of the Ood). Nowy Doktor (Matt Smith) zabiera nową towarzyszkę, Amy (Karen Gillan) do XXIX wieku, kiedy ludzkość opuściła Ziemię z powodu szkodliwych rozbłysków słonecznych i każde państwo podróżuje w kosmosie własnym statkiem kosmicznym. Na Starship UK coś jest nie w porządku: dzieci, które nie odrabiają pracy domowej, są rzucane na pożarcie tajemniczej bestii, a ludzi obserwują dziwaczne manekiny. Doktor oczywiście natychmiast zaczyna śledztwo, które doprowadzi go do jednej z najtrudniejszych sytuacji, w jakich kiedykolwiek się znalazł.

Kiedy David Tennant ogłosił, że odchodzi z serialu, po reakcjach fanów widać było wyraźnie, że jego następca będzie miał przed sobą nie lada wyzwanie. Zwykle w takich przypadkach olbrzymia sympatia do poprzednika skutkuje olbrzymimi (wręcz niemożliwymi do spełnienia) wymaganiami. Do roli Jedenastego Doktora wybrano Matta Smitha, który w chwili wygrania castingu był najmłodszym aktorem (co jest o tyle ciekawe, że producenci chcieli początkowo kogoś starszego od poprzednich Doktorów) wcielającym się w tego bohatera. Po rozpoczęciu piątego sezonu podniosła się fala narzekań (której należało się spodziewać), która jednak bardzo szybko ucichła, okazało się bowiem, że Matt Smith świetnie pasuje do tej roli i potrafi jej nadać wyjątkowy charakter.

Jaki więc jest jego Doktor? Najtrafniejszym przymiotnikiem, jaki przychodzi mi do głowy jest… „stary”. Widać to już po ubiorze: tweedowa marynarka, szelki i muszka nadają mu wygląd ekscentryczny i staroświecki, co wyraźnie kontrastuje z Tennantem, którego Doktor był o wiele bardziej hip. Podobnie jest, jesli chodzi o osobowość: Jedenasty Doktor przypomina zrzędliwego profesora, który buja w obłokach i uparcie próbuje poczuć się znowu jak chłopiec, ale często wychodzi z niego zmęczenie. Widać to już na początku The Beast Below, kiedy próbuje wmówić Amy, że jest tylko obserwatorem i nie miesza się do spraw innych. Oczywiście szybko ponosi spektakularną porażkę. Jeszcze gorzej jest pod koniec odcinka – Doktor jest nie tylko zmęczony, ale też głęboko rozgoryczony tym, co robi, i resztą świata. Ponownie pojawia się tutaj motyw, o którym wspominałem w poprzedniej notce: Doktor potrzebuje swoich towarzyszek, tym razem nie tylko po to, żeby podejmować właściwe decyzje (choć ten odcinek nie skończyłby się dobrze, gdyby Amy nie zorientowała się, że istnieje jeszcze inne wyjście oprócz tych zaproponowanych przez Doktora), ale też dlatego, że dzięki nim potrafi ciągle doceniać pozytywne strony świata. Mroczna strona Doktora i pytanie, ile tak naprawdę czyni dobrego, będą się jeszcze przewijały w tym sezonie i następnym (a sądząc po zwiastunach, także w nadchodzącym siódmym) – niektórzy porównują tę odsłonę bohatera do Batmana w Mrocznym Wieku. Na szczęście Doktor nie staje się brutalnym socjopatą, a już na pewno nie przedstawia się jako the Goddamn Doctor.

The Beast Below to także jeden z pierwszych odcinków napisanych przez Stevena Moffata po przejęciu rządów nad serialem. Widać tu wyraźnie baśniową stylistykę, charakterystyczną dla jego odcinków w tym sezonie (scenografie na Starship UK przypominają bardziej składowiska rupieci, często bardzo stylowe, niż futurystyczne statki kosmiczne, do jakich przyzwyczaiła nas konwencja sci-fi; pojawia się też baśniowo-legendarny motyw władcy, który w ukryciu odwiedza swoich poddanych), a także obfite nagromadzenie rozmaitych, często dość surrealistycznych pomysłów. Pojawiły się głosy, że wprowadza to pewien chaos i nieco rozmywa ogólną wymowę odcinka (dla mnie dosyć wyraźna jest tu krytyka sposobu, w jaki społeczeństwo podejmuje decyzje i pytanie o to, co ludzie są w stanie zrobić, by przeżyć; gdyby jednak faktycznie, jak to sugerują niektórzy, potraktować tę historię jako wypowiedź na temat wiwisekcji, to można by ten problem jeszcze nieco rozwinąć). Nawet, jeśli tutaj nie przeszkadza to jeszcze tak mocno, to w późniejszych historiach, szczególnie tych rozgrywających się na większą skalę, zaczyna być bardziej problematyczne.

Mimo zgorzknienia Doktora graniczącego z cynizmem – a może właśnie dzięki niemu – końcowy wydźwięk tej historii jest niezwykle pozytywny, co zawsze ogromnie sobie w Doctorze Who cenię. Jeśli chodzi o resztę sezonu, to jest to rewelacyjne otwarcie ery Moffata i Smitha i widać pewne zmiany w stosunku do poprzednich. Towarzysze odgrywają dużo większą rolę w fabule, a wątek przewodni całego sezonu jest zarysowany o wiele wyraźniej niż do tej pory. Ciekawe jest również to, że wraz z jego silniejszym rozwojem poboczne odcinki nie zostają wcale zepchnięte na dalszy plan, ale robią się coraz lepsze (o dwuczęściówce Moffata, w której powracają Płaczące Anioły, wspominać nie trzeba, wymienię za to rewelacyjny Vincent and the Doctor, no i oczywiście te, które znajdziecie poniżej).

Crowning Moment of Awesome: The Pandorica Opens/The Big Bang
Crowning Moment of Sadness: Amy's Choice
Crowning Moment of Scary: The Time of Angels/Flesh and Stone
Crowning Moment of Funny: The Lodger

czwartek, 30 sierpnia 2012

Tydzień z Doktorem, dzień 5: Planet of the Ood


UWAGA: zawiera link do TV Tropes.



Doktor i jego towarzyszka trafiają na rodzimą planetę Oodów – przypominających Cthulhu (uważam, że to jedna z najlepszych ras w Doctorze Who i wyraz geniuszu Russella T. Daviesa) obcych, którzy są „naturalnie” przystosowani do służenia innym – która jest obecnie ośrodkiem dystrybucji tych stworzeń. Jednak firma handlująca Oodami boryka się z problemami: obcy doznają ataków szału i zabijają swoich właścicieli. Doktor oczywiście pakuje się w sam środek kłopotów, mając nadzieję przy okazji pomóc Oodom (których spotkał już wcześniej, w 2. sezonie).

Ten odcinek to dobra okazja, żeby powiedzieć o roli, jaką w życiu Doktora odgrywają jego towarzyszki i (rzadziej) towarzysze. W czwartym sezonie z Doktorem podróżuje Donna Noble, moim zdaniem najciekawsza ze stałych bohaterek, które dotrzymują mu towarzystwa w Nowej Serii (nie uwzględniam tutaj tych, które pojawiają się jednorazowo lub tylko okazjonalnie). Sporą rolę odgrywa w tym zapewne zmiana typu relacji, jaki ich wiąże. Donna zdecydowanie nie jest zainteresowana Doktorem jako potencjalnym partnerem, natomiast podobnie jak on jest samotna – dzięki czemu rozwija się między nimi silna przyjaźń. Poza tym bohaterka ta, która początkowo wydaje się dość jednowymiarowa – głośna, kłótliwa i wyszczekana (a przy tym niezwykle zabawna, w dużej mierze dzięki komediowym doświadczeniom Catherine Tate) – stopniowo odsłania drugie oblicze osoby niepewnej swojej wartości (co w pewnej mierze wynika z tego, że nie może znaleźć stałej pracy; kto z nas tego nie przeżył...) i miejsca w świecie, później zaś zmienia się stopniowo w osobę bardziej pewną siebie, a przy tym ofiarną i bohaterską (co tylko czyni zakończenie jej wątku bardziej tragicznym...).

Ale wracając do towarzyszek w ogóle – w tym sezonie Dziesiąty Doktor staje się bohaterem iście bajronicznym (choć ta cecha jest obecna w postaci Doktora w ogóle, a Dziesiątego w szczególności, to tutaj osiąga wyjątkowo wysokie stężenie). Czasami ze względu na to popełnia też błędy w ocenie sytuacji. W takich momentach to właśnie osoby z nim podróżujące zwracają jego uwagę na problemy albo przywołują go do porządku. Donna musi tego dokonać już podczas pierwszego swojego pojawienia się, jeszcze przed rozpoczęciem czwartego sezonu, ale później także jej się to zdarza, tak jak w tym odcinku, w którym jako pierwsza zauważa, że Oodowie nie są służącymi, a niewolnikami, i że ich sytuacja wcale nie jest naturalna.

Ta myśl pozwala mi przejść do fabuły odcinka. Jest to jeden z tych przypadków, kiedy Doctor Who próbuje mówić o trudnych sprawach. Najczęściej sięga w takich sytuacjach po sposoby właściwe fantastyce, to znaczy metaforę, choć na ogół nie ma problemów z ich rozszyfrowaniem. Tutaj problem jest ukazany bardzo dosłownie, co nie znaczy, że w sposób uproszczony. W szczególności motywacje biznesmenów handlujących Oodami wydają się złożone i odpowiadające tym, którymi kierowali się historyczni kolonizatorzy: z jednej strony mamy chęć zysku, z drugiej przeświadczenie, że czynią dobrze, przynosząc Oodom cywilizację i znajdując im zajęcie. W końcu, parafrazując wypowiedź jednego z bohaterów, „gdyby nie chcieli służyć, to by się bronili”. Niezwykle dziwna wydaje się myśl, że po zniesieniu niewolnictwa ludzkość potrafiła stopniowo do niego powrócić (odcinek Planet of the Ood rozgrywa się w roku 4126), ale w jakiś sposób tłumaczy to wzmianka Doktora o ludziach, którzy współcześnie pracują niemalże niewolniczo na przykład przy wyrobie odzieży. W ten sposób tematyka odcinka zostaje wyraźnie powiązana z rzeczywistymi problemami. Może się to wydawać nieco łopatologiczne (choć osobiście uważam, że odbywa się bardzo dyskretnie), ale, jak uczy nas TVTropes, niektóre kowadła powinny zostać zrzucone.

Czwarty sezon Doctora Who to moim zdaniem najsolidniejszy sezon ery Russella T. Daviesa – właściwie nie ma tu słabych odcinków (dwuczęściowa historia o Sontaranach jest „zaledwie” przeciętna), a sporo jest perełek, szczególnie w drugiej połowie sezonu (rewelacyjne dwa odcinki Stevena Moffata, wprowadzające postać River Song, przerażający Midnight). Technicznie do czwartego sezonu zaliczają się również cztery odcinki specjalne, wyemitowane w roku 2009, które zwieńczały występ Davida Tennanta w roli Doktora oraz pracę Russella T. Daviesa jako producenta, i wśród nich również trudno się dopatrzyć słabej pozycji, choć ostatni z nich, The End of Time, może być trudny do przełknięcia ze względu na charakterystyczny dla Daviesa bombastyczny styl. Ale te osoby powinny odetchnąć z ulgą, bo wkrótce potem rządy przejął Steven Moffat i zmienił się Doktor, a razem z nim cały serial.

Crowning Moment of Awesome: Silence in the Library/Forest of the Dead
Crowning Moment of Sadness: Turn Left
Crowning Moment of Scary: Midnight
Crowning Moment of Funny: Partners in Crime

środa, 29 sierpnia 2012

Tydzień z Doktorem, dzień 4: Human Nature/Family of Blood


Anglia, rok 1913. John Smith pracuje w męskiej szkole z internatem: uczy chłopców historii, nieśmiało flirtuje ze szkolną pielęgniarką i gani krnąbrną służącą, Marthę Jones. Ale jeśli to wszystko, to dlaczego nocami śni o tajemniczej niebieskiej budce i istotach z innych światów? I czego chce od niego tajemnicza Rodzina Krwi?

Dwuczęściowa historia opowiedziana w odcinkach Human Nature i Family of Blood zadaje genialne w swej prostocie pytanie: co by było, gdyby Doktor był człowiekiem? A odpowiedź na to pytanie służy pokazaniu, jak bardzo Władca Czasu różni się od zwykłego człowieka. John Smith jest marzycielem, buja w obłokach, ale kiedy trzeba, staje się bystry i zdecydowany, by zrobić to, co konieczne. Jednocześnie jednak podlega wyraźnie ludzkim uczuciom: kocha, boi się, waha (uważam, że dwa odcinki, w których David Tennant wciela się w Johna Smitha, to jeden z jego najlepszych aktorskich momentów w Doctorze Who). Doktor natomiast nie myśli i – bo o tym przede wszystkim mówi ta historia – nie czuje tak jak ludzie. Bardziej też przypomina siłę natury, jest nieustępliwy i bezwzględny (co dobitnie podkreśla ostatnia scena z Rodziną Krwi) – to szczególnie wyraźna cecha Dziesiątego Doktora, który jest bardzo znany z tego, że oferuje swoim wrogom tylko jedną szansę, i jeśli jej nie przyjmą... No cóż, obejrzyjcie ten odcinek, to zobaczycie.

Inną cechą dziesiątego wcielenia tego bohatera jest to, że stosunkowo często się zakochuje, na pewno dużo częściej niż pozostali Doktorzy Nowej Serii (o Starej nie mogę się wypowiadać, choć tam, o ile mi wiadomo, wątki uczuciowe też raczej się nie pojawiały). Największą miłością Doktora pozostaje oczywiście Rose, ale w Human Nature/Family of Blood pojawiają się aż dwie zakochane w nim kobiety. Jedną z nich jest Martha Jones (Freema Agyeman), która towarzyszy Doktorowi w jego podróżach w trzecim sezonie. O ile wątek uczuciowy między Doktorem i Rose nie przeszkadzał mi zbytnio (choć zdania na jego temat są podzielone; niektórzy chyba niespecjalnie lubią, kiedy Doktor się zakochuje), to jednostronne uczucie Marthy (Doktor ciągle wspomina Rose) jest nieco irytujące, chyba dlatego, że to na nim, oraz na podobieństwie do Rose, opiera się cała koncepcja postaci Marthy. Bohaterka ta wydaje się znacznie bardziej interesująca, kiedy nie przebywa z Doktorem. Drugą ukochaną Doktora – a właściwie Johna Smitha – jest Joan Redfern (Jessica Hynes), szkolna pielęgniarka, skromna, cicha i niepozorna. Ich relacja rozwija się dość szybko, ale przekonująco (szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w chwili rozpoczęcia akcji Human Nature Doktor już od jakiegoś czasu udaje człowieka); w ciągu dwóch odcinków można przywiązać się do nich wystarczająco mocno,żeby ostateczny wybór Johna Smitha między miłością a obowiązkiem nabrał tragicznego wymiaru.

Wybór ten zostaje podkreślony dzięki realiom historycznym: chłopcy w szkole uczą się między innymi wojskowej dyscypliny i strzelania z karabinów maszynowych, dyrektor brał udział w wojnach burskich, pojawia się też sporo aluzji do nadchodzącej I wojny światowej. Daje to okazję do dyskusji nad tym, czy chłopcy powinni walczyć (i, być może, ginąć) – siostra Redfern kładzie nacisk na potworność wojny, dyrektor natomiast – na obowiązek. Wątek ten stanowi świetny kontrapunkt dla wątku Johna Smitha, jednak sam w sobie wydaje się dość zaniedbany, a argumentacja, szczególnie jeśli chodzi o stanowisko dyrektora, nieco powierzchowna.

Human Nature/Family of Blood to moim zdaniem jedna z najlepszych historii z Dziesiątym Doktorem, która świetnie ukazuje nie tylko specyfikę tego wcielenia, ale mówi też wiele o postaci w ogóle. Jest to także mocny punkt solidnego sezonu (lepszego, jako całokształt, niż na przykład drugi, mimo mało interesującej towarzyszki), w którym znajduje się wspominany już w tym cyklu Blink,finał, w którym pojawia się fantastyczny jak zawsze John Simm, ale też sporo dobrych, pojedynczych odcinków.

Crowning Moment of Awesome: The Shakespeare Code
Crowning Moment of Sadness: Human Nature/Family of Blood
Crowning Moment of Scary: Blink
Crowning Moment of Funny: The Sound of Drums/Last of the Time Lords




PS. Tak, wiem, że miało nie być dwuczęściowych odcinków. Zasady są po to, żeby je łamać.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Tydzień z Doktorem, dzień 3: Love & Monsters


Love & Monsters, od czego w ogóle zacząć?

Może od tego, że bardzo mało tutaj Doktora (ale bez obaw, nadrobimy to jutro) i Rose. Cały odcinek przedstawiony jest z punktu widzenia Eltona Pope'a (w tej roli kolejny z moich ulubionych brytyjskich aktorów, Mark Warren, który zazwyczaj gra albo frajerów, albo łajdaków, albo kombinację jednego i drugiego), zwyczajnego młodego mężczyzny, który od wielu lat próbuje dowiedzieć się czegoś o Doktorze. Prowadzony przez niego wideoblog stanowi opowieść ramową, za pomocą której nie tylko komentuje zachodzące wypadki, ale też koncepcję serialu w ogóle (metafikcyjność to jeden z powodów, dla których tak lubię ten odcinek).

Wielu ludzi hejtuje Love & Monsters, przede wszystkim, jak sądzę, ze względu na to, że jest to odcinek utrzymany w bardzo luźnym, mocno absurdalnym tonie. Ja uważam, że jest to jeden z powodów, dla których warto się z nim zapoznać: bo podkreśla i obnaża całą niedorzeczność serialu, która na ogół jest dobrze maskowana. Co nie znaczy, że uważam wszystkie elementy tego odcinka za dobre: Russell T. Davies, autor scenariusza a jednocześnie główny scenarzysta serialu przez pierwsze cztery sezony Nowej Serii, w dwóch miejscach ewidentnie przesadził: jestem pewien, że będziecie wiedzieli, w których. W efekcie zakończenie, które chyba miało być pocieszające, wypada co najmniej niepokojąco. No ale to jest człowiek, który w pierwszym sezonie podarował nam pierdzących obcych.

Jeżeli jednak na ogół Doctor Who maskuje swoją niedorzeczność powagą, to tutaj zachodzi rzecz odwrotna: absurd maskuje (a później, kiedy już sobie uświadomimy ten fakt, podkreśla) głęboką traumę głównego bohatera/narratora historii (chyba najlepszym przykładem jest tutaj scena pogoni za potworem zrealizowana na modłę Scooby Doo). Silne zsubiektywizowanie narracji stanowi silny dowód na poparcie tej tezy. Nie wspominając już o tym, że ten mechanizm obronny stanowi częstą reakcję Doktora – w pośredni sposób dowiadujemy się więc czegoś również o nim.

Kolejnym ciekawym aspektem tego zabiegu jest uzyskanie innej perspektywy na działalność Doktora, który pojawia się gdzieś, ratuje sytuację, po czym znika, rzadko czekając choćby na podziękowania. Tutaj mamy okazję zobaczyć, jak wygląda życie osoby, która napotkała kiedyś Doktora, i okazuje się, że nie jest to zbyt wesoły widok. Po raz kolejny (po omawianym wczoraj The Unquiet Dead) pojawia się trudna lekcja: „Doktor nie zawsze potrafi uratować wszystkich”. Ale dzięki temu też wątek Eltona, opowiadający o radzeniu sobie ze stratą bliskich osób, nabiera głębi (którą nieco psuje zakończenie). I kiedy bohater ten mówi w zakończeniu: „Gdy jesteś dzieckiem, mówią Ci, że powinieneś... dorosnąć. Znaleźć pracę. Ożenić się. Kupić dom. Mieć dziecko, i to wszystko. A prawda jest taka, że świat jest o wiele dziwniejszy. O wiele mroczniejszy. O wiele bardziej szalony. I o wiele lepszy”, to wcale nie brzmi to banalnie.

Crowning Moment of Awesome:The Impossible Planet/The Satan Pit
Crowning Moment of Sadness:Army of Ghosts/Doomsday
Crowning Moment of Scary:The Girl in the Fireplace
Crowning Moment of Funny:Love & Monsters

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Tydzień z Doktorem, dzień 2: The Unquiet Dead


Gdzie byście się udali, gdybyście mieli wehikuł czasu i mogli odwiedzić dowolnie wybrany okres w historii? Jeśli odpowiedzieliście: „W daleką przyszłość, by zobaczyć, jak potoczyły się losy ludzkości”, to... przykro mi, będziecie jeszcze musieli trochę poczekać na swój odcinek.

Jeżeli natomiast odpowiedź brzmiała: „W przeszłość, żeby spotkać sławnych ludzi”, to The Unquiet Dead, trzeci odcinek pierwszego sezonu DW powinien Wam się spodobać. Zwłaszcza, jeśli lubicie epokę wiktoriańską. I historie o duchach (z obowiązkowym seansem spirytystycznym). I zombie. I Karola Dickensa.

Już na pierwszy rzut oka widać dość karkołomne połączenie konwencji i to jest właśnie coś, z czym serial radzi sobie świetnie: łączenie kilku intrygujących, choć czasem bardzo odmiennych pomysłów, w jedną wybuchową mieszankę. W The Unquiet Dead, napisanym przez Marka Gatissa (drugiego, obok Stevena Moffata, współtwórcę Sherlocka), wszystko spina razem wiktoriańska stylistyka, w ramach której doskonale mieści się opowieść o duchach (w końcu właśnie w drugiej połowie XIX wieku trwał w najlepsze złoty wiek tego gatunku). Wszystko to zostaje jeszcze osadzone w charakterystycznej dla serialu estetyce science fiction (choć dodać należy, że science w Doctorze Who jest mięciutkie jak pluszowa zabawka). Również nastrój nie jest jednorodny: niepokój charakterystyczny dla oldschoolowych opowieści grozy (w którego wywoływaniu Gatiss jest naprawdę dobry) przeplata się z humorystycznymi momentami – wystarczy porównać wywołującą lekkie ciarki sceną przed czołówką, a dwiema następnymi: z Doctorem oraz z właścicielem zakładu pogrzebowego, który zastanawia się, jak poradzić sobie z problemem „niespokojnych zmarłych”.

Ponieważ jest to jeden z pierwszych odcinków nowej serii, można tu znaleźć zarówno trochę rozmów o tym, jak wyglądają podróże w czasie, jak i zarysowanie charakterów postaci: Dziewiąty Doktor (Christopher Eccleston) ma szczególne nawet jak na tę postać zamiłowanie do niebezpieczeństwa: wystarczy popatrzeć, jak wyraz przybiera jego twarz, kiedy rozlegają się krzyki. Później jednak zobaczymy zupełnie inny, mroczniejszy aspekt tej postaci związany z poczuciem winy (a przy okazji dowiemy się, że w tym serialu nie wszystkie historie kończą się dobrze dla wszystkich), nie wspominając już o subtelnym ukazaniu faktu, że jego moralność nie do końca pokrywa się z ludzką. Rose jest natomiast tą postacią, z którą widz może się identyfikować najmocniej: jest oczarowana możliwością podróżowania w czasie i ciągle jeszcze niepewna, jak to wszystko działa. Jednocześnie odznacza się ogromną wrażliwością na innych, co widać szczególnie w scenach, które dzieli z Gwyneth – obdarzoną zdolnościami mediumicznymi służącą w zakładzie pogrzebowym.

Sporo czasu (to kolejna zaleta serialu) otrzymują również postacie drugoplanowe: wspomniana już Gwyneth (Eve Myles, która później zagrała w Torchwood) oraz Karol Dickens (Simon Callow). W Doctorze Who mniej więcej raz na sezon zdarzają się odcinki, w których występują sławne postacie historyczne. W tym odcinku, tak jak to się zdarza na ogół (z jednym cudownym wyjątkiem w szóstym sezonie), bohater ten otrzymuje istotną rolę w fabule, która jednocześnie nie kręci się tylko wokół niego. Tutaj słynny autor, walczący z oznakami wypalenia, pomaga rozwiązać problem ożywionych zmarłych, a w konsekwencji odzyskuje również energię twórczą.

The Unquiet Dead to chyba najlepszy z trzech pierwszych, wprowadzających odcinków pierwszego sezonu DW. W bardzo udany sposób miesza humor i grozę, świetnie operuje konwencją i dobrze oddaje nastrój całego sezonu, który, mimo okazjonalnych lekkich i humorystycznych odcinków był utrzymany w dość ponurej stylistyce. Odpowiadało to zresztą charakterowi Dziewiątego Doktora, który dziecięcy entuzjazm łączył ze zdecydowanie mroczniejszym obliczem.

Crowning Moment of Awesome: Bad Wolf/The Parting of the Ways
Crowning Moment of Sadness: Father's Day
Crowning Moment of Scary: The Empty Child/The Doctor Dances
Crowning Moment of Funny: Boom Town

niedziela, 26 sierpnia 2012

Tydzień z Doktorem, dzień 1: Doktor? Jaki Doktor?

UWAGA: zawiera link do TV Tropes.


I'm the Doctor. Here to help.
Doctor

Zgodnie z zapowiedzą cykl notek o Doctorze Who rozpoczyna wpis przedstawiający cechy, które moim zdaniem czynią tego bohatera tak interesującym. Nie będzie żadnego wprowadzenia; uważam, że wypowiedź Neila Gaimana przytoczona w poprzednim wpisie w zupełności wystarcza jako wyjasnienie premise serialu. Wszystkiego innego mozna się dowiedzieć oglądając serial. Nie jest to oczywiście lista wyczerpująca, a dla Was inne aspekty tej postaci mogą być bardziej interesujące. Jeśli tak jest, napiszcie komentarz!


1. Jedna postać, wiele twarzy
Zdarza się czasem, że jeden aktor zastępuje innego w roli jakiejś postaci, choć rzadko bywa tak, żeby zmiana ta dokonywała się tyle razy, co w przypadu Doktora. Do tej pory wcielało się w niego aż 11 aktorów, jeśli liczyć sam serial (oraz film telewizyjny). Dlatego też, kiedy czyta się o postaci, można się natknąć na określenia "Pierwszy Doktor", "Czwarty Doktor", "Jedenasty Doktor" – odnoszą się one do kolejnych wersji tej postaci. Najciekawszym elementem tej zmiany jest fakt, że posiada ona fabularne uzasadnienie: jedną z cech charakterystycznych Władców Czasu (czyli rasy, do której należy Doktor) jest to, że potrafią oszukać śmierć za pomocą procesu regeneracji, w czasie którego zmienia się ich wygląd i osobowość. Oczywiście jest to z jednej strony podyktowane względami pozaserialowymi – mało który aktor chciałby się tak długo wcielać w jedną postać, a biorąc pod uwagę to, jak długo serial jest już emitowany, mało który również byłby w stanie. Z drugiej jednak strony umożliwia to odświeżanie co jakiś czas opowiadanej historii: zmienia się zachowanie Doktora i dynamika relacji między postaciami (a czasem również spora część obsady). Jednocześnie jednak bohater zawsze zachowuje pewien stały zbiór cech, które stanowią jego istotę – przypomina więc do pewnego stopnia superbohaterów, którzy zmieniali się na przestrzeni dziesięcioleci, a jednak zawsze pozostawali zasadniczo tą samą postacią.

2. Doktor chce być przyjacielem całego świata
Z pewnością wynika to w dużej mierze z faktu, że nie nigdzie się nie spieszy, ale Doktor ma dla każdego czas i z każdym chce się zaprzyjaźnić. Nam co prawda mogłoby być trudno zachowywać się tak jak on w każdej codziennej sytuacji, ale i tak można się od niego uczyć podejścia do innych, Doktor jest bowiem całkowicie pozbawiony uprzedzeń i zawsze pełen szacunku, niezależnie od tego, z kim rozmawia. Poza tym dysponuje ogromną empatią i zawsze mocno się stara postawić na miejscu swojego rozmówcy. Dzięki temu często udaje mu się nawiązać porozumienie z istotami, z którymi innym porozumieć się nie udało.

3. Doktor zadaje pytania
Wiele przygód przedstawionych w serialu nie zaczęłoby się, gdyby nie jego dociekliwość, która każe mu starać się na własną rękę znaleźć wyjaśnienia faktów, które go zastanawiają. Głęboko krytyczne podejście do rzeczywistości oraz otwarty umysł pozwalają Doktorowi znajdować świeże rozwiązania problemów, na które się natyka. Dzięki takiej postawie można się wiele nauczyć, ale także czynnie angażować się w świat dookoła.

4. Doktor brzydzi się przemocą
Początkowo może się to wydawać dziwne, biorąc pod uwagę to, że Doktor czynnie walczy ze złem. Trzeba jednak podkreślić, że Doktor (bardzo idealistycznie) wierzy, że wszyscy są z natury dobrzy, oraz w to, że każdy problem można rozwiązać rozmawiając. Dlatego pierwszą rzeczą, jaką stara się zrobić (nawet w pozornie oczywistych sytuacjach ataków/konfliktów), jest dogadanie się z agresorem. Jeśli się to uda, stara się znaleźć satysfakcjonujące wszystkich rozwiązanie problemu. Natomiast w przypadku porażki, istota/istoty niegodzące się na kompromis otrzymują kilka ostrzeżeń oraz szans na uniknięcie konflikt. Zanim Doktor zdecyduje się wkroczyć na wojenną ścieżkę, upewnia się wielokrotnie, że jest to absolutnie nieuniknione. Nawet wtedy jednak, co również jest warte zaznaczenia, nie czuje się w pełni usprawiedliwiony. Ta ogromna wrażliwość jest moim zdaniem godna podziwu.

5. … ale nie waha się bronić wartości, które uważa za ważne
Mimo technicznego pacyfizmu Doktor zawsze zwraca uwagę na to, co uznaje za przejaw niesprawiedliwości albo opresji i mówi o tym głośno, a co najważniejsze – działa bez obaw. Bycie biernym to w oczach tego bohatera jedno z najcięższych przewinień, jakich można się dopuścić.

6. Doktor nie boi się być inny
Począwszy od ubioru, a skończywszy na zachowaniu, Doktor jest postacią niezwykle ekscentryczną. A tym, co jest w jego ekscentryczności najważniejsze i najbardziej uderzające jest to, jak dobrze czuje się, będąc sobą. Takie samo poczucie stara się zaszczepić w innych i myślę, że obok przeciwdziałania opresji i wykorzystywaniu, jest to jego najważniejsze zadanie: inspirować innych, żeby byli w pełni sobą i realizowali swoje aspiracje. Biorąc pod uwagę jego wiarę w dobro obecne w każdej istocie, przekłada się to na czynienie świata lepszym miejscem.

7. Doktor wie, jak się dobrze bawić
Przy wszystkich trudnych decyzjach moralnych i poświęceniach w walce z niesprawiedliwością można by się spodziewać, że Doktor będzie postacią niezwykle poważną i tragiczną. Jednak – choć można w nim dostrzec również takie rysy – Doktor w gruncie rzeczy chce po prostu zobaczyć wszystko, co wszechświat ma do zaoferowania i przyjemnie spędzać czas. W ciągu kilkuset lat podróżowania chyba dobrze opanował tę umiejętność, bo potrafi się cieszyć najprostszymi rzeczami: rozmową, dobrym jedzeniem czy pięknym widokiem. I to jedna z najważniejszych rzeczy, których może nas nauczyć.

piątek, 24 sierpnia 2012

Tydzień z Doktorem: zwiastun


Nie, słuchaj, jest sobie niebieska budka, większa w środku niż na zewnątrz. Może się przenieść gdziekolwiek w czasie i przestrzeni, czasami nawet tam, gdzie powinna się przenieść. A kiedy się pojawia, w środku siedzi gość, który nazywa się Doktor, i różne rzeczy będą nie w porządku, więc postara się je naprawić i pewnie mu się uda, bo jest super. A teraz siadaj, zamknij się i oglądaj Blink.
Neil Gaiman


Zdarzyło się Wam kiedyś, że sięgnęliście po książkę/film/serial/grę nie mając zielonego pojęcia, o czym jest, z jednoczesnym przeświadczeniem, że jest to rzecz właśnie dla Was? Tak się właśnie czułem, kiedy pewnego sobotniego przedpołudnia zasiadłem w fotelu i włączyłem telewizję, żeby obejrzeć pierwszy odcinek brytyjskiego serialu pod tytułem Doctor Who (dopiero później dowiedziałem się, że to pierwszy odcinek po kilkunastoletniej przerwie w emisji; serial jest bowiem emitowany od roku 1963). To, co zobaczyłem, było… specyficzne. Nienajlepszej jakości efekty specjalne i dość niedorzeczna fabuła odcinka nadawały całości mocno kampowy charakter (co mnie się akurat całkiem podobało). Jednocześnie w postaciach: dziewiętnastoletniej mieszkance Londynu, Rose, oraz ekscentrycznym Doktorze, podróżującym w czasie i przestrzeni, było coś intrygującego, co kazało mi powrócić przed ekran w kolejną sobotę, kiedy wszystko wypadało już znacznie lepiej. Wróciłem więc w następną. I jeszcze jedną. I jeszcze.

Potem już nie, bo serial nagle zniknął z TVP (jak się później okazało, nie zniknął, tylko został przeniesiony na 1:00 w nocy).

Dopiero kilka lat później postanowiłem kontynuować swoją przygodę z Doktorem, ale wtedy już wsiąkłem na dobre i o żadnych przestojach (przynajmniej dobrowolnych) nie mogło już być mowy. Doctor Who to coś niesamowitego: serial dla dzieci (przynajmniej oficjalnie), który bawi, wzrusza i przeraża również dorosłych (spróbujcie obejrzeć Blink po ciemku), i który z łatwością potrafi zrealizować odcinek w dowolnej konwencji. Dużą zaletą jest również to, że poszczególne odcinki są w dużej mierze samodzielne – można je oglądać w dowolnej kolejności (wyłączywszy historie dwuczęściowe i finały poszczególnych sezonów, które na ogół silnie bazują na mniejszych lub większych elementach, które pojawiły się już wcześniej). Wystarczającym wprowadzeniem jest wypowiedź Neila Gaimana umieszczona na początku tej notki. To właściwie wszystko, co powinniście wiedzieć o Doktorze, zanim zaczniecie oglądać serial.

Być może jednak chcielibyście się dowiedzieć więcej. Dlatego też – oraz z okazji premiery siódmego sezonu (licząc od wznowienia serialu w 2005 roku), która odbędzie się za trochę ponad tydzień, 1. września – postanowiłem przygotować cykl notek poświęconych serialowi. W niedzielę pojawi się wpis o samym Doktorze i o tym, co moim zdaniem stanowi o wyjątkowości i fajności tej postaci. Przez kolejne sześć dni, od poniedziałku do soboty, będą się ukazywały notki omawiające krótko pierwszych sześć sezonów oraz po jednym wybranym odcinku z danego sezonu (oraz mały dodatek bardziej dla fanów: tytuły odcinków zawierających najbardziej kozackie, wzruszające, śmieszne i przerażające momenty). Postanowiłem przy tym przyjąć kilka założeń:

1. Dla początkujących – wybrane przeze mnie odcinki mają się nadawać dla osób, które dopiero zaczynają przygodę z Doktorem, więc nie będą się mocno wiązały z mitologią. Chciałem też, żeby prezentowały najbardziej wyraziste aspekty serialu i były możliwie zróżnicowane, dlatego też nie zawsze wybierałem najlepsze odcinki z danego sezonu, choć starałem się, by były interesujące i przynajmniej solidne.

2. Jednoczęściówki – chciałem też, żeby było lekko i zwięźle, dlatego wybierałem odcinki jednoczęściowe.

3. Tylko jeden Moffat – Steven Moffat to scenarzysta i producent telewizyjny. Prawdopodobnie jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się Doctorowi Who i brytyjskiej telewizji w ogóle. Niektórzy z Was mogą go kojarzyć jako współtwórcę rewelacyjnego serialu Sherlock. Dla DW od czasu reaktywacji napisał kilka pojedynczych odcinków, a w 2010 roku objął stanowisko głównego scenarzysty i producenta wykonawczego, jest więc odpowiedzialny za całokształt serialu. Charakterystycznymi cechami jego stylu są: humor, błyskotliwe dialogi, częste wykorzystywanie podróży w czasie, niechronologiczna konstrukcja fabuły, spore dozy mindfucku, monstra, które przerażają widzów na śmierć. Stworzone przez niego odcinki niemal z miejsca stają się kultowe, kilka spośród nich zalicza się do najlepszych w historii serialu. Najsłynniejszym jest Blink, który zgarnął między innymi nagrody BAFTA i Hugo, a w walce o Nebulę przegrał z Labiryntem Fauna.

Kiedy sporządzałem wstępną listę odcinków, o których chciałbym napisać, znalazły się na niej aż cztery napisane przez Moffata. Całkowite usunięcie go z listy wydało mi się niesprawiedliwe, dlatego postanowiłem wybrać jeden odcinek jego autorstwa, żeby pokazać, że inni scenarzyści też potrafią pisać dobre historie. Tym niemniej warto na wstępie napisać wyraźnie: odcinki Moffata to jedne z najlepszych odcinków Doctora Who i seriali telewizyjnych w ogóle, więc warto po nie sięgnąć w pierwszej kolejności. Zwłaszcza, jak mówi Neil Gaiman (i wszyscy fani Doktora ever), po Blink.


Tyle uwag wstępnych. Zachęcam do śledzenia kolejnych notek, które będą publikowane przez siedem kolejnych dni, od niedzieli do soboty (ósmego dnia prawdopodobnie spiszę wrażenia z premiery siódmego sezonu, chyba że będę w zbyt dużym szoku). Zachęcam też fanów serialu do komentowania i niezgadzania się z moimi decyzjami ;). A tych, którzy jeszcze nie znają Doktora, zachęcam do oglądania.



PS. Na koniec zwiastun nowego sezonu: