poniedziałek, 10 września 2012

Doctor Who s07e02: Dinosaurs on a Spaceship

UWAGA: wpis zawiera spoilery. Nie czytaj, jeśli nie oglądałeś jeszcze najnowszego odcinka Doctora Who.



Kiedy jeszcze przed premierą nowego sezonu Doktora pojawiły się doniesienia, że każdy odcinek ma przypominać film akcji, poczułem pewną obawę. Z jednej strony ucieszył mnie powrót do formatu samodzielnych historii (nie ma to jak różnorodność), z drugiej zacząłem się zastanawiać, czy położenie nacisku na dynamiczną fabułę nie odbędzie się kosztem spłaszczenia postaci i wymowy serialu. „Dinozaury na statku kosmicznym” w pełni mnie usatysfakcjonowały jeśli chodzi o elementy serialu, które lubię szczególnie, natomiast jeszcze nie całkiem rozwiały moje obawy co do przyszłych odcinków. Ale po kolei.


Dinozaury na statku kosmicznym
Doskonała w swojej prostocie koncepcja okazała się nie tylko ucztą dla oka (uważam, że dinozaury w tym odcinku wyglądały naprawdę świetnie), ale też nie lada zagadką: spora część odcinka koncentrowała się na wyjaśnieniu, skąd właściwie wzięły się w kosmosie gigantyczne gady. Rozwiązanie jest równie fantastyczne, jak tytuł odcinka: ten statek to kosmiczna arka Noego! W dodatku stworzona przez Sylurian! Ogromnie lubię tę rasę, prawdopodobnie przez to, że fascynują mnie rdzenne kultury świata – a Sylurianie są ostateczną rdzenną kulturą, obecną na Ziemi jeszcze przed powstaniem człowieka.To podobieństwo nasuwa się jeszcze wyraźniej, kiedy weźmie się pod uwagę los, jaki ich spotkał w tym odcinku. Warto przejść od razu do tego, kto im ten los zgotował.


Solomon (i jego neurotyczne roboty)
To jeden z nielicznych przypadków, kiedy w Doctorze Who pojawia się czarny charakter tak niejednoznacznie zły i antypatyczny jak Solomon (idealnie pasujący do tej roli David Bradley) obecny właściciel ładunku dinozaurów. Jego chciwość ujawnia się już podczas pierwszego spotkania z Doktorem – mimo że potrzebuje jego pomocy, to przede wszystkim stara się sprawdzić, ile jest on wart. Później posuwa się do szantażu, gróźb, niewolnictwa, nie wspominając już o ludobójstwie dokonanym na Sylurianach… Rys sadysty i seksualnego drapieżnika, w jaki zostaje wyposażony pod koniec, jest już tylko wisienką na wielkim, oślizgłym torcie zła.Taka postać mogłaby łatwo stać się przerysowana, ale jednak działa, może dlatego, że zbrodnie dokonane przez handlarza wykluczają całkowicie możliwość odczuwania do niego sympatii i widz z przyjemnością zanurza się w nienawiści do niego (szczególnie, że równolegle budowana jest sympatia do dinozaurów, szczególnie triceratopsa, który staje się nieoficjalnym zwierzakiem Doktora; nawet jeśli triceratopsy nie potrafiły siadać na zadzie jak psy, to Tricey jest cudowna/y). Nie można jednak przy okazji nie pochwalić Davida Bradleya, który gra po prostu świetnie. Mimo wszystko ostateczny los Solomona bardzo mnie zaskoczył, nie dlatego, że jego bohater nie zasłużył na śmierć, ale ze względu na łatwość, z jaką Doktor zostawił go na statku, który miał zostać zbombardowany. Czyżby miał się stać jeszcze mroczniejszy w nadchodzących odcinkach…?

Należy jeszcze wspomnieć o dwójce robotów-pomagierów Solomona, lekko nieudacznych i skłonnych do przekomarzanek, które w odcinku wypełnionym gagami są jednym z najzabawniejszych elementów.


„To moja ekipa. Jeszcze nigdy nie miałem ekipy”
W tym odcinku Doktor postanawia zebrać zdecydowanie większą ilość towarzyszy niż zwykle (i trudno mu się dziwić; gdybym poleciał na statek kosmiczny z dinozaurami, też chciałbym zabrać ze sobą jak największą ilość ludzi, z tymi, których nie lubię, na czele). Królowa Nefertiti to kolejna silna (co samo w sobie zupełnie mi nie przeszkadza; silnych postaci kobiecych zawsze mogłoby być więcej), zadziorna i lubiąca flirtować kobieta w serialu, która na samym początku próbuje uwieść Doktora. Scenarzyści muszą ogromnie lubić ten typ. Zawsze miło jest oglądać na ekranie Ruperta Gravesa, który tutaj gra Johna Ridella, afrykańskiego myśliwego z początku dwudziestego wieku. W dużej mierze stanowi on uzupełnienie Nefertiti, z którą może przerzucać się sarkastycznymi tekstami (i grozić jej klapsami – mimo że Amy zwraca później uwagę na jego seksistowskie zachowanie, jest to dosyć irytujące). Ta para jest miłym humorystycznym dodatkiem, jednak zostaje zdecydowanie przyćmiona przez absolutną gwiazdę tego odcinka, którą jest…

Arthur Weasley, czyli Mark Williams, wcielający się w Briana, ojca Rory'ego. Jego niechętny do podróżowania bohater, który zupełnie przypadkowo trafia na pokład TARDIS, kradnie niemal każdą scenę, w której się znajduje, głównie dzięki temu, jak bardzo angielski i przyziemny. Kiedy na niego patrzyłem, nie mogłem się oprzeć skojarzeniom z Arthurem Dentem z Autostopem przez Galaktykę, szczególnie w jego filmowej wersji – Mark Williams nawet przypomina trochę z wyglądu Martina Freemana. Scenarzyści myśleli chyba bardzo podobnie, bo w jednej ze scen pojawia się nawet (prawdopodobnie) nawiązanie do książki Douglasa Adamsa. Niesamowite (i zabawne) są także jego interakcje z Rorym i Doktorem. Byłoby super, gdyby ta postać jeszcze zdążyła się pojawić w którymś z nadchodzących odcinków.


Ogólnie rzecz biorąc drugi odcinek aktualnego sezonu Doctora to, jak zapowiada zresztą tytuł, kawał dobrej zabawy. Swietnie zagrany (co nie jest niezwykłe) a przy tym bardzo, bardzo zabawny. I chociaż humor w tym serialu pojawia się bardzo często, to stosunkowo rzadko pojawiają się odcinki przede wszystkim komediowe. Ale może było to konieczne: z zapowiedzi wynika, że kolejne odcinki będą nieco poważniejsze, nie wspominając już o zbliżającej się kulminacji tej części sezonu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz