Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własne. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2020

Sędzia

Wwozili go na wózku, opuszczali dyszel, blokowali koła. Spoglądał na tłum z góry lśniącym metalowym okiem.

Jeśli spotkała cię krzywda, jeśli wyrządzono ci niesprawiedliwość, wystarczyło stanąć przed jego obliczem i wymienić imię sprawcy. Jedna chwila i stał on na placu obok ciebie.

Sędzia słuchał opisu sprawy bez ruchu, choć każdemu ze zgromadzonych zdawało się, że patrzy prosto na niego. O nic nie pytał, nikogo nie poganiał. Obracał głowę dopiero, gdy skarga została złożona.

– Czego się domagasz? – pytał oskarżyciela.

Oskarżeni kulili się, gdy padał na nich wzrok Sędziego, ale była to fraszka w porównaniu z reakcjami oskarżających. Jedni bez zmysłów padali na ziemię. Innymi targały drgawki, jakby potrząsał nimi pies. Niektórzy próbowali unieść dłoń, by zasłonić twarz przed gorejącym spojrzeniem, ale ich ręce stawały się jak uschnięte i opadały bezwładnie.

Wtedy Sędzia powtarzał pytanie.

– Łaski – odpowiadali drżącymi wargami. I odchodzili wspólnie z oskarżonym.

Raz tylko padła inna odpowiedź. Długoletni zatarg z sąsiadem wypaczył Jacoba Rossoma, zatruł jego duszę.

– Czego się domagasz? – zazgrzytał mechaniczny głos.

– Sprawiedliwości – padła harda odpowiedź.

Rozżarzona źrenica przygwoździła go do miejsca. Zacisnął pięści, odsłonił zęby w grymasie, szyja napięła się jak u duszonego sznurem.

Zachwiał się, lecz ustał.

– Czego się domagasz? – rozbrzmiało ponownie pytanie.

– Spra… wiedliwości – wyksztusił Rossom.

Wtedy Sędzia odsłonił drugie oko. Zgromadzeni upadli na twarze, powaleni blaskiem. Kiedy się podnieśli i znikły im z oczu roztańczone słońca, przed wózkiem nie było nikogo.

Dziś rzadko ktoś szuka pomocy Sędziego, choć ciągle pojawia się on na każdym jarmarku. Zasiada na uboczu i przygląda się tłumowi swoim rdzawym okiem.

* * *

Jeśli podobało Ci się to opowiadanie, możesz kupić mi kawę. To mi pomoże tworzyć kolejne.

poniedziałek, 16 września 2019

Conchita

To wasza wina mówią chłopcy
w czarnych i brunatnych koszulach

nie dochowałyście czujności zamieniłyście
pochodnie na neony
mundury na cekiny
waszym wieczorowym sukienkom
brakuje kieszeni gdzie palce
mogłyby czule
zaciskać się na spuście

a jednak klucze sterczą
z waszych zamkniętych pobielałych dłoni

same widzicie:
jak moglibyśmy żyć
bez wzajemnie gwarantowanego zniszczenia
kiedy świat jest pełen
ludzi takich jak my?

same rozumiecie
musimy to robić:
po roztańczonej Europie
krążą już widma ojców
carów kaiserów
führerów

więc palić tęcze golić brody
zdjąć sukienki

niech przejeżdżając
czują się jak w domu

piątek, 15 czerwca 2018

Turku Pride i Wielka Ucieczka Lenina

Czasami marzenia spełniają się, kiedy już zapomnimy, że je mieliśmy. Tak było w moim przypadku z wizytą w Finlandii. Bardzo chciałem tam pojechać, kiedy byłem na studiach, i nawet zacząłem uczyć się fińskiego. Udało mi się w końcu rok temu, kiedy w pamięci zostało mi już tylko to, jak się przedstawić, oraz świadomość, że w fińskim istnieje sześć przypadków określających relacje przestrzenne.

(Na szczęście miastem, do którego przyjechaliśmy z Iną na zaproszenie K., było Turku, gdzie obok fińskiego funkcjonuje także język szwedzki. Dwujęzyczne tablice zdecydowanie ułatwiały życie).

Trafiliśmy do Turku latem i pewnie przez to cały pobyt okazał się dość surrealistycznym doświadczeniem. Kiedy przyjechaliśmy do centrum, dziwiliśmy się, jak bardzo jest opustoszałe; było przecież jeszcze jasno. Dopiero spoglądając na zegarek, uświadomiliśmy sobie, że minęła już 23.00. Po powrocie często pytano mnie, o której robiło się ciemno. Nie mam pojęcia. Kiedy zasypialiśmy, światło dopiero zaczynało przybierać złoty odcień charakterystyczny dla zachodu słońca. Kiedy się budziliśmy, słońce stało już wysoko na niebie. Równie dobrze mogło w ogóle nie zachodzić. W pewnym momencie zupełnie płynnie zaczęliśmy przechodzić między jawą a snem: zasypialiśmy o 15.00, żeby wstać wieczorem i jeszcze długo włóczyć się po składających się w regularną siatkę ulicach centralnej części miasta. Nic dziwnego, że rozbity i lekko zdezorientowany zgubiłem w końcu książkę.

Znalazłem ją na uniwersytecie, gdzie K. pracuje i przygotowuje doktorat. Piękny ceglany budynek z przeszklonym dachem był kiedyś fabryką sprzętu rolniczego. W pewnym momencie naszego spaceru na drzwiach kolejnych sal zaczęło się pojawiać znajome słowo: uskontotiede. Religioznawstwo. Na chwilę wróciłem myślami do czasów, w których uczyłem się fińskiego i uczyłem się o religiach. Fińskiego już się nie uczę, ale zainteresowanie religiami i folklorem zostało mi do dziś.

W korytarzu stał stolik do kawy z rozsypanym stosem książek do zabrania. Przeglądałem go od niechcenia, aż rzucił mi się w oczy szwedzki tytuł, który odcyfrowałem jako Ludowe historie i opowiadania z Turku. Schowałem książkę do torby. Na uniesioną brew Iny odpowiedziałem wzruszeniem ramion. Może i na nic mi ta książka, ale zawsze mogę przynieść ją tu z powrotem, zostawić dla jakiejś studentki lub studenta.

Dnie spędzaliśmy głównie na Ruissalo, wyspie u wybrzeża Turku. Miasto wydawało się odsłonięte, wystawione na silne słońce, którego nie łagodził morski klimat. Na wyspie chroniliśmy się w cieniu, wędrując to po zasłanych igliwiem ścieżkach, to po płaskich, pokrytych porostami głazach. Po południu Ina wychodziła do kawiarni, ja, jeśli akurat nie spałem, chowałem się w książkach. To pierwsze i najważniejsze miejsce, w którym mieszkałem, i czasami wydaje mi się, że żadne inne tak naprawdę nigdy im nie dorówna.

Większość Ludowych historii i opowiadań była za długa, bym był w stanie je przetłumaczyć. Szwedzki rozumiem zresztą biernie, wyrywkowo i w domyśle, opierając się na innych językach germańskich, głównie angielskim, odrobinie niemieckiego. Przeglądałem więc tytuły, sprawdzając, co jestem w stanie odcyfrować i co mnie zainteresuje. Jeśli były to krótkie cząstki, tłumaczyłem je na angielski, wrzucając do google translate.

Zainteresował mnie wątek Turku Pride. Święto lokalnej społeczności LGBT odbywa się obecnie w sierpniu, jednak książka, o ile dobrze zrozumiałem zapośredniczone przez kilka języków informacje, sugerowała, że kiedyś pełniący podobną funkcję pochód odbywał się w grudniu, w okolicach przesilenia zimowego. Może na znak konieczności ukrywania się pod płaszczykiem najgłębszej ciemności, z drugiej strony: zajęcie daty o tak bogatym znaczeniu symbolicznym dowodzi swego rodzaju siły. Zresztą zamieszczony w książce wierszyk – kołysanka zdaje się sugerować, że było to wydarzenie otoczone czcią graniczącą z obawą, podczas którego osoby heteroseksualne zostawały na ogół w domach. Oto przetłumaczony bardzo dosłownie kawałek:

Zaśnij, zaśnij drogi synku,
Zamknij już swoje oczy.
Noc jest długa, noc jest ciemna,
Chociaż płoną w niej światła.
Wkrótce nadejdzie niebieski moment*,
Moment fioletowy, moment zielony,
Moment żółty, czerwony, pomarańczowy.
Jeśli usłyszysz pukanie do drzwi,
Nie odpowiadaj.
Wiem, że niedługo mnie opuścisz,
Ale zostań jeszcze na tę noc.

(* – „Sininen hetki”, czyli niebieski moment, to w Finlandii określenie chwili, w której zimą, tuż po zachodzie słońca, ośnieżony krajobraz zostaje oświetlony błękitną poświatą. W kołysance wyliczenie zaczyna się od tego faktycznego fenomenu, a następnie pojawiają się wzmianki o kolejnych istniejących rzekomo kolorowych momentach, które razem tworzą flagę LGBT).

Bardzo ciekawy jest stosunek śpiewającej tę kołysankę matki do sytuacji. Zdaje się ona domyślać tożsamości swojego dziecka i rozumie, że w którymś momencie opuści ono dom i dołączy do pochodu na zewnątrz (i nawet jeśli wróci, to już w jakiś sposób inne – zresztą czy to nie spotyka każdego dziecka i każdego rodzica obserwującego jego dorastanie?) – prosi tylko, żeby jeszcze trochę się to odwlekło.

Jest też inna opowieść związana z tą tradycją: legenda o dziewczynie, która w noc pochodu siedzi w domu z rodzicami i narzeczonym. Narzeczony uchyla jednak drzwi, ponieważ na dworze został – w zależności od wersji – ukochany pies lub ulubiony kubek, i, oczarowany pochodem, wychodzi, by do niego dołączyć. Dziewczyna wybiega za ukochanym. Udaje jej się wypatrzyć go w tłumie i złapać w objęcia. Narzeczony zaczyna przemieniać się w rozmaite postacie: drag queen, twinka, misia – dziewczyna trzyma go uparcie (pobrzmiewają tu intrygujące echa ballady o Tam Linie). On prosi ją jednak, by go puściła i pozwoliła mu dołączyć do pochodu. Dziewczyna zgadza się na tę prośbę i pozwala narzeczonemu odejść. Wtedy jej wyciągniętą rękę chwyta inna ręka – pięknej dziewczyny, która zaprasza bohaterkę, by ta również wzięła udział w pochodzie.

Ostatniego wieczoru wyszliśmy w trójkę na pożegnalną kolację. Później zaczęliśmy włóczyć się po mieście. Może dzięki płynnośi i plastyczności tamtejszego czasu udało nam się osiągnąć stan, jaki po raz ostatni zdarzył mi się chyba jeszcze na studiach: wyjście poza zegar i kalendarz, w obszar, w którym można po prostu robić co się chce, jak długo się chce, obszar, w którym gubią się punkty takie jak mieszkanie czy praca. Rytm wybijany przez kapitalistyczny system produkcji nagle zostaje zakłócony i jest tak, jak bywa w dzieciństwie podczas wakacji: przed człowiekiem rozpościera się nieograniczona przestrzeń możliwości, na każdym kroku czeka przygoda albo przynajmniej możliwość zachwytu. Ktoś mógłby to nazwać niedojrzałością albo nawet infantylnością, ale osobiście myślę, że to jedne z najważniejszych momentów, jakie można przeżyć: wejście w sytuacjonistyczną sferę życia jako takiego: wolności, wypoczynku i zabawy.

Wyszło na jaw, że nie widzieliśmy jeszcze z Iną pomnika Lenina. Ruszyliśmy więc we trójkę na wzgórze, którego szczyt zajmuje park miejski i muzeum sztuki. Posąg znajduje się tuż poniżej, obok domu, w którym Lenin ukrywał się przez jakiś czas, kiedy uciekał z Rosji. Poszliśmy dalej, do parku. Na plac zabaw, bo taki to był wieczór. Znaleźliśmy pasującą na bardzo małą głowę czapkę w panterkę, z różowym napisem „Awesome”.

W parku znajduje się pomnik gęsi. Jak wyczytałem w książce, on również ma związek z Leninem. Legenda głosi, że carscy agenci byli o włos od złapania Włodzimierza Iljicza: obstawili budynek i weszli przez drzwi frontowe. Lenin wydostał się na dach, ale i tam został otoczony. Uratował go przelatujący akurat nisko sznur gęsi: Lenin złapał jedną z nich za nogi i przeleciał poza zasięg żołdaków, którym została tylko zestrzelona z głowy przywódcy rewolucji czapka.

Wracając do mieszkania, wspięliśmy się na cokół i wręczyliśmy Leninowi naszą czapkę. Nie pasowała (wszyscy wiemy, że głowa Lenina nie należy do małych), ale lepsze to niż nic.

Następnego dnia rano Ina i ja wyjechaliśmy z Turku. Podczas pakowania nie umiałem znaleźć książki, K. też się to później nie udało. Szkoda. Bardzo chętnie przeczytałbym więcej opowieści z Turku, bardzo chciałbym też mieć dowód, że dobrze zapamiętałem te, które tutaj przytoczyłem. Nie umiem znaleźć ich w internecie i zaczynam się zastanawiać, czy czegoś nie przekręciłem, czy czegoś sobie nie dopowiedziałem. No ale tak to czasem bywa z opowieściami.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Pocztówka z Norwich. Elm Hill

Ulica-zakładka, liść włożony między kartki. Trzeba chcieć na nią trafić, wiedzieć, w którym miejscu z głównej drogi skręca się w niepozorny zaułek. Koło kościoła kopczyk z okrągłym otworem, tumulus, wejście do faerie. Po prawej, za zakrętem: Elm Hill pełna chylących się ku sobie, tudorskich domów. Piękna jak z obrazka – nic dziwnego, że zagrała w filmie. Tak jak obrazek, dziwnie płaska i jakby zamknięta w szklanej gablocie. Spacerując po niej, można odnieść wrażenie, że to tylko dekoracje, że wystarczyłoby się obrócić, żeby zobaczyć wpatrzone w siebie twarze widzów.  Wszystko jest zaaranżowane, ale trudno sobie wyobrazić, że ktoś pracuje w tutejszych sklepach, dogląda pluszowych niedźwiadków, monet dla numizmatyków, odzieży vintage – że w mieszkaniach powyżej leży wzburzona pościel, gotuje się herbata. Że da się przejść przez malutkie, garbiące się drzwi.

Rozwiązanie tej zagadki kryje się w nazwie. W 1927, kiedy z Elm Hill usuwano slumsy i prowadzono renowacje, holenderska choroba wiązu trafiła na Wyspę. Przetrwały budynki, nie drzewa. Ktokolwiek naprawdę tu mieszkał, odszedł, a my się tylko bawimy. Została ulica-zakładka, liść włożony między kartki.


* * *

Więcej zdjęć z Norwich znajdziecie na moim Instagramie.

niedziela, 26 marca 2017

Sygin w MULTImediach

Jak zwykle jestem beznadziejny w informowaniu tutaj o swoich tekstach. Nadrabiam jednak z zaledwie tygodniowym opóźnieniem:

otóż w zeszłą niedzielę swoją premierę miał pierwszy numer kwartalnika MULTImedia – czasopisma kulturalnego pełnego poezji, prozy, krytyki wszelakiej, sztuk wizualnych i muzyki.

W tym zalewie dobra znajduje się także mój osnuty na motywach mitologicznych wiersz pod tytułem Sygin.  Gorąco zachęcam do jego lektury, no i zapoznania się z resztą numeru.

wtorek, 28 lutego 2017

Pan Antek

Stałem na przystanku,
kiedy podszedł pan Antek
z koleżanką
i psem.

Pan Antek był budowlańcem
i chyba
chciał wysępić papierosy.

Lubił horrory, ale czytał też kiedyś
jednego filozofa, który stwierdził,
że ma pewność tylko swojego istnienia,
a reszta może nie być naprawdę.
Równie dobrze tylko pan Antek
mógłby istnieć naprawdę,
a jego koleżanka i wszyscy dookoła
mogliby być tylko w jego wyobraźni.
Pan Antek stwierdził, że coś w tym jest.

Powiedział, że widać, że jestem studentem,
bo jestem taki sztywny i wyprostowany.
Koleżanka pana Antka stwierdziła,
że sam jest sztywny.

Denerwowała się, że nie zdążą na autobus,
ale poszła kupić te papierosy.
„Strasznie nerwowa jest,”
powiedział pan Antek.

Potem wróciła.
Przyjechał ich autobus.
To była rzeczowa kobieta.
Myślę, że dobrze się uzupełniali, bo pan Antek
to musi sobie cały świat
wyobrażać.

* * *

Oryginalna data publikacji: 30 maja 2014


wtorek, 21 lutego 2017

Rosjanie

ojciec
siadał ciężko
kładł rękę na stole

mówił
że będzie wojna
że przyjdą Rosjanie

nie przyszli

myślę
że było mu nawet
trochę przykro

wtorek, 7 lutego 2017

Koci optymizm

Dla Dusi – kociej optymistki

* * *

Dostałam wczoraj tuńczyka –
O, jak szczęśliwy to dzień!
Myśl ta z mej głowy nie znika,
Że mogłam tuńczyka zjeść.

Dostałam wczoraj tuńczyka –
Lecz znikła z żołądka już treść.
Dziś drżenie me serce przenika:
Czy będę tuńczyka znów jeść?

Dostałam dzisiaj tuńczyka –
Z radości okrzyk chcę wznieść;
Z tego wszak jasno wynika:
Już zawsze będę go jeść!

* * *

Oryginalna data publikacji: 30 marca 2015

wtorek, 31 stycznia 2017

Pocztówka z Norwich. Wensum

Przy moście festiwal. Muzyka i światła nad betonowym murkiem. Próbujemy dowiedzieć się więcej, bez skutku. Nie ma na to zresztą czasu: już machają łagodnie rękami, już trzeba wsiadać do łódki. Perspektywa lekko zmieniona: budynki wyższe, górują nad wodą. Suniemy przez noc. Po prawej uniwersytet sztuki – spod miedzianej kopuły, łukiem mijając most, chłopcy skaczą do wody. Gdy jej dotkną, znikają bez plusku, są ławicą blasków na falach. Płyną za nami. Domy przy rzece, w oknach widzimy ludzi. Z Fye Bridge zrzucają nam kwiaty, z Whitefriars – owoce. Przy Pulls Ferry chłopcy wychodzą na brzeg, ich skóra ma niebieski odcień. Rzeka pamięta, że kiedyś barwiono tutaj tkaniny. Łodzie się zatrzymują, my płyniemy dalej. Kryje się w tym jakaś ulga. Świadomość, że jest się w dobrych rękach rzeki. Świt znajdzie nas poza mapą, ale to później. Później.

wtorek, 24 stycznia 2017

Pocztówka z Norwich. The Lanes

W jakimś innym życiu, w jakimś innym świecie, nigdy stąd nie wyjechałem. Wśród brukowanych uliczek szukam własnych śladów. Czy tutaj robię zakupy? Tutaj siadam na murku? Za każdym razem próbuję odkryć coś nowego: most, ogród, schody. Ich nazwy krzyczą do mnie. Tamten ma jednak przewagę: może mylić tropy, rzeźbić nowe szlaki. A może – to byłby największy cios – to mury zwierają dla niego szeregi, pilnują jego tajemnic? Krzemień milczy jak ślepe lustro, nie daje odpowiedzi. W końcu ja też mogę się odegrać: wyjeżdżając, zabieram ze sobą tęsknotę, której on nie posiada.

wtorek, 17 stycznia 2017

Pasterka

Idziemy na pasterkę. Dziadek trzyma mnie za rękę, ciemność zagęszcza się i tłoczy wokół nas. Mam patrzeć w niebo: podobno jest tam coś, co pozwoli nam dotrzeć na miejsce, ale nie wiem co. Bawię się więc w wymyślanie konstelacji, opowiadanie nowych mitologii.

W którymś momencie dziadek się gubi. Puściłem jego dłoń i zostałem sam w przedsionku kościoła. Przez szparę w drzwiach dostrzegam ludzi i złote światło, słyszę ich śpiewy. Wolę ciszę przedsionka.

Jest tam też dziewczyna, bardzo młoda i bardzo mądra – wie rzeczy, które ja odkryję może w nagłym olśnieniu, za wiele lat, kiedy już na nic mi się nie przydadzą. Ma wózek z dzieckiem (dlatego nie wpuścili jej do środka), nuci i kołysze. Chciałbym, żeby była ze mnie dumna, chciałbym usłyszeć od niej pochwałę i wstydzę się tego przed sobą.

– Czy jestem na właściwej drodze? – pytam. Rzadko czuję, że w ogóle się poruszam, ale gdybym chociaż stał we właściwym miejscu?

Zbliża się, a ja nieruchomieję w trwodze i wyczekiwaniu. Z uśmiechem kładzie rękę na dziurze we mnie i nic złego się nie dzieje. Przypominam sobie, ile razy nie powiedziałem komuś, że kocham, chociaż chciałem. Czy gdybym powiedział to jej, tutaj, teraz, to coś by się zmieniło?

Wydaje mi się, że wychodzimy razem w blask latarni, który rozświetla noc, i że mówimy jeszcze o wielu rzeczach. Później budzę się na niewygodnej kościelnej ławce, z ciemności wychodzę w pustkę, już zapominam, jak każde objawienie, ale zatrzymuję jeszcze trochę ulotnego ciepła jej dłoni.

wtorek, 29 listopada 2016

Haiku VI



Haiku krakowskie

na bladym niebie
płoną światła żurawi
– ranek, woń smogu

* * *

Napisałem ten wiersz w zeszłym tygodniu, kiedy zanieczyszczenie powietrza sięgało 300% normy – a teraz już jest ledwie zapisem minionej chwili (tym w sumie powinno być chyba każde haiku?). Śnieg pięknie oczyścił powietrze. Więc cóż, chyba nie pozostaje mi nic innego, jak napisać kolejny wiersz.

P.S. Zdjęcie nie z tego dnia i bez widoku, który zainspirował dzisiejsze haiku, ale jest smog, więc pasuje.

wtorek, 22 listopada 2016

Alchemia

dla P.S.

To ten nóż, który drapie
odsłonięty nerw
w twoich wewnętrznych
czasoprzestrzeniach,
najlepiej zmienia się w mosiądz: w klucz sunący
po strunie fortepianu.

Bełk, 11.11.2016

* * *

Zrobiłem sobie ostatnio przerwę w wierszowych wtorkach – w moim życiu dużo się zmieniało, nie miałem tyle czasu na pisanie codziennych wierszy. Czułem też, że nie mam nic, czym naprawdę mógłbym się podzielić, a nie chciałem wrzucać byle czego tylko po to, żeby było. Nie o to chodzi w tym projekcie. To również zapowiedź na przyszłość: luki mogą się zdarzać.

Był ostatnio taki czas, kiedy świat mnie smucił i przerażał. I wtedy przypomniałem sobie, jak dużo znaczy dla mnie Doctor Who, o tym wszystkim, co dla mnie symbolizuje. Kiedy później zabrałem się za oglądanie Class, [SPOILER ALERT] dźwięk TARDIS sprawił, że łzy napłynęły mi do oczu.

You don’t just give up. You don’t just let things happen. You make a stand. You say “no”! You have the guts to do what's right when everyone else just runs away!

wtorek, 18 października 2016

Wierszowy wtorek. Regeneracja

mój ulubiony Doktor
żyje przez kilka sekund
czasem jego sekret wyjawia się przedwcześnie
wtedy umiera zanim się narodzi

wraca co kilka lat gdy jego twarz
jest złotą skrzącą chmurą
czystej potencjalności
gdy może być każdym nawet twoją babcią
a ja zawisam w oczeki

waniu
na szczycie górskiej kolejki
wolny od siły ciążenia
póki spojrzenie w dół
nie złamie kruchej tafli
funkcji falowej
wtedy znów się obudzę
w jedynym z możliwych światów

lecz jeszcze nie teraz

wtorek, 4 października 2016

Wierszowy wtorek. Missed connection

na początku wziąłem cię
za sikorkę teraz wiem

byłeś pierwiosnkiem
albo piecuszkiem

gdy cię podniosłem
z ziemi otwarłeś dzióbek

a czarne oko patrzyło
uparcie nie rozumiałem

rozglądałem się tylko szukając
pomocy

a kiedy znowu spojrzałem
już cię nie było

twoja główka opadła
lekka jak kamień

bagaż który zostawiłeś
złożyłem w trawie

nie mam pretensji że zetknęliśmy się
tylko przelotnie wiem

nasze spojrzenia zawsze krzyżują się
między wzgórzami czaszek

potem wstydliwie
odwracamy wzrok

daj tylko znać czy dotarłeś
gdzie miałeś dotrzeć

wtorek, 27 września 2016

piątek, 16 września 2016

Fikcyjny fiątek. Warsztat mojego ojca

Warsztat mojego ojca mieści  się za domem, w rogu podwórka. Blacha falista tworzy dach i dwie ściany, oddzielające od ogrodu i działki sąsiadów; metalowa rura wspiera czwarty róg konstrukcji. Wewnątrz zalega rumowisko pełne starych narzędzi, obróbek blacharskich, materiałów budowlanych, śmieci.

Co jakiś czas organizujemy tam porządki, wkrótce jednak zamęt wkrada się na nowo: jak w szufladzie biurka, gdzie na początku roku szkolnego każda rzecz ma swoje miejsce, a w czerwcu wysypują się z niej sterty papierków, wypisanych mazaków, połamanych ekierek, w rogach natomiast zalega ciemny pyłek – może grafit z ołówków, a może po prostu uboczny produkt istnienia, widoczny ślad entropii . Jeśli wyobrazisz sobie, jak podobny proces przez trzydzieści lat zachodzi na przestrzeni osiemdziesięciu metrów kwadratowych –  zobaczysz warsztat.

W zeszłym roku ojciec zaczął dodatkowo sprzedawać okna dachowe, warsztat trzeba więc było gruntownie oczyścić . Zabraliśmy się za to we trzech: tata, mąż mojej siostry i ja. Na śmietnik trafiły stosy kartonów i zmięte kule folii zabezpieczającej, przemoknięta wełna mineralna, skrawki blach. Na złom – po rozbiciu młotem – wywieźliśmy żeliwną gilotynę do blachy i trzystukilogramowy, przypominający miniaturową lokomotywę silnik do spawarki. To, co zostało, staraliśmy się ułożyć w równe, przedzielone alejkami rzędy.

Przy ścianie garażu, pod drewnianą paletą i stertą rynien, znaleźliśmy dziurę: kwadratową, o nieregularnych krawędziach. Boki nie miały chyba nawet trzydziestu centymetrów. Zaświeciłem w głąb  latarką z telefonu: ciemno. Tylko ściany lśniły lekko, jakby pokryte wilgocią. Położyłem się więc na brzuchu i włożyłem rękę najgłębiej, jak potrafiłem. Pustka. Przez chwilę wydawało mi się, że palcami musnąłem dno, ale natrafiłem tylko na lekkie przewężenie. Dziura mogła się ciągnąć jeszcze długo, a jednocześnie naszło mnie nagle uczucie, że coś znajduje  się tuż za zasięgiem moich palców, tak blisko, że gdybym tylko zdołał jeszcze trochę się wyciągnąć, to odkryłbym jej tajemnicę.
„Ciekawe, czy zmieściłoby się tu roczne dziecko?” – pomyślałem nagle.

*

Nikomu o tym nie opowiadałem, ale kiedyś oprócz siostry miałem jeszcze brata. W zasadzie niewiele jest do opowiadania i trudno mi wyobrazić sobie sytuację, w której mogłoby to naturalnie wypłynąć  w rozmowie: Janek urodził się trzy i pół roku po mnie, rok po mojej siostrze. Miał piętnaście miesięcy, kiedy zniknął.

Moja rodzina raczej o tym nie rozmawia – w albumach nie ma jego zdjęć, próżno szukać kaset z jego nagraniami. Czasem wydaje mi się, jak to bywa w przypadku wyjątkowo odległych wspomnień albo snów, że go sobie tylko wymyśliłem . A jednak jestem przekonany, że pamiętam, jak bawiliśmy się z siostrą na podwórzu. Rodzice rozmawiali z sąsiadami przy płocie, Janek krążył wokół nas – dość duży, by zainteresować się zabawą, za mały, żeby brać w niej udział. Nie zwracaliśmy na niego uwagi i w którymś momencie gdzieś sobie poszedł. I jakby widzę jeszcze, choć może to też dopowiedziałem sobie później, sterty żelastwa, arkusze blach, za którymi dopiero co zniknął mój braciszek.

Szukali go potem na podwórku, na ulicy, u sąsiadów, w warsztacie. Nie znaleźli. Być może nawet zajrzeli w ten kąt, ale nie odsunęli całej sterty rupieci. Nie odkryli dziury.

*

Podniosłem się i otarłem twarz z kurzu i potu. Staliśmy tak we trójkę  nad naszym znaleziskiem, kiedy moja siostra zawołała przez okno, że obiad gotowy. Pomyślałem o jej synu, raczkującym pewnie właśnie po kuchni: miał już prawie siedem miesięcy, próbował niezdarnie wstawać. Wkrótce zacznie chodzić, zapuszczać się na wyprawy badawcze po ogrodzie i podwórzu .

Wyszedłem z warsztatu i przywiozłem wypełnioną ziemią taczkę. Ojciec podał mi łopatę.

W milczeniu sypałem grudę za grudą . Poszło szybko, przewężenie zatrzymało ziemię – inaczej kto wie, jak długo by to trwało, ile ziemi by trzeba, żeby naprawdę wypełnić dziurę. Kiedy skończyłem, mocno ubiłem powierzchnię, a ojciec przywalił na górę metalową płytę. Patrzyliśmy właśnie na nasze dzieło, kiedy z okna znów wychyliła się moja siostra.

– Idziecie czy nie?

– Skończyliśmy właśnie – odparłem. Zdjąłem rękawice i poszliśmy do domu.


środa, 14 września 2016

WIDMA



Z pewnym opóźnieniem donoszę, że w czerwcu ukazał się drugi numer WIDM – wydawanego przez Massolit czasopisma promującego współczesną poezję polską i amerykańską. W środku, obok wielu znamienitych tekstów, znalazły się również moje tłumaczenia wierszy Thei Brown. Wszystkich pasjonatów poezji współczesnej zachęcam do zapoznania się – część tekstów można przeczytać na stronie internetowej pisma.