wtorek, 11 kwietnia 2017

Pocztówka z Norwich IV

Elm Hill



Ulica-zakładka, liść włożony między kartki. Trzeba chcieć na nią trafić, wiedzieć, w którym miejscu z głównej drogi skręca się w niepozorny zaułek. Koło kościoła kopczyk z okrągłym otworem, tumulus, wejście do faerie. Po prawej, za zakrętem: Elm Hill pełna chylących się ku sobie, tudorskich domów. Piękna jak z obrazka – nic dziwnego, że zagrała w filmie. Tak jak obrazek, dziwnie płaska i jakby zamknięta w szklanej gablocie. Spacerując po niej, można odnieść wrażenie, że to tylko dekoracje, że wystarczyłoby się obrócić, żeby zobaczyć wpatrzone w siebie twarze widzów.  Wszystko jest zaaranżowane, ale trudno sobie wyobrazić, że ktoś pracuje w tutejszych sklepach, dogląda pluszowych niedźwiadków, monet dla numizmatyków, odzieży vintage – że w mieszkaniach powyżej leży wzburzona pościel, gotuje się herbata. Że da się przejść przez malutkie, garbiące się drzwi.

Rozwiązanie tej zagadki kryje się w nazwie. W 1927, kiedy z Elm Hill usuwano slumsy i prowadzono renowacje, holenderska choroba wiązu trafiła na Wyspę. Przetrwały budynki, nie drzewa. Ktokolwiek naprawdę tu mieszkał, odszedł, a my się tylko bawimy. Została ulica-zakładka, liść włożony między kartki.


* * *

Więcej zdjęć z Norwich znajdziecie na moim Instagramie.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Whoiku

W ostatni weekend w Krakowie odbyła się druga edycja Whomanikonu – zlotu miłośników Doctora Who. Wśród prelekcji, dyskusji panelowych i szeregu innych atrakcji znalazło się miejsce na wystawę twórczości fanowskiej, na tej zaś wystawie: na kilka moich wierszy.

To w sumie dobra okazja (podobnie jak zbliżający się powrót serialu na antenę), żeby przypomnieć cykl haiku, który napisałem, inspirując się dziewiątym sezonem. Trzynaście wierszy do przeczytania pod linkiem:

http://gallifrey.pl/doktor-haiku-sezon-dziewiaty-w-trzydziestu-dziewieciu-wersach/

wtorek, 28 marca 2017

Zieleń

Chodziło się do niej drogą, która nie była drogą, tylko koleinami wyżłobionymi w trawie. Wchodziłem przez płot – kilka sztachet dało się wyjąć – oczywiście po podaniu hasła. Siadaliśmy pod tarasem, na czarnej ziemi, w naszej kryjówce. Dopiero wtedy, upewniwszy się, że w pobliżu nie kręcą się szpiedzy, z pudełka wyciągała skarby. Zamykałem oczy, otwierałem usta; najpierw słyszałem trzask rozrywanej folii, wyobrażałem sobie zielono-różowe opakowanie i ostre kształty liter; potem czułem pobrudzone ziemią palce o krótkich paznokciach, które cofały się, zostawiając mi na języku prostokątny ciężar. Powoli zaciskałem zęby, a eksplodująca zieleń pryskała aż na podniebienie. Żułem z zaciśniętą mocno twarzą, aż kwaśny smak rozpływał się stopniowo w ślinie, zostawiając za sobą spuchnięte, podrażnione kubki smakowe. Śmiała się, a ja zawsze przychodziłem znowu.

niedziela, 26 marca 2017

Sygin w MULTImediach

Jak zwykle jestem beznadziejny w informowaniu tutaj o swoich tekstach. Nadrabiam jednak z zaledwie tygodniowym opóźnieniem:

otóż w zeszłą niedzielę swoją premierę miał pierwszy numer kwartalnika MULTImedia – czasopisma kulturalnego pełnego poezji, prozy, krytyki wszelakiej, sztuk wizualnych i muzyki.

W tym zalewie dobra znajduje się także mój osnuty na motywach mitologicznych wiersz pod tytułem Sygin.  Gorąco zachęcam do jego lektury, no i zapoznania się z resztą numeru.

wtorek, 14 marca 2017

Superksiężyc

Wiało cały dzień i posiniałe, stęchłe miasto oddychające przez siatkę na głowie znowu zaczęło przypominać siebie. Nie wziąłem telefonu i po wyjściu natychmiast zaczyna mi go brakować. Wytrzymaj. To nie próba samotności na obozie harcerskim, ale może dostaniesz nagrodę pocieszenia: chwilę dostępu do swoich myśli. Rzeka zaszła bielmem, uwięzione jak lodołamacze łabędzie trzepoczą skrzydłami. Między nimi kręcą się łyski w swoich maskach kapłanów, mewy gdzieś poznikały. Nabrzeże jest puste, ale po drugiej stronie mostu widzę lśniący okrąg. To księżyc. Mężczyzna w koszu zbiera się do odlotu. Pytam, czy weźmie mnie ze sobą. Tygodnie spędzone w bezdechu prowadzą do obumierania wyobraźni, mam spuchnięte myśli. Wznosimy się wysoko nad miasto, patrząc na sploty ulic inkrustowane światłami, przypominam sobie, za co je kocham. Zimne powietrze zdziera ze mnie odęte, zatrute tkanki, gwiżdże między żebrami. To jeszcze nie koniec, ale zaczynam mieć nadzieję, że coś tu jeszcze zakwitnie.

Chciałbym już wracać. Mężczyzna krzywi się, ale obniża lot. Daję mu wszystkie stare bilety do kina, które trzymam w kieszeniach. Balast nie będzie mi już potrzebny. Wracam i opowiadam ci to wszystko. Nie wierzysz mi, ale się uśmiechasz.

wtorek, 28 lutego 2017

Pan Antek

Stałem na przystanku,
kiedy podszedł pan Antek
z koleżanką
i psem.

Pan Antek był budowlańcem
i chyba
chciał wysępić papierosy.

Lubił horrory, ale czytał też kiedyś
jednego filozofa, który stwierdził,
że ma pewność tylko swojego istnienia,
a reszta może nie być naprawdę.
Równie dobrze tylko pan Antek
mógłby istnieć naprawdę,
a jego koleżanka i wszyscy dookoła
mogliby być tylko w jego wyobraźni.
Pan Antek stwierdził, że coś w tym jest.

Powiedział, że widać, że jestem studentem,
bo jestem taki sztywny i wyprostowany.
Koleżanka pana Antka stwierdziła,
że sam jest sztywny.

Denerwowała się, że nie zdążą na autobus,
ale poszła kupić te papierosy.
„Strasznie nerwowa jest,”
powiedział pan Antek.

Potem wróciła.
Przyjechał ich autobus.
To była rzeczowa kobieta.
Myślę, że dobrze się uzupełniali, bo pan Antek
to musi sobie cały świat
wyobrażać.

* * *

Oryginalna data publikacji: 30 maja 2014


wtorek, 21 lutego 2017

Rosjanie

ojciec
siadał ciężko
kładł rękę na stole

mówił
że będzie wojna
że przyjdą Rosjanie

nie przyszli

myślę
że było mu nawet
trochę przykro

wtorek, 14 lutego 2017

M. Ondaatje, Zbieracz cynamonu

Gdybym był zbieraczem cynamonu
najechałbym twoje łoże
zostawił żółty pył z kory
na twojej poduszce.

Zapach unosiłby się z twych ramion i piersi
nie mogłabyś tak przejść przez targ
by fach moich palców
nie niósł się za tobą. Ślepcy
stawaliby wpół kroku pewni kogo napotkali
mimo twych licznych kąpieli
pod rynną, w monsunie.

Tu u szczytu uda
na gładkim pastwisku
w sąsiedztwie twych włosów
w bruździe biegnącej
wzdłuż pleców. Na kostce.
Wśród obcych będziesz zwana
żoną zbieracza cynamonu.

Przed ślubem ledwie wolno mi było
na ciebie spojrzeć,
a nigdy dotknąć
– strzeżonej przez czujną matkę, braci-zabijaków.
Nurzałem ręce
w szafranie, okrywałem
je smolnym dymem,
pomagałem bartnikom…

Raz, gdy pływaliśmy,
dotknąłem cię pod wodą
i nasze ciała zachowały wolność,
mogłaś mnie objąć ślepa na mój zapach.
Wdrapałaś się na brzeg, powiedziałaś

             Tak możesz dotykać innych kobiet
żony ścinacza trawy, córki wypalacza wapna.
Szukałaś na ramionach
brakującej woni

                                     i wiedziałaś

                to żadna przyjemność
być córką wypalacza wapna
zostawioną bez zmazy
jakby kochaną w milczeniu
jakby zranioną bez rozkoszy blizny.

Przytknęłaś
brzuch do mych dłoni
na suchym powietrzu i rzekłaś
jestem żoną
zbieracza cynamonu. Wdychajcie mój zapach.

* * *

Tłumaczenie sporządzone na Warsztaty Przekładu Poetyckiego, które odbywają się w Krakowie w ramach Festiwalu Miłosza.

wtorek, 7 lutego 2017

Koci optymizm

Dla Dusi – kociej optymistki

* * *

Dostałam wczoraj tuńczyka –
O, jak szczęśliwy to dzień!
Myśl ta z mej głowy nie znika,
Że mogłam tuńczyka zjeść.

Dostałam wczoraj tuńczyka –
Lecz znikła z żołądka już treść.
Dziś drżenie me serce przenika:
Czy będę tuńczyka znów jeść?

Dostałam dzisiaj tuńczyka –
Z radości okrzyk chcę wznieść;
Z tego wszak jasno wynika:
Już zawsze będę go jeść!

* * *

Oryginalna data publikacji: 30 marca 2015

wtorek, 31 stycznia 2017

Pocztówka z Norwich III

Rzeka Wensum

Przy moście festiwal. Muzyka i światła nad betonowym murkiem. Próbujemy dowiedzieć się więcej, bez skutku. Nie ma na to zresztą czasu: już machają łagodnie rękami, już trzeba wsiadać do łódki. Perspektywa lekko zmieniona: budynki wyższe, górują nad wodą. Suniemy przez noc. Po prawej uniwersytet sztuki – spod miedzianej kopuły, łukiem mijając most, chłopcy skaczą do wody. Gdy jej dotkną, znikają bez plusku, są ławicą blasków na falach. Płyną za nami. Domy przy rzece, w oknach widzimy ludzi. Z Fye Bridge zrzucają nam kwiaty, z Whitefriars – owoce. Przy Pulls Ferry chłopcy wychodzą na brzeg, ich skóra ma niebieski odcień. Rzeka pamięta, że kiedyś barwiono tutaj tkaniny. Łodzie się zatrzymują, my płyniemy dalej. Kryje się w tym jakaś ulga. Świadomość, że jest się w dobrych rękach rzeki. Świt znajdzie nas poza mapą, ale to później. Później.

wtorek, 24 stycznia 2017

Pocztówka z Norwich II

The Lanes

W jakimś innym życiu, w jakimś innym świecie, nigdy stąd nie wyjechałem. Wśród brukowanych uliczek szukam własnych śladów. Czy tutaj robię zakupy? Tutaj siadam na murku? Za każdym razem próbuję odkryć coś nowego: most, ogród, schody. Ich nazwy krzyczą do mnie. Tamten ma jednak przewagę: może mylić tropy, rzeźbić nowe szlaki. A może – to byłby największy cios – to mury zwierają dla niego szeregi, pilnują jego tajemnic? Krzemień milczy jak ślepe lustro, nie daje odpowiedzi. W końcu ja też mogę się odegrać: wyjeżdżając, zabieram ze sobą tęsknotę, której on nie posiada.

wtorek, 17 stycznia 2017

Pasterka

Idziemy na pasterkę. Dziadek trzyma mnie za rękę, ciemność zagęszcza się i tłoczy wokół nas. Mam patrzeć w niebo: podobno jest tam coś, co pozwoli nam dotrzeć na miejsce, ale nie wiem co. Bawię się więc w wymyślanie konstelacji, opowiadanie nowych mitologii.

W którymś momencie dziadek się gubi. Puściłem jego dłoń i zostałem sam w przedsionku kościoła. Przez szparę w drzwiach dostrzegam ludzi i złote światło, słyszę ich śpiewy. Wolę ciszę przedsionka.

Jest tam też dziewczyna, bardzo młoda i bardzo mądra – wie rzeczy, które ja odkryję może w nagłym olśnieniu, za wiele lat, kiedy już na nic mi się nie przydadzą. Ma wózek z dzieckiem (dlatego nie wpuścili jej do środka), nuci i kołysze. Chciałbym, żeby była ze mnie dumna, chciałbym usłyszeć od niej pochwałę i wstydzę się tego przed sobą.

– Czy jestem na właściwej drodze? – pytam. Rzadko czuję, że w ogóle się poruszam, ale gdybym chociaż stał we właściwym miejscu?

Zbliża się, a ja nieruchomieję w trwodze i wyczekiwaniu. Z uśmiechem kładzie rękę na dziurze we mnie i nic złego się nie dzieje. Przypominam sobie, ile razy nie powiedziałem komuś, że kocham, chociaż chciałem. Czy gdybym powiedział to jej, tutaj, teraz, to coś by się zmieniło?

Wydaje mi się, że wychodzimy razem w blask latarni, który rozświetla noc, i że mówimy jeszcze o wielu rzeczach. Później budzę się na niewygodnej kościelnej ławce, z ciemności wychodzę w pustkę, już zapominam, jak każde objawienie, ale zatrzymuję jeszcze trochę ulotnego ciepła jej dłoni.

wtorek, 3 stycznia 2017

Pocztówka z Norwich

Tombland

Muzeum jest ciche i zimne, nie ma w nim zegarów (w domu powieszonego nie mówi się o sznurku). Wyrwane ziemi eksponaty drżą w swoich gablotach. Próbują wyszarpnąć trochę mojego czasu i kiedy wychodzę z zamku garbię się, mrużę oczy przed światłem. Ze wzgórza skręcam w prawo, w stronę rzeki i katedry. Teren się obniża, jakbym schodził w głąb innej epoki geologicznej. Wchodzę do antykwariatu – jest taki, jaki antykwariat być powinien, ciemne drewno, kurz, płócienne oprawy. Na pewno nie jest prawdziwy. Obok mężczyzna w zielonym tweedzie – końce brwi ma wygięte diabolicznie, ale w dobry sposób.

– Dlaczego Norwich? – zastanawia się na głos. Porusza szczęką, przymierza słowa, sprawdza, czy pasują. – Może dlatego, że jest księgą, którą można się okryć i zostanie jeszcze miejsce na niebo.

Zmierzcha już, gdy wychodzę: robotnicy na linach rozciągają wielkie płótno pełne malowanych gwiazd. Łopocze nad miastem.

* * *

Przerwa dobrze mi zrobiła. Wypocząłem, naładowałem się twórczą energią, trochę rzeczy też napisałem. W nowy rok mogę więc wejść z nowymi tekstami. Tombland to początek nieregularnego (tzn. bardziej nieregularnego niż wierszowe wtorki) cyklu, w którym za pomocą prozy poetyckiej próbuję pisać o jednym z miast, które kocham.