wtorek, 19 lipca 2016

Wierszowy wtorek – 19 lipca 2016

Gdy wracam nocą,
jeż biegnący przez jezdnię
jest moim druhem.

* * *

Komentarz: czy wspominałem już, że bardzo lubię haiku?

niedziela, 17 lipca 2016

A kysz, zjawo! Zasłaniasz!


Jakoś tak się ostatnio złożyło, że kilka dni po obejrzeniu Zjawy natknąłem się na fejsbukową dyskusję na temat filmu. Dyskusję, w której chwalono nie tylko umiejętności aktorskie Leonarda DiCapria, kunszt Alejandra Iñárritu czy zdjęcia Emanuela Lubezkiego, ale też głębię przesłania i wywracanie na nice konwencji w
esternu. O ile z przesłaniem mogę się jeszcze zgodzić – Zjawa zawiera trochę ładnych symbolicznych scen, a zmagania głównego bohatera można interpretować na kilka różnych sposobów – o tyle trudno mi dostrzec jakiekolwiek wywracanie na nice. Zjawa to film głęboko zachowawczy.

Nie, żebym nie rozumiał, czemu można go odbierać jako subwersywny: w tle przewijają się przecież wątki nieprawości, jakie wobec rdzennych Amerykanów popełniali biali kolonialiści, a i wśród handlarzy skórami pojawia się szuja-Tom Hardy, co to nie dość, że chciwy i egoistyczny, to jeszcze rasista.

Problem w tym, że pierwszy plan to nadal historia Tańczącego z Wilkami, któremu wepchnięto syna do lodówki (uwaga, link do TV Tropes!) i który teraz bardzo chce się zemścić, jednak (dzięki mądrym słowom wypowiedzianym przez etnicznego sidekicka) odkrywa, że Przemoc Nie Jest Rozwiązaniem, a Zemsta Nie Przyniesie Mu Ukojenia. Całe szczęście, że po drugiej stronie sumienia przystanęło akurat plemię, które chętnie dokończy za niego robotę. Wszystko jest oczywiście ponure i brutalne, ale w gruncie rzeczy mamy do czynienia z tą samą heroiczną narracją, którą widzieliśmy już wielokrotnie.

Można oczywiście argumentować, że przecież jest to historia oparta na faktach – ale to, jakie historie wybieramy do opowiedzenia, też ma znaczenie. No a twórcy nie przejmowali się zbytnio faktami, kiedy dodali Glassowi syna albo zmieniali zakończenie całej historii, tak żeby jednak doszło do jakiejś zemsty. Więc choć DiCaprio pięknie się krzywi i stęka, to w pewnym sensie jest też największym problemem Zjawy, bo przesłania te wszystkie ciekawsze rzeczy, które rozgrywają się dookoła. O wiele chętniej obejrzałbym film o Hawku, który chce pomścić ojca, a przy okazji musi sobie znaleźć jakieś miejsce w świecie. Film o Powace uciekającej od porywaczy i poszukującej swojego plemienia. Albo o niedźwiedzicy troszczącej się o młode i w końcówce toczącej tragiczną walkę z człowiekiem. A gdyby to już naprawdę musiała być opowieść o białym mężczyźnie, to może ciekawiej byłoby pójść w stronę Flashmana G.M. Frasera i protagonistą uczynić Fitzgeralda? Wtedy rzeczywiście otrzymalibyśmy bezlitosną dekonstrukcję westernowego bohatera (zwłaszcza gdyby na końcu, tak jak w rzeczywistości, zaciągnął się do armii, by umknąć Glassowi). I więcej Toma Hardyego na ekranie – w ramach bonusu. A tak, Zjawa pozostaje świetnie nakręconym i zagranym filmem, ale wcale nie tak radykalnym, jak mogłoby się wydawać.

wtorek, 12 lipca 2016

Wierszowy wtorek – 12 lipca 2016

Jak każdy piszący, miewam problemy z regularną twórczością. Czasem na przeszkodzie staje życie ze wszystkimi swoimi wymaganiami i perypetiami, czasem zwykłe niechciejstwo. Czasem stres wywołany niezadowoleniem z rezultatów własnej pracy – albo nawet tym, że się nie pisze (meta!).

W zeszłym roku, by wymknąć się zwłaszcza tym dwóm ostatnim demonom: nadmiernym oczekiwaniom i poczuciu winy – przez około miesiąc pisałem codziennie wiersze. Poezja zawsze była dla mnie zabawą (może dlatego, że myślę o sobie przede wszystkim jako o prozaiku?). Pozwala wyczyniać fajne rzeczy z językiem, a przy tym nie przytłacza (nad kilkoma linijkami łatwiej popracować niż nad, powiedzmy, kilkunastoma akapitami). No i w dodatku pozwala na zatrzymanie, skupienie, wyciszenie; moment, w którym zastanawiam się, co danego dnia najbardziej mnie poruszyło?

W tym roku wróciłem do tego zwyczaju bezterminowo – skoro daje radość, to czemu miałbym przestawać? Zwykle moje wiersze przybierają formę krótkich, kilkuwersowych notatek. Niektóre rozwinęły się lub rozwijają w dłuższe teksty, inne zostały skreślone w dosłownie kilka sekund, bo danego dnia życie nie dało mi nawet minuty. Większość jest taka o, do szuflady. Innymi chciałbym się podzielić.

Z tą właśnie myślą uruchamiam na blogu (skoro i tak niewiele się na nim dzieje) Wierszowe wtorki – mniej lub bardziej regularny cykl, w którym będę wrzucał wyimki ze swojego notesu z wierszami. Zazwyczaj te krótkie (żywię wielką sympatię do haiku i podobnych form), a czasem może coś dłuższego. Osobiście bardzo lubię, kiedy poezja wychodzi z tomików i objawia się w przestrzeni, czy to fizycznej, czy wirtualnej. Lubię momenty, kiedy nieoczekiwanie wybija mnie z codziennego rytmu. Próbuję więc być zmianą, którą chciałbym widzieć w świecie. Rzucam w przestrzeń kawałki wierszy. Może Wam też umilą dzień.

Poniżej wiersz na dziś.

* * *

Widok z balkonu

chciałbym przekroczyć
rdzawą plażę horyzontu
zielonkawy rąbek
gdzie piasek światła miesza się z wodą
popłynąć dalej
w głęboki granat
ponad samolotami


wtorek, 14 czerwca 2016

Droga do morderstwa jest wybrukowana mikroagresjami

Tekst autorstwa Sigrid Ellis – można go przeczytać po angielsku na jej blogu. Dziękuję autorce za pozwolenie na przekład i publikację.

1. Kiedy miałam jedenaście lat, spędziłam całą lekcję biblioteczną kłócąc się żarliwie z innym uczniem. Kłóciliśmy się o to, czy piosenkarz Boy George jest gejem. Ja twierdziłam, że nie jest, mój kolega – że owszem, jak najbardziej. Zajęłam to stanowisko, bo wychowano mnie w szacunku do wszystkich ludzi i wiedziałam, że słowo „gej” było okropnym wyzwiskiem, najgorszym, czym można być. Nazwać kogoś gejem to potworność, bo bycie gejem to potworność. Szacunek nakazywał więc upierać się, że nikt nie jest gejem.

2. Kiedy jako piętnastolatka przechodziłam w pobliżu szkoły, jacyś chłopcy przejechali obok na rowerach. Jeden krzyknął w moją stronę, nazwał mnie „pieprzoną lesbą”. Muszę przyznać, że byłam zdezorientowana. Szłam sama; w jaki sposób chodzenie samemu było homoseksualne? Ale na jakimś poziomie wiedziałam, że nie oskarżają mnie o kochanie kobiet. Po prostu wykrzykiwali najokropniejszą rzecz, jaka przyszła im do głowy. Najgorszy los ze wszystkich: bycie queer.

3. Z całego dzieciństwa nie przypominam sobie żadnej przemowy żadnego z polityków na temat HIV, AIDS czy jakiegokolwiek innego zagadnienia związanego ze środowiskiem LGBT. Przypominam sobie za to żarty. Bezlitosne, nieustające żarty w każdym możliwym miejscu. Żarty, w których puentą jest queer. Mężczyźni w telewizji odskakujący od siebie, bo zetknęli się pośladkami, a stykanie się pośladkami było homo, a bycie homo to potworność, więc bohaterowie odrzucali samą ideę z odrazą i wzgardą. Nieświadomi niczego kobieciarze umawiali się na randki w ciemno, a żart polegał na tym, że kobieta jest albo brzydka i zdesperowana (kolejna mikroagresja, dzięki), albo zdesperowana i homoseksualna. W końcu domeną kobieciarza jest seks z kobietą, podsuńmy mu więc coś tak nienaturalnego, że to nawet nie kobieta, tylko lesba, haha.

4. Po jakimś czasie homoseksualiści nie służyli już tylko za puentę w dowcipach. Mogli też być zbrodniczymi złoczyńcami.

5. Po jakimś czasie homoseksualiści mogli też ginąć. Tragicznie. Może z powodu desperackiego wstrętu do samych siebie. Albo z powodu ryzykanckiego wstrętu do samych siebie i złych decyzji. Albo, coraz częściej, z powodu wyniszczającej choroby.

6. Jeszcze się nie ujawniłam, kiedy homoseksualistom w mediach pozwolono być dobrymi, tragicznymi i szlachetnymi – jeśli tylko umarli. Oglądałam i pokochałam wszystkie te filmy, wszystkie te seriale. Widziałam każdego wygadanego przyjaciela-geja, przedarłam się przez filmy z lat 30., 40., 50., pełne szyfrów i niedomówień. Ujawnieni homoseksualiści, których znałam, powtarzali raz za razem, że bycie homo NIE JEST najgorszą rzeczą na świecie. Ale nie widziałam dowodów na poparcie ich tezy. Gdziekolwiek spojrzałam, homoseksualiści byli martwi lub umierający, lub stanowili żart śmieszny dlatego, że zbyt odrażający, by brać go na poważnie.

7. A potem się ujawniłam.

8. Miałam głębokie przeświadczenie, że najważniejszą zasadą bycia queer było: „Nie daj się złapać”. Nie: „Nie ujawniaj się” – nie wytrwałam zbyt długo, nie potrafię kłamać, a były wczesne lata 90. i mój uniwersytet organizował manifestacje Queer Nation – tylko „Nie daj się złapać”. Wiedziałam, że mogę powiedzieć prawdę mojej matce, moim dziadkom, moim profesorom, jasne. Ale nie manifestuj swojej homoseksualności publicznie. Nie w centrum handlowym, nie w kinie. Broń Boże w autobusie. Wiedziałam, że świat jest pełen ludzi nieustannie tropiących homoseksualność u innych. Podejrzliwych, czujnych, wiecznie rozglądających się za homoseksualistami. Homoseksualizm był zbrodnią kryjącą się w umyśle obserwującego. Mogłam zostać uznana winną za samo czytanie książki na przystanku; o ile gorsza była moja sytuacja teraz, kiedy faktycznie byłam lesbijką. O ile bardziej musiałam być ostrożna.

9. Kiedy skończyłam dwadzieścia jeden lat, mogłam zacząć chodzić do klubów. Wystrój się, nałóż płaszcz, żeby ukryć ubranie, wgramol się do samochodu z przyjaciółmi, opuść szyby latem, jasne, włącz muzykę, śpiewaj do niej, zamknij okno, gdy z sąsiedniego samochodu lub furgonetki zaczynają sypać się groźby, módl się, by nie pojechali za wami, dojedź do klubu, rozejrzyj się przed zaparkowaniem, żeby sprawdzić, czy nikt nie czai się na parkingu lub na ulicy, schowaj cenne rzeczy w samochodzie, zamknij go, podejdź do klubu. Czekaj w kolejce, śmiejąc się, flirtując, uśmiechając nerwowo, nerwowo przestępując z nogi na nogę, wszystko robiąc z nerwową ekscytacją, bądź wdzięczna za bramkarza obserwującego chodnik, zapłać, wejdź.

Wejdź.

Idź pewnie, odpręż się, odetchnij, odetchnij głęboko i z radością, poczuj zapach dymu i piwa, i potu, nic nie ma znaczenia, bo tutaj – tutaj nikt nie czeka by przyłapać cię na gorącym uczynku bycia lesbijką.

Zdejmij czujność.

Zdejmij czujność i tańcz.

10. Nikt nigdy mnie nie zaatakował na parkingu przed klubem. Moim przyjaciołom wybili szybę w oknie. Innych śledzono, straszono, rzucano butelkami.

11. W którymś momencie świat się zmienił. Część tej zmiany wynika z faktu, że ludzie wierzący, że bycie homoseksualistą to dosłownie najgorsza rzecz, jaką człowiek może zrobić, gorsza niż morderstwo, czują się nieliczni i zagrożeni. I teraz, gdy czują się zagrożeni, nieliczni, mali i bezsilni, przekuwają swoją niepewność i strach w wielkie gesty. Ale dokonana 11 czerwca 2016 roku masakra w klubie Pulse w Orlando, na Florydzie, to nie jednorazowy incydent. To incydent poparty masą mikroagresji prowadzących człowieka do przekonania, że bycie homoseksualistą to dosłownie najgorsza i najohydniejsza rzecz, jaką człowiek może zrobić.

– Dalej sobie ze mną pogrywaj, to podejdę tam i cię pocałuję – powiedział mój kolega z pracy do drugiego kolegi. Groźba jest żartem, wszyscy się śmieją, ale działa, ponieważ bycie gejem jest tak odrażające, że działa jako groźba. Ustawy toaletowe każą nam się bać transseksualnych kobiet, bo to tylko mężczyźni w przebraniu, a wszyscy wiedzą, że mężczyźni przebierają się wyłącznie, by podglądać kobiety. Wiemy to, bo wszyscy widzieliśmy seriale, filmy, skecze SNL. Mężczyźni w przebraniu są śmieszni, bo są odrażający – nie tylko próbują być kobietami, co jest obrzydliwe i śmieszne, bo nikt nie chce być kobietą, ale jeszcze są w tym kiepscy, stanowią brzydkie i niedotykalne kobiety, nikogo nie są w stanie nabrać. Rejestry przestępców seksualnych twierdziły i nadal twierdzą, że bycie gejem to to samo, co bycie pedofilem.

12. Każdy jest bohaterem własnej historii. Każdy jest bohaterem, „tym dobrym” we własnym życiu. Jeśli jakiś człowiek wierzy we wszystkie kłamstwa wpajane przez mikroagresje, jeśli jakiś człowiek wierzy, że wszyscy geje to pedofile, że wszystkie osoby transseksualne to kłamcy i oszuści, jeśli ktoś głęboko wierzy, że bycie homoseksualistą to dosłownie najgorsza i najohydniejsza rzecz, jaką człowiek może zrobić... to co powinien zrobić? Dobry człowiek walczy ze złem. Dobry człowiek przeciwstawia się złoczyńcom. Dobry człowiek przekonuje, krzyczy i błaga, a jeśli nikt nie słucha, dobry człowiek może – z desperacji i gniewu, i pełnego przekonania – chwycić za broń i iść zabijać potwory.

W oczach wielu jestem potworem.

W oczach wielu zasługuję na śmierć.

Ludzie, którzy w to wierzą, którzy mają takie głębokie przekonanie, doszli do takiego stanowiska, bo wszyscy na to pozwalamy. Pozwalamy, by toksyczne poglądy się rozprzestrzeniały. Każda mikroagresja skierowana w stronę nieheteronormatywnych osób pozwala jakiemuś podatnemu i zdezorientowanemu człowiekowi uwierzyć, że to dobrze, właściwie i sprawiedliwie, chcieć mojej śmierci.

13. Byłam przerażona, słysząc wiadomości z Orlando. Ale nie byłam zaskoczona. Chciałabym, by morderstwa osób LGBTQIA mnie zaskakiwały. Ale przez całe życie uznawano mnie za winną bycia lesbijką. Wiem, jak bardzo, jak łatwo, jak bezmyślnie jestem nienawidzona. Nienawidzona nie dlatego, że jestem zła, ale dlatego, że jestem najpotworniejszą, najobrzydliwszą rzeczą, jaką ludzie są w stanie sobie wyobrazić.

14. Strzelec udał się do miejsca bezpieczeństwa, radości i szczęścia. Udał się do miejsca, do którego osoby queerowe udają się, gdy słyszymy, że jesteśmy zbyt queerowi, by pokazywać się gdziekolwiek indziej. Udał się do miejsca, gdzie całe to epatowanie i celebrowanie queerowości byłoby przed nim ukryte. Ten wojowniczy mściciel, dobry człowiek z bronią, o których tyle się słyszy, szukał go. Wziął swoją prawość i poszedł polować na homoseksualistów, których bał się i nienawidził.

15. Zatem co dalej. Jak mamy żyć w świecie, który boi się nas i nienawidzi?

Nie mogę nikogo powstrzymać przed zamordowaniem drugiego człowieka. Nie mam takiej mocy. Ale mówię... „Dość”. Mam dość puszczania mimo uszu żartów i docinków. Nie mogę dłużej biernie tolerować bycia puentą, groźbą, postrachem, ostrzegawczą historią. Mam po prostu... dość.

Nie mogę zapobiec morderstwom w Orlando ani żadnym innym zabójstwom osób nieheteronormatywnych.

Ale nie będę już przyzwalać w milczeniu.

piątek, 13 maja 2016

The Laverne Cox Picture Show


Jak być może słyszeliście, w nowej wersji The Rocky Horror Picture Show rolę doktora Frank’nFurthera ma zagrać znana z Orange Is the New Black Laverne Cox (właśnie pojawiło się pierwsze zdjęcie aktorki w roli).

Z jednej strony jest to świetna wiadomość: póki żyjemy w świecie, w którym Eddie Redmayne zdobywający nominację do Oscara za Dziewczynę z portretu to sukces w reprezentacji osób transpłciowych, role trans – zwłaszcza główne – grane przez osoby transpłciowe zasługują na docenienie, sama Laverne, jak można przeczytać w linkowanym powyżej artykule, wydaje się być zachwycona rolą. I słusznie – dobry doktor to rola nietuzinkowa: skomplikowana, niejednoznaczna, wzbudzająca fascynację, sympatię i może odrobinę przerażenia, niepozbawiona tragizmu. Z drugiej strony…

Z drugiej strony mam wątpliwości, czy aby na pewno Frank’n’Furter to najlepsze wykorzystanie talentów Laverne. Tragiczny queerowy bohater to klisza zgrana już w nieprawdopodobnym stopniu. A problemów jest więcej. Doktor Furter przedstawia się wprawdzie jako „słodki transwestyta z transseksualnej Transylwanii”, ale prawdę powiedziawszy zawsze wydawał mi się kimś wykraczającym poza jakiekolwiek ludzkie kategorie: Innym przez duże „i”, w odniesieniu do którego słowo „trans” oznacza ni mniej, ni więcej, tylko transgresję absolutną, drwinę z prób sztywnego wytyczania granic między tożsamościami płciowymi i seksualnymi. I nie byłoby w tym jeszcze nic złego, gdyby nie fakt, że inność Franka ma wymiar zdecydowanie gotycki, mroczny, wręcz monstrualny – wystarczy przypomnieć relację z Rockym czy scenę uwodzenia Brada i Janet, przywołującą krzywdzące wyobrażenia osób transseksualnych jako podstępnych seksualnych drapieżników, wciągających potencjalnych partnerów w „pułapkę” (świetnie za to pasowało, kiedy widzieliśmy tę scenę z białym mężczyzną).

Być może twórcy mają pomysł na nowe ujęcie, na przełamanie klisz i stereotypów, jednak obawiam się, że obsadzenie transseksualnej aktorki może je tylko umocnić. Tymczasem mamy 2016 rok, pora na nowe, pozytywne narracje normalizujące transpłciowość i byłoby super, gdyby Laverne, jedna z najbardziej rozpoznawalnych osób transseksualnych mogła pomóc je kształtować. Co nie znaczy, że nie powinna grać w Rockym. Powinna.

Ale Janet.

poniedziałek, 9 maja 2016

No to kto miał rację? (Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów)


Kapitan Ameryka nauczył się, że nie można pokładać ślepej wiary w instytucjach. Iron Man nauczył się, że światowego pokoju nie można sprywatyzować.

W pewnym sensie wyszedł w ten sposób poza granice konwencji superbohaterskiej – jeśli uznać, że jedną z cech charakterystycznych jest nieomylny osąd moralny bohatera. Problem w tym, że Tony Stark nadal występuje w filmie superbohaterskim, więc racja musi być po stronie któregoś z bohaterów – i film ostatecznie staje po stronie Kapitana Ameryki (choć można było np. pociągnąć zasygnalizowany na początku wątek Bucky’ego jako jego faktycznej słabości).

Steve Rogers staje się ucieleśnieniem złudzeń Stanów Zjednoczonych co do ich roli w świecie. Ciągle sądzi, że „najbezpieczniejsze ręce to nadal nasze” – w końcu od drugiej wojny światowej jest „tym dobrym” superpolicjantem, strzegącym bezpieczeństwa wszystkich. Na co mu międzynarodowe konwencje? Jeśli trzeba gdzieś lecieć i zrzucić na kogoś demokrację, to lepiej się za długo nie zastanawiać.

Tony Stark to, jak ujął mój przyjaciel, „skruszony biznesmen nawrócony na regulację” i wyraz kolektywnego poczucia winy amerykańskiego społeczeństwa. Widzi, że każda jego próba rozwiązania problemów świata przyczynia się do jeszcze większej katastrofy. Jest gotów służyć ogółowi zgodnie z wolą tegoż ogółu – i jest w tym pewna pokora.

Z jednej strony należało się spodziewać, że Hollywoodzki blockbuster zajmie pozycję wspierającą status quo, objawiające się mentalnością spod znaku „musimy COŚ zrobić!”.

Z drugiej – film prezentuje cały konflikt na nieco innej płaszczyźnie: indywidualnej odpowiedzialności za własne czyny. To na tym zasadza się moralna słuszność Kapitana, który próbuje czynić dobro, liczy się z możliwością porażki – bądź też częściowego zaledwie sukcesu – i jest gotów na brzemię konsekwencji. Iron Man zmaga się ze świadomością konsekwencji swoich czynów i pragnie od niej uciec – stąd dążenie do tego, by zrzec się odpowiedzialności, by ciężar decyzji złożyć w ręce wyższej instancji.

W zależności od tego, na jakiej płaszczyźnie rozpatrujemy konflikt, albo jeden, albo drugi ma rację, co uwydatnia się jeszcze bardziej, jeśli wziąć pod uwagę, że każdy z nich zaczynał po przeciwnej stronie barykady. Iron Man robił show podczas przesłuchania rządowej komisji, a Kapitan służył w armii (jak rzucający frazesami na koniec filmu Rhodes). Są jak splecione w kręgu yin i yang i myślę, że ten obraz najlepiej ilustruje błąd tkwiący w całej machinie promocyjnej filmu: pogląd, że musimy wybrać którąś ze stron. Tak naprawdę potrzebujemy ich obu, napierających na siebie nazwzajem i w ten sposób utrzymujących równowagę. Jak powiedział Blake: „Opozycja to prawdziwa przyjaźń”.

A przyjaźń, jak wiemy, to magia.

wtorek, 3 maja 2016

Grant Morrison i Wonder Woman

Moja recenzja Wonder Woman: Earth One, Vol. 1 autorstwa Granta Morrisona, Yanicka Paquette’a i Nathana Fairbairna już dostępna na Popmodernie. Jak na mój gust to trochę za dużo w tym komiksie transhumanizmu, a za mało feminizmu. Mimo to polecam, bo jest bardzo ciekawy – a ja już czekam na zapowiadane kolejne części.