wtorek, 17 stycznia 2017

Pasterka

Idziemy na pasterkę. Dziadek trzyma mnie za rękę, ciemność zagęszcza się i tłoczy wokół nas. Mam patrzeć w niebo: podobno jest tam coś, co pozwoli nam dotrzeć na miejsce, ale nie wiem co. Bawię się więc w wymyślanie konstelacji, opowiadanie nowych mitologii.

W którymś momencie dziadek się gubi. Puściłem jego dłoń i zostałem sam w przedsionku kościoła. Przez szparę w drzwiach dostrzegam ludzi i złote światło, słyszę ich śpiewy. Wolę ciszę przedsionka.

Jest tam też dziewczyna, bardzo młoda i bardzo mądra – wie rzeczy, które ja odkryję może w nagłym olśnieniu, za wiele lat, kiedy już na nic mi się nie przydadzą. Ma wózek z dzieckiem (dlatego nie wpuścili jej do środka), nuci i kołysze. Chciałbym, żeby była ze mnie dumna, chciałbym usłyszeć od niej pochwałę i wstydzę się tego przed sobą.

– Czy jestem na właściwej drodze? – pytam. Rzadko czuję, że w ogóle się poruszam, ale gdybym chociaż stał we właściwym miejscu?

Zbliża się, a ja nieruchomieję w trwodze i wyczekiwaniu. Z uśmiechem kładzie rękę na dziurze we mnie i nic złego się nie dzieje. Przypominam sobie, ile razy nie powiedziałem komuś, że kocham, chociaż chciałem. Czy gdybym powiedział to jej, tutaj, teraz, to coś by się zmieniło?

Wydaje mi się, że wychodzimy razem w blask latarni, który rozświetla noc, i że mówimy jeszcze o wielu rzeczach. Później budzę się na niewygodnej kościelnej ławce, z ciemności wychodzę w pustkę, już zapominam, jak każde objawienie, ale zatrzymuję jeszcze trochę ulotnego ciepła jej dłoni.

wtorek, 3 stycznia 2017

Pocztówka z Norwich

Tombland

Muzeum jest ciche i zimne, nie ma w nim zegarów (w domu powieszonego nie mówi się o sznurku). Wyrwane ziemi eksponaty drżą w swoich gablotach. Próbują wyszarpnąć trochę mojego czasu i kiedy wychodzę z zamku garbię się, mrużę oczy przed światłem. Ze wzgórza skręcam w prawo, w stronę rzeki i katedry. Teren się obniża, jakbym schodził w głąb innej epoki geologicznej. Wchodzę do antykwariatu – jest taki, jaki antykwariat być powinien, ciemne drewno, kurz, płócienne oprawy. Na pewno nie jest prawdziwy. Obok mężczyzna w zielonym tweedzie – końce brwi ma wygięte diabolicznie, ale w dobry sposób.

– Dlaczego Norwich? – zastanawia się na głos. Porusza szczęką, przymierza słowa, sprawdza, czy pasują. – Może dlatego, że jest księgą, którą można się okryć i zostanie jeszcze miejsce na niebo.

Zmierzcha już, gdy wychodzę: robotnicy na linach rozciągają wielkie płótno pełne malowanych gwiazd. Łopocze nad miastem.

* * *

Przerwa dobrze mi zrobiła. Wypocząłem, naładowałem się twórczą energią, trochę rzeczy też napisałem. W nowy rok mogę więc wejść z nowymi tekstami. Tombland to początek nieregularnego (tzn. bardziej nieregularnego niż wierszowe wtorki) cyklu, w którym za pomocą prozy poetyckiej próbuję pisać o jednym z miast, które kocham.

wtorek, 29 listopada 2016

Haiku VI



Haiku krakowskie

na bladym niebie
płoną światła żurawi
– ranek, woń smogu

* * *

Napisałem ten wiersz w zeszłym tygodniu, kiedy zanieczyszczenie powietrza sięgało 300% normy – a teraz już jest ledwie zapisem minionej chwili (tym w sumie powinno być chyba każde haiku?). Śnieg pięknie oczyścił powietrze. Więc cóż, chyba nie pozostaje mi nic innego, jak napisać kolejny wiersz.

P.S. Zdjęcie nie z tego dnia i bez widoku, który zainspirował dzisiejsze haiku, ale jest smog, więc pasuje.

wtorek, 22 listopada 2016

Alchemia

dla P.S.

To ten nóż, który drapie
odsłonięty nerw
w twoich wewnętrznych
czasoprzestrzeniach,
najlepiej zmienia się w mosiądz: w klucz sunący
po strunie fortepianu.

Bełk, 11.11.2016

* * *

Zrobiłem sobie ostatnio przerwę w wierszowych wtorkach – w moim życiu dużo się zmieniało, nie miałem tyle czasu na pisanie codziennych wierszy. Czułem też, że nie mam nic, czym naprawdę mógłbym się podzielić, a nie chciałem wrzucać byle czego tylko po to, żeby było. Nie o to chodzi w tym projekcie. To również zapowiedź na przyszłość: luki mogą się zdarzać.

Był ostatnio taki czas, kiedy świat mnie smucił i przerażał. I wtedy przypomniałem sobie, jak dużo znaczy dla mnie Doctor Who, o tym wszystkim, co dla mnie symbolizuje. Kiedy później zabrałem się za oglądanie Class, [SPOILER ALERT] dźwięk TARDIS sprawił, że łzy napłynęły mi do oczu.

You don’t just give up. You don’t just let things happen. You make a stand. You say “no”! You have the guts to do what's right when everyone else just runs away!

wtorek, 1 listopada 2016

Na grobach

Buty wypastowane, garnitur wyczyszczony. Wąsik zdejmuję i chowam do kieszeni, znów jestem gładki jak dziecko – tak mnie lubią umarli.

Chcę zastawić płytę nagrobną jedzeniem: nie wiem, co jedzą, ale przynoszę smakołyki i przysmaki; w gastronomicznej furgonetce stojącej przed wejściem kupiłem trochę odpustowych cukierków. Rozkładam talerzyki, plastikowe sztućce, serwetki – ale cmokają na mnie, że jak to, kto to widział kiedy takie coś.

– No i jak ci tam w tym życiu? – pytają. Kiedy opowiadam, patrzą mi na usta i mlaszczą głośno.

– A kiedy się do nas wybierasz? Ja w twoim wieku to już nie żyłem, wiesz?

Karp w galarecie mruga do mnie porozumiewawczo (zastanawiam się, kto go zje, czy ja będę musiał). Z drzew spadają ostatnie ptaki. Kiedy wychodzę z cmentarza, znicze płoną mocno jak światła w oknach: „Tak, tak, jesteśmy, chodźcie, zapraszamy”.

wtorek, 25 października 2016

W niebie

Kolejka przesuwała się po długich drewnianych schodach – kiedyś pewnie pomalowanych na połysk brązową farbą, teraz szarych i zakurzonych. Patrzyłem pod nogi, więc nie widziałem, że jesteśmy w sieni starego domu, z wzorkami wymalowanymi na ścianach, z firankami w oknach. Trochę wszyscy rozmawialiśmy, zupełnie nie jak w rzeczywistości. W końcu trafiliśmy przed drzwi ze Słońcem i Księżycem, a za nimi, przy wysokim sędziowskim podium siedziała Matka Boska z twarzą surową jak nadrzeczny kamień. Obok znajdowało się zejście do nieba. Zapytałem, czy wolno mi tam pójść. No tak powiedziała rozdrażniona. Może bolały ją blizny. Pobiegłem, żeby nie zmieniła zdania.

Do nieba schodziło się po sznurowej siatce. Wszystko tam było płaskie i czarno-białe, żeby każdy wiedział, że już nie żyje.

* * *

Po lekturze kilku wyróżnionych w ostatnich miesiącach różnymi nagrodami książek złapałem fazę na prozę poetycką – to ciekawa forma, która pozwala pisać jednocześnie oszczędnie i gęsto. Tak jak lubię, więc stanowi świetne ćwiczenie. Na pewno jeszcze tu zagości.

Wspinam się przy tym na szczyty pretensjonalności, bo dzisiejszy tekst to zapis czegoś, co mi się kiedyś przyśniło. Oh well.

wtorek, 18 października 2016

Wierszowy wtorek. Regeneracja

mój ulubiony Doktor
żyje przez kilka sekund
czasem jego sekret wyjawia się przedwcześnie
wtedy umiera zanim się narodzi

wraca co kilka lat gdy jego twarz
jest złotą skrzącą chmurą
czystej potencjalności
gdy może być każdym nawet twoją babcią
a ja zawisam w oczeki

waniu
na szczycie górskiej kolejki
wolny od siły ciążenia
póki spojrzenie w dół
nie złamie kruchej tafli
funkcji falowej
wtedy znów się obudzę
w jedynym z możliwych światów

lecz jeszcze nie teraz