wtorek, 28 sierpnia 2012

Tydzień z Doktorem, dzień 3: Love & Monsters


Love & Monsters, od czego w ogóle zacząć?

Może od tego, że bardzo mało tutaj Doktora (ale bez obaw, nadrobimy to jutro) i Rose. Cały odcinek przedstawiony jest z punktu widzenia Eltona Pope'a (w tej roli kolejny z moich ulubionych brytyjskich aktorów, Mark Warren, który zazwyczaj gra albo frajerów, albo łajdaków, albo kombinację jednego i drugiego), zwyczajnego młodego mężczyzny, który od wielu lat próbuje dowiedzieć się czegoś o Doktorze. Prowadzony przez niego wideoblog stanowi opowieść ramową, za pomocą której nie tylko komentuje zachodzące wypadki, ale też koncepcję serialu w ogóle (metafikcyjność to jeden z powodów, dla których tak lubię ten odcinek).

Wielu ludzi hejtuje Love & Monsters, przede wszystkim, jak sądzę, ze względu na to, że jest to odcinek utrzymany w bardzo luźnym, mocno absurdalnym tonie. Ja uważam, że jest to jeden z powodów, dla których warto się z nim zapoznać: bo podkreśla i obnaża całą niedorzeczność serialu, która na ogół jest dobrze maskowana. Co nie znaczy, że uważam wszystkie elementy tego odcinka za dobre: Russell T. Davies, autor scenariusza a jednocześnie główny scenarzysta serialu przez pierwsze cztery sezony Nowej Serii, w dwóch miejscach ewidentnie przesadził: jestem pewien, że będziecie wiedzieli, w których. W efekcie zakończenie, które chyba miało być pocieszające, wypada co najmniej niepokojąco. No ale to jest człowiek, który w pierwszym sezonie podarował nam pierdzących obcych.

Jeżeli jednak na ogół Doctor Who maskuje swoją niedorzeczność powagą, to tutaj zachodzi rzecz odwrotna: absurd maskuje (a później, kiedy już sobie uświadomimy ten fakt, podkreśla) głęboką traumę głównego bohatera/narratora historii (chyba najlepszym przykładem jest tutaj scena pogoni za potworem zrealizowana na modłę Scooby Doo). Silne zsubiektywizowanie narracji stanowi silny dowód na poparcie tej tezy. Nie wspominając już o tym, że ten mechanizm obronny stanowi częstą reakcję Doktora – w pośredni sposób dowiadujemy się więc czegoś również o nim.

Kolejnym ciekawym aspektem tego zabiegu jest uzyskanie innej perspektywy na działalność Doktora, który pojawia się gdzieś, ratuje sytuację, po czym znika, rzadko czekając choćby na podziękowania. Tutaj mamy okazję zobaczyć, jak wygląda życie osoby, która napotkała kiedyś Doktora, i okazuje się, że nie jest to zbyt wesoły widok. Po raz kolejny (po omawianym wczoraj The Unquiet Dead) pojawia się trudna lekcja: „Doktor nie zawsze potrafi uratować wszystkich”. Ale dzięki temu też wątek Eltona, opowiadający o radzeniu sobie ze stratą bliskich osób, nabiera głębi (którą nieco psuje zakończenie). I kiedy bohater ten mówi w zakończeniu: „Gdy jesteś dzieckiem, mówią Ci, że powinieneś... dorosnąć. Znaleźć pracę. Ożenić się. Kupić dom. Mieć dziecko, i to wszystko. A prawda jest taka, że świat jest o wiele dziwniejszy. O wiele mroczniejszy. O wiele bardziej szalony. I o wiele lepszy”, to wcale nie brzmi to banalnie.

Crowning Moment of Awesome:The Impossible Planet/The Satan Pit
Crowning Moment of Sadness:Army of Ghosts/Doomsday
Crowning Moment of Scary:The Girl in the Fireplace
Crowning Moment of Funny:Love & Monsters

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Tydzień z Doktorem, dzień 2: The Unquiet Dead


Gdzie byście się udali, gdybyście mieli wehikuł czasu i mogli odwiedzić dowolnie wybrany okres w historii? Jeśli odpowiedzieliście: „W daleką przyszłość, by zobaczyć, jak potoczyły się losy ludzkości”, to... przykro mi, będziecie jeszcze musieli trochę poczekać na swój odcinek.

Jeżeli natomiast odpowiedź brzmiała: „W przeszłość, żeby spotkać sławnych ludzi”, to The Unquiet Dead, trzeci odcinek pierwszego sezonu DW powinien Wam się spodobać. Zwłaszcza, jeśli lubicie epokę wiktoriańską. I historie o duchach (z obowiązkowym seansem spirytystycznym). I zombie. I Karola Dickensa.

Już na pierwszy rzut oka widać dość karkołomne połączenie konwencji i to jest właśnie coś, z czym serial radzi sobie świetnie: łączenie kilku intrygujących, choć czasem bardzo odmiennych pomysłów, w jedną wybuchową mieszankę. W The Unquiet Dead, napisanym przez Marka Gatissa (drugiego, obok Stevena Moffata, współtwórcę Sherlocka), wszystko spina razem wiktoriańska stylistyka, w ramach której doskonale mieści się opowieść o duchach (w końcu właśnie w drugiej połowie XIX wieku trwał w najlepsze złoty wiek tego gatunku). Wszystko to zostaje jeszcze osadzone w charakterystycznej dla serialu estetyce science fiction (choć dodać należy, że science w Doctorze Who jest mięciutkie jak pluszowa zabawka). Również nastrój nie jest jednorodny: niepokój charakterystyczny dla oldschoolowych opowieści grozy (w którego wywoływaniu Gatiss jest naprawdę dobry) przeplata się z humorystycznymi momentami – wystarczy porównać wywołującą lekkie ciarki sceną przed czołówką, a dwiema następnymi: z Doctorem oraz z właścicielem zakładu pogrzebowego, który zastanawia się, jak poradzić sobie z problemem „niespokojnych zmarłych”.

Ponieważ jest to jeden z pierwszych odcinków nowej serii, można tu znaleźć zarówno trochę rozmów o tym, jak wyglądają podróże w czasie, jak i zarysowanie charakterów postaci: Dziewiąty Doktor (Christopher Eccleston) ma szczególne nawet jak na tę postać zamiłowanie do niebezpieczeństwa: wystarczy popatrzeć, jak wyraz przybiera jego twarz, kiedy rozlegają się krzyki. Później jednak zobaczymy zupełnie inny, mroczniejszy aspekt tej postaci związany z poczuciem winy (a przy okazji dowiemy się, że w tym serialu nie wszystkie historie kończą się dobrze dla wszystkich), nie wspominając już o subtelnym ukazaniu faktu, że jego moralność nie do końca pokrywa się z ludzką. Rose jest natomiast tą postacią, z którą widz może się identyfikować najmocniej: jest oczarowana możliwością podróżowania w czasie i ciągle jeszcze niepewna, jak to wszystko działa. Jednocześnie odznacza się ogromną wrażliwością na innych, co widać szczególnie w scenach, które dzieli z Gwyneth – obdarzoną zdolnościami mediumicznymi służącą w zakładzie pogrzebowym.

Sporo czasu (to kolejna zaleta serialu) otrzymują również postacie drugoplanowe: wspomniana już Gwyneth (Eve Myles, która później zagrała w Torchwood) oraz Karol Dickens (Simon Callow). W Doctorze Who mniej więcej raz na sezon zdarzają się odcinki, w których występują sławne postacie historyczne. W tym odcinku, tak jak to się zdarza na ogół (z jednym cudownym wyjątkiem w szóstym sezonie), bohater ten otrzymuje istotną rolę w fabule, która jednocześnie nie kręci się tylko wokół niego. Tutaj słynny autor, walczący z oznakami wypalenia, pomaga rozwiązać problem ożywionych zmarłych, a w konsekwencji odzyskuje również energię twórczą.

The Unquiet Dead to chyba najlepszy z trzech pierwszych, wprowadzających odcinków pierwszego sezonu DW. W bardzo udany sposób miesza humor i grozę, świetnie operuje konwencją i dobrze oddaje nastrój całego sezonu, który, mimo okazjonalnych lekkich i humorystycznych odcinków był utrzymany w dość ponurej stylistyce. Odpowiadało to zresztą charakterowi Dziewiątego Doktora, który dziecięcy entuzjazm łączył ze zdecydowanie mroczniejszym obliczem.

Crowning Moment of Awesome: Bad Wolf/The Parting of the Ways
Crowning Moment of Sadness: Father's Day
Crowning Moment of Scary: The Empty Child/The Doctor Dances
Crowning Moment of Funny: Boom Town

niedziela, 26 sierpnia 2012

Tydzień z Doktorem, dzień 1: Doktor? Jaki Doktor?

UWAGA: zawiera link do TV Tropes.


I'm the Doctor. Here to help.
Doctor

Zgodnie z zapowiedzą cykl notek o Doctorze Who rozpoczyna wpis przedstawiający cechy, które moim zdaniem czynią tego bohatera tak interesującym. Nie będzie żadnego wprowadzenia; uważam, że wypowiedź Neila Gaimana przytoczona w poprzednim wpisie w zupełności wystarcza jako wyjasnienie premise serialu. Wszystkiego innego mozna się dowiedzieć oglądając serial. Nie jest to oczywiście lista wyczerpująca, a dla Was inne aspekty tej postaci mogą być bardziej interesujące. Jeśli tak jest, napiszcie komentarz!


1. Jedna postać, wiele twarzy
Zdarza się czasem, że jeden aktor zastępuje innego w roli jakiejś postaci, choć rzadko bywa tak, żeby zmiana ta dokonywała się tyle razy, co w przypadu Doktora. Do tej pory wcielało się w niego aż 11 aktorów, jeśli liczyć sam serial (oraz film telewizyjny). Dlatego też, kiedy czyta się o postaci, można się natknąć na określenia "Pierwszy Doktor", "Czwarty Doktor", "Jedenasty Doktor" – odnoszą się one do kolejnych wersji tej postaci. Najciekawszym elementem tej zmiany jest fakt, że posiada ona fabularne uzasadnienie: jedną z cech charakterystycznych Władców Czasu (czyli rasy, do której należy Doktor) jest to, że potrafią oszukać śmierć za pomocą procesu regeneracji, w czasie którego zmienia się ich wygląd i osobowość. Oczywiście jest to z jednej strony podyktowane względami pozaserialowymi – mało który aktor chciałby się tak długo wcielać w jedną postać, a biorąc pod uwagę to, jak długo serial jest już emitowany, mało który również byłby w stanie. Z drugiej jednak strony umożliwia to odświeżanie co jakiś czas opowiadanej historii: zmienia się zachowanie Doktora i dynamika relacji między postaciami (a czasem również spora część obsady). Jednocześnie jednak bohater zawsze zachowuje pewien stały zbiór cech, które stanowią jego istotę – przypomina więc do pewnego stopnia superbohaterów, którzy zmieniali się na przestrzeni dziesięcioleci, a jednak zawsze pozostawali zasadniczo tą samą postacią.

2. Doktor chce być przyjacielem całego świata
Z pewnością wynika to w dużej mierze z faktu, że nie nigdzie się nie spieszy, ale Doktor ma dla każdego czas i z każdym chce się zaprzyjaźnić. Nam co prawda mogłoby być trudno zachowywać się tak jak on w każdej codziennej sytuacji, ale i tak można się od niego uczyć podejścia do innych, Doktor jest bowiem całkowicie pozbawiony uprzedzeń i zawsze pełen szacunku, niezależnie od tego, z kim rozmawia. Poza tym dysponuje ogromną empatią i zawsze mocno się stara postawić na miejscu swojego rozmówcy. Dzięki temu często udaje mu się nawiązać porozumienie z istotami, z którymi innym porozumieć się nie udało.

3. Doktor zadaje pytania
Wiele przygód przedstawionych w serialu nie zaczęłoby się, gdyby nie jego dociekliwość, która każe mu starać się na własną rękę znaleźć wyjaśnienia faktów, które go zastanawiają. Głęboko krytyczne podejście do rzeczywistości oraz otwarty umysł pozwalają Doktorowi znajdować świeże rozwiązania problemów, na które się natyka. Dzięki takiej postawie można się wiele nauczyć, ale także czynnie angażować się w świat dookoła.

4. Doktor brzydzi się przemocą
Początkowo może się to wydawać dziwne, biorąc pod uwagę to, że Doktor czynnie walczy ze złem. Trzeba jednak podkreślić, że Doktor (bardzo idealistycznie) wierzy, że wszyscy są z natury dobrzy, oraz w to, że każdy problem można rozwiązać rozmawiając. Dlatego pierwszą rzeczą, jaką stara się zrobić (nawet w pozornie oczywistych sytuacjach ataków/konfliktów), jest dogadanie się z agresorem. Jeśli się to uda, stara się znaleźć satysfakcjonujące wszystkich rozwiązanie problemu. Natomiast w przypadku porażki, istota/istoty niegodzące się na kompromis otrzymują kilka ostrzeżeń oraz szans na uniknięcie konflikt. Zanim Doktor zdecyduje się wkroczyć na wojenną ścieżkę, upewnia się wielokrotnie, że jest to absolutnie nieuniknione. Nawet wtedy jednak, co również jest warte zaznaczenia, nie czuje się w pełni usprawiedliwiony. Ta ogromna wrażliwość jest moim zdaniem godna podziwu.

5. … ale nie waha się bronić wartości, które uważa za ważne
Mimo technicznego pacyfizmu Doktor zawsze zwraca uwagę na to, co uznaje za przejaw niesprawiedliwości albo opresji i mówi o tym głośno, a co najważniejsze – działa bez obaw. Bycie biernym to w oczach tego bohatera jedno z najcięższych przewinień, jakich można się dopuścić.

6. Doktor nie boi się być inny
Począwszy od ubioru, a skończywszy na zachowaniu, Doktor jest postacią niezwykle ekscentryczną. A tym, co jest w jego ekscentryczności najważniejsze i najbardziej uderzające jest to, jak dobrze czuje się, będąc sobą. Takie samo poczucie stara się zaszczepić w innych i myślę, że obok przeciwdziałania opresji i wykorzystywaniu, jest to jego najważniejsze zadanie: inspirować innych, żeby byli w pełni sobą i realizowali swoje aspiracje. Biorąc pod uwagę jego wiarę w dobro obecne w każdej istocie, przekłada się to na czynienie świata lepszym miejscem.

7. Doktor wie, jak się dobrze bawić
Przy wszystkich trudnych decyzjach moralnych i poświęceniach w walce z niesprawiedliwością można by się spodziewać, że Doktor będzie postacią niezwykle poważną i tragiczną. Jednak – choć można w nim dostrzec również takie rysy – Doktor w gruncie rzeczy chce po prostu zobaczyć wszystko, co wszechświat ma do zaoferowania i przyjemnie spędzać czas. W ciągu kilkuset lat podróżowania chyba dobrze opanował tę umiejętność, bo potrafi się cieszyć najprostszymi rzeczami: rozmową, dobrym jedzeniem czy pięknym widokiem. I to jedna z najważniejszych rzeczy, których może nas nauczyć.

piątek, 24 sierpnia 2012

Tydzień z Doktorem: zwiastun


Nie, słuchaj, jest sobie niebieska budka, większa w środku niż na zewnątrz. Może się przenieść gdziekolwiek w czasie i przestrzeni, czasami nawet tam, gdzie powinna się przenieść. A kiedy się pojawia, w środku siedzi gość, który nazywa się Doktor, i różne rzeczy będą nie w porządku, więc postara się je naprawić i pewnie mu się uda, bo jest super. A teraz siadaj, zamknij się i oglądaj Blink.
Neil Gaiman


Zdarzyło się Wam kiedyś, że sięgnęliście po książkę/film/serial/grę nie mając zielonego pojęcia, o czym jest, z jednoczesnym przeświadczeniem, że jest to rzecz właśnie dla Was? Tak się właśnie czułem, kiedy pewnego sobotniego przedpołudnia zasiadłem w fotelu i włączyłem telewizję, żeby obejrzeć pierwszy odcinek brytyjskiego serialu pod tytułem Doctor Who (dopiero później dowiedziałem się, że to pierwszy odcinek po kilkunastoletniej przerwie w emisji; serial jest bowiem emitowany od roku 1963). To, co zobaczyłem, było… specyficzne. Nienajlepszej jakości efekty specjalne i dość niedorzeczna fabuła odcinka nadawały całości mocno kampowy charakter (co mnie się akurat całkiem podobało). Jednocześnie w postaciach: dziewiętnastoletniej mieszkance Londynu, Rose, oraz ekscentrycznym Doktorze, podróżującym w czasie i przestrzeni, było coś intrygującego, co kazało mi powrócić przed ekran w kolejną sobotę, kiedy wszystko wypadało już znacznie lepiej. Wróciłem więc w następną. I jeszcze jedną. I jeszcze.

Potem już nie, bo serial nagle zniknął z TVP (jak się później okazało, nie zniknął, tylko został przeniesiony na 1:00 w nocy).

Dopiero kilka lat później postanowiłem kontynuować swoją przygodę z Doktorem, ale wtedy już wsiąkłem na dobre i o żadnych przestojach (przynajmniej dobrowolnych) nie mogło już być mowy. Doctor Who to coś niesamowitego: serial dla dzieci (przynajmniej oficjalnie), który bawi, wzrusza i przeraża również dorosłych (spróbujcie obejrzeć Blink po ciemku), i który z łatwością potrafi zrealizować odcinek w dowolnej konwencji. Dużą zaletą jest również to, że poszczególne odcinki są w dużej mierze samodzielne – można je oglądać w dowolnej kolejności (wyłączywszy historie dwuczęściowe i finały poszczególnych sezonów, które na ogół silnie bazują na mniejszych lub większych elementach, które pojawiły się już wcześniej). Wystarczającym wprowadzeniem jest wypowiedź Neila Gaimana umieszczona na początku tej notki. To właściwie wszystko, co powinniście wiedzieć o Doktorze, zanim zaczniecie oglądać serial.

Być może jednak chcielibyście się dowiedzieć więcej. Dlatego też – oraz z okazji premiery siódmego sezonu (licząc od wznowienia serialu w 2005 roku), która odbędzie się za trochę ponad tydzień, 1. września – postanowiłem przygotować cykl notek poświęconych serialowi. W niedzielę pojawi się wpis o samym Doktorze i o tym, co moim zdaniem stanowi o wyjątkowości i fajności tej postaci. Przez kolejne sześć dni, od poniedziałku do soboty, będą się ukazywały notki omawiające krótko pierwszych sześć sezonów oraz po jednym wybranym odcinku z danego sezonu (oraz mały dodatek bardziej dla fanów: tytuły odcinków zawierających najbardziej kozackie, wzruszające, śmieszne i przerażające momenty). Postanowiłem przy tym przyjąć kilka założeń:

1. Dla początkujących – wybrane przeze mnie odcinki mają się nadawać dla osób, które dopiero zaczynają przygodę z Doktorem, więc nie będą się mocno wiązały z mitologią. Chciałem też, żeby prezentowały najbardziej wyraziste aspekty serialu i były możliwie zróżnicowane, dlatego też nie zawsze wybierałem najlepsze odcinki z danego sezonu, choć starałem się, by były interesujące i przynajmniej solidne.

2. Jednoczęściówki – chciałem też, żeby było lekko i zwięźle, dlatego wybierałem odcinki jednoczęściowe.

3. Tylko jeden Moffat – Steven Moffat to scenarzysta i producent telewizyjny. Prawdopodobnie jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się Doctorowi Who i brytyjskiej telewizji w ogóle. Niektórzy z Was mogą go kojarzyć jako współtwórcę rewelacyjnego serialu Sherlock. Dla DW od czasu reaktywacji napisał kilka pojedynczych odcinków, a w 2010 roku objął stanowisko głównego scenarzysty i producenta wykonawczego, jest więc odpowiedzialny za całokształt serialu. Charakterystycznymi cechami jego stylu są: humor, błyskotliwe dialogi, częste wykorzystywanie podróży w czasie, niechronologiczna konstrukcja fabuły, spore dozy mindfucku, monstra, które przerażają widzów na śmierć. Stworzone przez niego odcinki niemal z miejsca stają się kultowe, kilka spośród nich zalicza się do najlepszych w historii serialu. Najsłynniejszym jest Blink, który zgarnął między innymi nagrody BAFTA i Hugo, a w walce o Nebulę przegrał z Labiryntem Fauna.

Kiedy sporządzałem wstępną listę odcinków, o których chciałbym napisać, znalazły się na niej aż cztery napisane przez Moffata. Całkowite usunięcie go z listy wydało mi się niesprawiedliwe, dlatego postanowiłem wybrać jeden odcinek jego autorstwa, żeby pokazać, że inni scenarzyści też potrafią pisać dobre historie. Tym niemniej warto na wstępie napisać wyraźnie: odcinki Moffata to jedne z najlepszych odcinków Doctora Who i seriali telewizyjnych w ogóle, więc warto po nie sięgnąć w pierwszej kolejności. Zwłaszcza, jak mówi Neil Gaiman (i wszyscy fani Doktora ever), po Blink.


Tyle uwag wstępnych. Zachęcam do śledzenia kolejnych notek, które będą publikowane przez siedem kolejnych dni, od niedzieli do soboty (ósmego dnia prawdopodobnie spiszę wrażenia z premiery siódmego sezonu, chyba że będę w zbyt dużym szoku). Zachęcam też fanów serialu do komentowania i niezgadzania się z moimi decyzjami ;). A tych, którzy jeszcze nie znają Doktora, zachęcam do oglądania.



PS. Na koniec zwiastun nowego sezonu:

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Polecanki: „Exile” i „Blackout”


Po obejrzeniu kilku brytyjskich seriali i zaznajomieniu się z grającymi tam aktorami, zacząłem znajdować nowe fajne dramy sprawdzając, w czym zagrali kiedyś albo całkiem niedawno moi ulubieni. Dzięki temu mam gwarancję, że nawet, jeśli serial nie będzie stał na zbyt wysokim poziomie, to przynajmniej będzie na kogo popatrzeć. W ten sposób trafiłem między innymi na fascynujące State of Play czy trzymające w napięciu Mad Dogs, o którym kiedyś jeszcze coś wspomnę. Dzisiaj chcę krótko napisać o dwóch smakowitych, choć niewielkich (raptem trzy godziny) kąskach właśnie dla tych, którzy lubią, jak jest na kogo popatrzeć. Są to zeszłoroczne Exile oraz zupełnie świeżutki Blackout, czyli pierwsza partia serialowych polecanek.

W pierwszym z nich fantastyczny jak zawsze John Simm gra nadużywającego narkotyków dziennikarza, który po utracie pracy i rozpadzie związku postanawia wrócić do rodzinnego Manchesteru, gdzie ma nadzieję ma nadzieję pogodzić się z chorym na Alzheimera ojcem (Jim Broadbent), który brutalnie pobił go w młodości. W drugim z kolei Christopher Eccleston gra skorumpowanego członka rady miejskiej i alkoholika, który przypuszcza, że w alkoholowym zamroczeniu popełnił morderstwo i próbuje odkupić swoje winy, startując w wyborach na burmistrza.


W obu przypadkach mamy do czynienia z antybohaterami, których naprawdę trudno byłoby polubić (bohater Exile w jednej z pierwszych scen policzkuje kobietę; grany przez Ecclestona Daniel Demoys pije i zaniedbuje rodzinę). Fakt, że się to jednak udaje, jest zdecydowanie zasługą aktorów – Simm umiejętnie pokazuje wrażliwszą stronę bohatera, któremu rozsypało się życie, w oczach i głosie Ecclestona widać i słychać napięcie i rozpacz człowieka, który zdaje sobie sprawę, jak strasznie popsuł życie swoje i swoich bliskich i teraz bardzo chce to naprawić, a jednocześnie dociera do niego powoli tragizm sytuacji, w której się znalazł. Do tego mamy też świetnych aktorów drugoplanowych: Jim Broadbent wszędzie zbierał pochwały za rolę chorego na Alzheimera Sama Ronstadta (jego wybryki, z których oczywiście nie zdaje sobie sprawy, rodzą rozbawienie, a zaraz potem smutek), podobnie jak Olivia Colman, grająca zmęczoną życiem siostrę głównego bohatera. W Blackout warto jeszcze wyróżnić Ewena Bremnera jako cynicznego polityka i Andrew Scotta (a.k.a. Moriarty'ego z Sherlocka – do końca nie wiadomo, kim ostatecznie okaże się jego policjant z problemami emocjonalnymi, ale również w tym serialu patrząc na niego odczuwa się autentyczny lęk). Każdy z aktorów drugoplanowych ma coś do roboty, oba seriale bowiem skupiają się w dużej mierze na relacjach między postaciami i skomplikowanych problemach rodzinnych: mamy problem zajmowania się osobą chorą, alkoholizm i jego wpływ na rodzinę uzależnionego (chwilami, niestety, potraktowany w sposób mocno uproszczony), nie wspominając o poplątanych wątkach uczuciowych. Ten aspekt w obu serialach wypada bardzo dobrze.

Trochę słabiej wypadają intrygi, na trop których wpadają bohaterowie. Jest to do pewnego stopnia uzasadnione, bo to nie o nie tak naprawdę chodzi (nawet w Exile, gdzie stanowi ona tylko tło dla relacji ojciec-syn i tę rolę spełnia bardzo dobrze). Dodatkowym problemem Blackout są dialogi, w których wyraźnie słychać czasami klisze. Te wady nie przeszkadzają jednak w cieszeniu się rewelacyjnymi kreacjami aktorskimi i skomplikowanymi sytuacjami, w których znajdują się bohaterowie – a te właśnie czynniki niosą obie produkcje.

czwartek, 26 lipca 2012

Życie po „Mrocznym Rycerzu”


Piszę tę notkę w ostatnim możliwym momencie: za chwilę wyjeżdżam na cały weekend na Avangardę, a od jutra wszyscy będą rozmawiać tylko o jednym. Tym czymś będzie oczywiście Mroczny Rycerz Powstaje, epickie zwieńczenie trylogii Christophera Nolana opowiadającej o Batmanie. Zanim jednak to nastąpi, zanim będziemy dyskutować nad zaletami i wadami konkretnego, obejrzanego już obrazu, chcę się wspólnie pozastanawiać nad okolicznościami, w jakich ten film się ukazuje, i przyszłymi kolejami filmu superbohaterskiego.

Pretekstem do napisania tej notki jest zalewająca ostatnio mojego Facebooka fala krytycyzmu wobec MR i sceptycyzmu wobec MRP. Zaskoczyło mnie to zjawisko, bo wcześniej przez lata spotykałem się z reakcjami zdecydowanie entuzjastycznymi wobec Nolanowskiego Batmana. Szczególnie Mroczny Rycerz był chwalony za niekonwencjonalność, realizm (rozumiany z jednej strony jako mniej dla mnie interesująca kategoria estetyczna, oraz, co dużo bardziej moim zdaniem istotne, obecność mocnych związków z pozatekstową rzeczywistością polityczną i społeczną) i ambicje, do tego stopnia, że całkiem przytłoczył Batmana: Początek (kilka miesięcy temu obejrzałem ten film ponownie i byłem zdziwiony tym, jak bardzo jest dobry, a jeszcze bardziej tym, że zupełnie o tym nie pamiętałem). Ten stan rzeczy trwał przez kilka lat, aż nagle, na krótko przed premierą MRP, coraz częściej pojawiają się krytyczne głosy, wyraźnie zmęczone nastrojem powagi i „pseudofilozoficznymi dywagacjami” (jak pisze na przykład Michał Chudoliński w artykule zamieszczonym w lipcowym numerze „Nowej Fantastyki”), które faktycznie przewijały się w Mrocznym Rycerzu, ale zdecydowanie nie przytłaczały filmu.

Być może to tylko zjawisko lokalne w moim kącie internetu, zastanawiam się jednak, czy w tak zwanym międzyczasie, kiedy wszyscy wyczekiwali na premierę jednego z największych filmów superbohaterskich, coś się nie zmieniło? Podobną stylistykę, co Batman w wersji Nolana, reprezentowała, jak mi się wydaje, trylogia X-Men (nieco odsunięta od estetycznego realizmu przez istnienie mutantów z supermocami, ale również akcentująca treści społeczne), zakończona w 2006 roku. Natomiast w tym samym roku, co Mroczny Rycerz, ukazał się Iron Man, od którego Marvel zaczął budować swoje filmowe uniwersum, i który reprezentował zdecydowanie bardziej komiksową stylistykę. Niezwykle znamienne wydaje mi się, że w tym samym roku, co Mroczny Rycerz Powstaje, pojawili się także święcący niesamowite tiumfy Avengersi. Jeżeli Mroczny Rycerz był ukoronowaniem poważniejszego i bardziej zaangażowanego społecznie nurtu w filmach superbohaterskich (później dostaliśmy jeszcze znakomitych Strażników, którzy jednak nie odnieśli równie mocnego sukcesu, najprawdopodobniej ze względu na wysoką kategorię wiekową), to The Avengers są ukoronowaniem nurtu rozrywkowego, który skupia się raczej na emocjonalnym aspekcie postaci i jest zdecydowanie bardziej skonwencjonalizowany.

Przy takim założeniu widać, że Mroczny Rycerz powstaje raczej nie wywrze znaczącego wpływu na nadchodzące filmy superbohaterskie. Jest on raczej łabędzim śpiewem ery, która właściwie już przeminęła. Potwierdzeniem jest Niesamowity Spider-Man, idący w podobną stronę, co The Avengers, ale jeszcze silniej uwydatniający emocjonalny rdzeń tej postaci. W podobną stronę, jak można wnioskować z zapowiedzi twórców i niedawno wypuszczonego zwiastuna, będzie zmierzał (mimo patronatu Nolana) zapowiedziany na przyszły rok Człowiek ze Stali, nie wspominając o Marvelowskiej „Fazie drugiej”, planach dotyczących Ligi Sprawiedliwości czy rebootu Batmana, o którym już krążą słuchy.

Zachodnie serwisy, choć nie wystawiają recenzji jednoznacznie negatywnych, noszą wyraźny rys krytyczny wobec niektórych aspektów MRP. Mimo wad wytykanych obu Mrocznym Rycerzom sądzę, że Nolanowi należy się szacunek – pokazał bowiem, że z kinem superbohaterskim można zrobić coś zupełnie innego niż do tej pory (z pewnością wielka w tym także zasługa postaci, która nie posiada supermocy). I nawet jeśli nie wpłynie na kino superbohaterskie pod względem stylistycznym, inni twórcy mogliby się od niego uczyć odwagi i kreatywności.

Czy Mroczny Rycerz słusznie uznawany jest za wielki (nawet jeśli niepozbawiony wad) film? Jak będzie wyglądała przyszłość kina superbohaterskiego? Zachęcam do wyrażenia opinii. A ja wrócę, jak już kurz po premierze opadnie i będzie można spokojnie porozmawiać o nowym Batmanie.

piątek, 6 lipca 2012

Książki wakacyjne

Dla niektórych wakacje zaczęły się już dawno, więc notka może wydawać się spóźniona. Ja dopiero wczoraj skończyłem pisanie pracy licencjackiej i dopiero dziś jestem w stanie pomyśleć w ogóle o wakacjach. Wakacje – to możliwość czytania tego, co się chce, bez myśli o tym, ile czeka na mnie lektur i tekstów na zajęcia.

Z tej okazji publikuję listę książek, które chcę przeczytać w te wakacje. Pewnie koniec końców nie na wszystkie będę miał ochotę, może nie na wszystkie znajdę czas, albo nie do wszystkich dotrę – a może w wakacje wpadną na mnie jakieś zupełnie inne, nieoczekiwane i rewelacyjne książki, które będę musiał przeczytać bez chwili zwłoki, i które bez reszty zawrócą mi w głowie – czego niniejszym życzę sobie samemu i Tobie też.

  • Queer (pol. tytuł "Pedał") Williama Burroughsa – powieść oparta na wątkach biograficznych, będąca kontynuacją wcześniejszego "Ćpuna". Burroughs jest bardziej znany ze swoich późniejszych powieści, wypełnionych szalonymi pomysłami i awangardowymi technikami literackimi, ale również w tych powieściach, gdzie opisuje życie gdzieś na krawędzi społeczeństwa, szokuje i fascynuje.

  • The Amazing Adventures of Kavalier and Clay Michaela Chabona – czytałem dużo dobrych rzeczy o "Związku żydowskich policjantów" tego autora (z tą książką też postaram się zapoznać) i postanowiłem zacząć od zapoznania się z jego najbardziej znaną powieścią. Dzięki temu będę mógł też odejść trochę od fantastyki, choć nie za daleko – bo to w końcu (między innymi) książka o komiksach.

  • Trylogia Illuminatus! dwóch Robertów, Shei i Antona Wilsona – tutaj dla odmiany pomieszanie z poplątaniem: seks, narkotyki, magia, teorie spiskowe i tajemnicze organizacje, a wszystko to okraszone zmieniającą się narracją i skakaniem po czasie i przestrzeni. Zapowiada się zakręcona, gęsta lektura, bombardująca niesamowitymi pomysłami – nudno zdecydowanie nie będzie.

  • Voice of the Fire Alana Moore'a – już dwa razy zabierałem się do tej gęstej powieści, której akcja toczy się na przestrzeni 6000 lat na terenie dzisiejszego Northampton, rodzinnego miasta Moore'a. Za każdym razem ostatecznie przerywałem lekturę gdzieś w drugim rozdziale, choć to podobno pierwszy, pisany z perspektywy upośledzonego umysłowo chłopaka żyjącego w neolicie, jest najtrudniejszy. Tym razem spróbuję przeprowadzić mały eksperyment i zacząć od ostatniego rozdziału (rozgrywającego się współcześnie i którego narratorem jest sam Moore), cofając się stopniowo w czasie przez kolejne rozdziały. Nie ma tutaj konwencjonalnej fabuły, 12 rozdziałów to 12 osobnych części, powiązanych wspólnymi wątkami tematycznymi, więc powinno to zadziałać.

  • Brakuje na tej liście autorek oraz poezji, spróbuję więc to nadrobić lekturą wierszy Julii Fiedorczuk, o której słyszałem ostatnio trochę dobrych rzeczy.

  • Kilku autorów, bez konkretnych książek: z przyjemnością sięgnąłbym znowu do Clive'a Barkera, tym razem może w krótkiej formie. Za jakiś czas na pewno stęsknię się za Angelą Carter, a jeżeli po wymienionych wyżej pozycjach nie będę miał dość surrealizmu, to poczytam opowiadania Kelly Link (chwała jej za udostępnianie ich za darmo; tym chętniej kupię potem jakąś jej książkę). Myślę też o bliższym zapoznaniu się z Chiną Miévillem, którego "LonNiedyn" bardzo dobrze wspominam, a o "Krakenie" i "Mieście i mieście" słyszałem dobre rzeczy.

Chętnie się dowiem, co Ty zamierzasz czytać w wakacje – możesz się podzielić w komentarzu.