– czyli po polsku „wyszukane”. Wrażenia, spostrzeżenia, okruchy inspiracji. Z książek, ze świata, z wnętrza mojej głowy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą superbohaterowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą superbohaterowie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 9 maja 2016
No to kto miał rację? (Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów)
Kapitan Ameryka nauczył się, że nie można pokładać ślepej wiary w instytucjach. Iron Man nauczył się, że światowego pokoju nie można sprywatyzować.
W pewnym sensie wyszedł w ten sposób poza granice konwencji superbohaterskiej – jeśli uznać, że jedną z cech charakterystycznych jest nieomylny osąd moralny bohatera. Problem w tym, że Tony Stark nadal występuje w filmie superbohaterskim, więc racja musi być po stronie któregoś z bohaterów – i film ostatecznie staje po stronie Kapitana Ameryki (choć można było np. pociągnąć zasygnalizowany na początku wątek Bucky’ego jako jego faktycznej słabości).
Steve Rogers staje się ucieleśnieniem złudzeń Stanów Zjednoczonych co do ich roli w świecie. Ciągle sądzi, że „najbezpieczniejsze ręce to nadal nasze” – w końcu od drugiej wojny światowej jest „tym dobrym” superpolicjantem, strzegącym bezpieczeństwa wszystkich. Na co mu międzynarodowe konwencje? Jeśli trzeba gdzieś lecieć i zrzucić na kogoś demokrację, to lepiej się za długo nie zastanawiać.
Tony Stark to, jak ujął mój przyjaciel, „skruszony biznesmen nawrócony na regulację” i wyraz kolektywnego poczucia winy amerykańskiego społeczeństwa. Widzi, że każda jego próba rozwiązania problemów świata przyczynia się do jeszcze większej katastrofy. Jest gotów służyć ogółowi zgodnie z wolą tegoż ogółu – i jest w tym pewna pokora.
Z jednej strony należało się spodziewać, że Hollywoodzki blockbuster zajmie pozycję wspierającą status quo, objawiające się mentalnością spod znaku „musimy COŚ zrobić!”.
Z drugiej – film prezentuje cały konflikt na nieco innej płaszczyźnie: indywidualnej odpowiedzialności za własne czyny. To na tym zasadza się moralna słuszność Kapitana, który próbuje czynić dobro, liczy się z możliwością porażki – bądź też częściowego zaledwie sukcesu – i jest gotów na brzemię konsekwencji. Iron Man zmaga się ze świadomością konsekwencji swoich czynów i pragnie od niej uciec – stąd dążenie do tego, by zrzec się odpowiedzialności, by ciężar decyzji złożyć w ręce wyższej instancji.
W zależności od tego, na jakiej płaszczyźnie rozpatrujemy konflikt, albo jeden, albo drugi ma rację, co uwydatnia się jeszcze bardziej, jeśli wziąć pod uwagę, że każdy z nich zaczynał po przeciwnej stronie barykady. Iron Man robił show podczas przesłuchania rządowej komisji, a Kapitan służył w armii (jak rzucający frazesami na koniec filmu Rhodes). Są jak splecione w kręgu yin i yang i myślę, że ten obraz najlepiej ilustruje błąd tkwiący w całej machinie promocyjnej filmu: pogląd, że musimy wybrać którąś ze stron. Tak naprawdę potrzebujemy ich obu, napierających na siebie nazwzajem i w ten sposób utrzymujących równowagę. Jak powiedział Blake: „Opozycja to prawdziwa przyjaźń”.
A przyjaźń, jak wiemy, to magia.
poniedziałek, 28 marca 2016
Dlaczego nie pójdę na Batman v Superman
Coraz trudniej mi ostatnio zaakceptować fakt, że na pewnym podstawowym poziomie narracje superbohaterskie stanowią bezwstydną gloryfikację siły – opowiadają o tym, jak to fajnie, gdy wszystkie swoje problemy możesz rozwiązać, bijąc ludzi po twarzach i zrzucając z dachów, i że w zasadzie jest to słuszny moralnie (i jedyny skuteczny) sposób postępowania. Might makes right.
Istnieją oczywiście sposoby, by tę tendencję zneutralizować (osobiście jestem fanem podejścia Granta Morrisona, który czyni z superbohaterów reprezentacje archetypicznych sił i na każdym kroku podkreśla ich fikcyjność). Z drugiej strony wydaje się ona najbardziej wybujała wtedy, gdy dany tekst próbuje odnosić się do problemów politycznych czy społecznych, do których superbohaterowie nie są zbyt dobrze przystosowani. Jak pisze Lance Parkin:
we współczesnych historiach superbohaterskich „eskapizm” przybiera najczęściej formę fikcyjnego świata zaprojektowanego, by jak najbardziej przypominał nasz, ale ze znacznie wyższym poziomem brutalnej przestępczości, spisków i terroryzmu, w którym samozwańcza, elitarna grupa rozwiązuje każdy problem przebierając się i katując swoich przeciwników na śmierć.
Najwyrazistszym przykładem tej tendencji był dla mnie zawsze Powrót Mrocznego Rycerza Franka Millera, gdzie osoby próbujące rehabilitować przestępców ukazane są jako niebezpiecznie naiwne – Batman zaś rozwiązuje problem młodzieżowego gangu Mutantów, pokonując ich przywódcę w pojedynku. Dzięki tej demonstracji siły część gangu przyjmuje nazwę Synów Batmana i zaczyna walczyć z przestępczością, a ostatecznie tworzy podziemną armię.
Widać tu z jednej strony libertariańską fantazję o samoorganizującym się społeczeństwie (największy moment mobilizacji Synów Batmana i Mutantów to kryzys wywołany wybuchem bomby atomowej na terenie Stanów Zjednoczonych – państwo okazuje się zupełnie niewydolne i to oni zapewniają bezpieczeństwo w Gotham), ale też autorytarną, może nawet podszytą faszyzmem tęsknotę za charyzmatycznym wodzem, który nie będzie się bał rządzić silną ręką, weźmie w karby młodych mężczyzn i zabierze się do walki ze złem, z którym przeżarta permisywizmem kultura nie jest w stanie sobie poradzić.
Można obwiniać Millera, który w późniejszych latach dawał wyraz swoim politycznym przekonaniom, zarówno w komiksach, jak i poza nimi – ale tak naprawdę Miller doprowadza tylko idee stanowiące fundament superbohaterskiego mitu do logicznej konkluzji. Konkluzji, która w pozakomiksowej rzeczywistości przyjmuje postać ochroniarzy nękających ludzi o innym kolorze skóry albo jeszcze gorszą. Superbohaterowie nie przyczyniają się może do natężenia przemocy, zachowań ksenofobicznych czy tendencji autorytarnych w świecie realnym – ale jednak wpisują się w trend w naszej kulturze, z którym chcę mieć jak najmniej wspólnego. Nie są bohaterami, których teraz potrzebujemy.
Oddając Snyderowi sprawiedliwość: sądzę, że jego zamiarem jest raczej krytyka niż gloryfikacja tych mniej chwalebnych tendencji gatunku. Świadczą o tym zapowiedzi skupienia się na konsekwencjach bitwy o Metropolis z Człowieka ze stali, obecna w trailerze kwestia Luthora o „najstarszym kłamstwie w Ameryce”, wizje żołnierzy klękających przed Supermanem. Na przeszkodzie staną mu jednak dwie rzeczy: fakt, że superbohaterowie stanowią najczęściej moralne centrum swojego uniwersum (czy naprawdę spodziewamy się, że Superman zostanie skazany za zniszczenie Metropolis?), a także kusicielska moc spektaklu przemocy, który zwykle przesłania skutecznie wszelkie moralne dylematy (co lepiej pamiętamy z Daredevila – wątpliwości Matthew czy może to, jak wypasiona była walka w korytarzu?).
Biorąc pod uwagę, że reżyserskie instynkty Snydera kierują go właśnie w stronę widowiskowych przedstawień przemocy (nieprzypadkowo chyba jego najlepiej przyjętym filmem pozostaje adaptacja 300 Millera?) nie sądzę, by wyszedł z tej walki zwycięsko.
PS. To oczywiście nie jest problem tylko Snydera. Z podobnych względów ciągle nie zdecydowałem, czy obejrzę drugi sezon Daredevila, mimo ogromnej sympatii do Charlie’ego Coxa i wielu innych członków obsady.
niedziela, 11 sierpnia 2013
Pacific Rim a letnie blockbustery superbohaterskie
Społeczna otoczka tekstu – filmu, książki, komiksu – jest dla mnie niemal tak ważna, jak sam tekst. Lubię dzielić się wrażeniami i przemyśleniami, a jeszcze bardziej: rozmawiać. Poznanie cudzych odczuć wzbogaca mój odbiór. To rodzi pragnienie, czasem wręcz przymus, „bycia na bieżąco”, odbycia seansu jeśli nie w dniu premiery, to przynajmniej w pierwszy weekend w kinach, a potem pędzenia do internetu, by rzucić się w fale hejtu i uwielbienia.
Czasem jednak lepiej się nie spieszyć.
Uwielbiam del Toro za Labirynt fauna i za Hellboya. Estetyka i wrażliwość jego dzieł niesamowicie do mnie trafia. Mimo to nie wierzyłem w Pacific Rim, to nie była moja bajka. Wolałem iść wcześniej na Supermana i Rosomaka. Na Godzillę i wielkie roboty wybrałem się w ostatnim niemal momencie, żeby jednak nie przegapić.
O mało nie przegapiłem najprzyjemniejszego filmu tego lata.
1.
Człowiek ze stali i Wolverine wywołały u mnie reakcję alergiczną wątkami miłosnymi wstawionymi do filmu tylko dlatego, że w hollywoodzkim filmie akcji musi się znaleźć wątek miłosny (a także kilkoma innymi rzeczami). Clark i Lois znają się... parę dni? (mam problem z określaniem upływu czasu w filmach), widać zalążki zainteresowania właściwie niekoniecznie romantycznego, ale pod koniec pojawia się oczywiście obligatoryjny pocałunek i scena pocieszenia załamanego Supermana. W japońskiej przygodzie naszego ulubionego członka X-Men analogiczny wątek (z obligatoryjną sceną miłosną w kategorii wiekowej PG-13) rozwija się w jakieś... trzy dni.
Pacific Rim na tym tle wyróżnia się na plus. Po pierwsze dlatego, że bohaterowie posiadają pewne wspólne doświadczenia (utratę bliskich wskutek ataku Kaiju), które umożliwiają porozumienie. Po drugie dlatego, że wątek neurolinku (polskie tłumaczenie wypada sensowniej i bardziej naturalnie, niż angielski neural handshake, bardzo to rzadka sytuacja, więc warto zwrócić na to uwagę) umożliwia wzmocnienie relacji Raleigha i Mako w krótkim czasie: oboje wchodzą nawzajem w swoje wspomnienia i poznają swoje uczucia. Po trzecie wreszcie: ich wątek zostaje potraktowany z rzadko spotykaną subtelnością – wzajemnej fascynacji nie trzeba koniecznie traktować jako romantycznej mimo dość wyraźnych sygnałów i twórcy nie dożynają jej na koniec wymuszonym pocałunkiem.
Niezwykle silna chemia między bohaterami oraz fakt, że nie marnują żadnej okazji pożeranie się wzrokiem, to tylko wisienki na torcie.
2.
Mako zasługuje na osobny akapit poświęcony wyłącznie sobie, bo to świetna postać, w pełni równorzędna wobec Raleigha, a przy tym bardziej skomplikowana (co nie znaczy, że bardzo skomplikowana – nie zapominajmy, że to film o wielkich robotach walczących z wielkimi potworami). Dorosła kobieta, odważna wojowniczka, a jednocześnie, na głębszym poziomie, mała dziewczynka, która straciła rodziców.
Tutaj znajdziecie dwa teksty poświęcone temu, jak fantastycznie napisano tę postać, ja ograniczę się do czystego fanboystwa i zachwytu nad tym, jak ukradkiem przygląda się Raleighowi, jak szanuje swojego opiekuna/przybranego ojca i nie sprzeciwia mu się, tylko przekonuje go, by zaufał jej umiejętnościom. I nad animatriksową walką ćwiczebną.
Mako to bohaterka, którą mogła być inna mała, kozacka Azjatka z kolorowymi włosami – Yukio z Wolverine'a. Mam silne poczucie, że Wolverine byłby wtedy o wiele lepszym filmem.
3.
Teraz będzie trochę narzekania na współczesne kino rozrywkowe, czujcie się ostrzeżeni.
Odnoszę wrażenie, że zupełnie przestaliśmy się zastanawiać nad tym, co przekazują filmy, ktore oglądamy. Jeszcze niedawno było oczywiste, że każdy film ma morał przekazany wprost (choć niekoniecznie wypowiadany na głos przez któregoś z bohaterów), a w mniej oczywistych przypadkach – jakąś wymowę. Obecnie coraz częściej słyszę: „przecież to tylko rozrywka, nie ma co się nad tym zastanawiać. A w ogóle to ciekawe, w jaki sposób Superman lata?”. Większą przyjemność sprawia mi zastanawianie się nad historią właśnie, niż nad fizyką fikcyjnego świata, więc zmiana sztuki (nawet takiej, w której najbardziej liczy się walor rozrywkowy) w rozrywkę oczywiście mnie martwi.
Bardziej martwi mnie to, że podobnie zaczynają do sprawy podchodzić twórcy (a może nie twórcy, tylko wytwórnie?). Wolverine stawia na początku ciekawy problem, ale nie mam pojęcia, co próbuje przekazać. Podobnie Człowiek ze stali, z którego zrozumiałem ostatecznie tylko tyle, że „śmierć trzech osób to tragedia, śmierć 129 tysięcy to fajna rozwałka w finale”. Drugi najlepszy dla mnie blockbuster tego lata (używam słowa „lato” bardzo luźno), Iron Man 3, nauczył mnie, że niepełnosprawność czyni ludzi złymi. I że dobry człowiek obywa się bez protez.
W tej sytuacji popisem kunsztu twórczego okazuje się prostota i optymizm: del Toro idzie śladami The Avengers Jossa Whedona; w obu przypadkach mamy do czynienia z pozaludzkim, kosmicznym złem, w obliczu którego ludzkość jednoczy się i – wbrew wszelkim przewidywaniom – zwycięża. (Na marginesie: fascynuje mnie, że weapon of choice w takich przypadkach okazuje się nieodmiennie bomba atomowa; czyżby jedyna szansa na ostateczne pokonanie przeciwnika?) Na pozytywną i spójną wizję we współczesnym letnim kinie stać najwyraźniej tylko najlepszych.
Czasem jednak lepiej się nie spieszyć.
Uwielbiam del Toro za Labirynt fauna i za Hellboya. Estetyka i wrażliwość jego dzieł niesamowicie do mnie trafia. Mimo to nie wierzyłem w Pacific Rim, to nie była moja bajka. Wolałem iść wcześniej na Supermana i Rosomaka. Na Godzillę i wielkie roboty wybrałem się w ostatnim niemal momencie, żeby jednak nie przegapić.
O mało nie przegapiłem najprzyjemniejszego filmu tego lata.
1.
Człowiek ze stali i Wolverine wywołały u mnie reakcję alergiczną wątkami miłosnymi wstawionymi do filmu tylko dlatego, że w hollywoodzkim filmie akcji musi się znaleźć wątek miłosny (a także kilkoma innymi rzeczami). Clark i Lois znają się... parę dni? (mam problem z określaniem upływu czasu w filmach), widać zalążki zainteresowania właściwie niekoniecznie romantycznego, ale pod koniec pojawia się oczywiście obligatoryjny pocałunek i scena pocieszenia załamanego Supermana. W japońskiej przygodzie naszego ulubionego członka X-Men analogiczny wątek (z obligatoryjną sceną miłosną w kategorii wiekowej PG-13) rozwija się w jakieś... trzy dni.
Pacific Rim na tym tle wyróżnia się na plus. Po pierwsze dlatego, że bohaterowie posiadają pewne wspólne doświadczenia (utratę bliskich wskutek ataku Kaiju), które umożliwiają porozumienie. Po drugie dlatego, że wątek neurolinku (polskie tłumaczenie wypada sensowniej i bardziej naturalnie, niż angielski neural handshake, bardzo to rzadka sytuacja, więc warto zwrócić na to uwagę) umożliwia wzmocnienie relacji Raleigha i Mako w krótkim czasie: oboje wchodzą nawzajem w swoje wspomnienia i poznają swoje uczucia. Po trzecie wreszcie: ich wątek zostaje potraktowany z rzadko spotykaną subtelnością – wzajemnej fascynacji nie trzeba koniecznie traktować jako romantycznej mimo dość wyraźnych sygnałów i twórcy nie dożynają jej na koniec wymuszonym pocałunkiem.Niezwykle silna chemia między bohaterami oraz fakt, że nie marnują żadnej okazji pożeranie się wzrokiem, to tylko wisienki na torcie.
2.
Mako zasługuje na osobny akapit poświęcony wyłącznie sobie, bo to świetna postać, w pełni równorzędna wobec Raleigha, a przy tym bardziej skomplikowana (co nie znaczy, że bardzo skomplikowana – nie zapominajmy, że to film o wielkich robotach walczących z wielkimi potworami). Dorosła kobieta, odważna wojowniczka, a jednocześnie, na głębszym poziomie, mała dziewczynka, która straciła rodziców.
Tutaj znajdziecie dwa teksty poświęcone temu, jak fantastycznie napisano tę postać, ja ograniczę się do czystego fanboystwa i zachwytu nad tym, jak ukradkiem przygląda się Raleighowi, jak szanuje swojego opiekuna/przybranego ojca i nie sprzeciwia mu się, tylko przekonuje go, by zaufał jej umiejętnościom. I nad animatriksową walką ćwiczebną.
Mako to bohaterka, którą mogła być inna mała, kozacka Azjatka z kolorowymi włosami – Yukio z Wolverine'a. Mam silne poczucie, że Wolverine byłby wtedy o wiele lepszym filmem.
3.
Teraz będzie trochę narzekania na współczesne kino rozrywkowe, czujcie się ostrzeżeni.
Odnoszę wrażenie, że zupełnie przestaliśmy się zastanawiać nad tym, co przekazują filmy, ktore oglądamy. Jeszcze niedawno było oczywiste, że każdy film ma morał przekazany wprost (choć niekoniecznie wypowiadany na głos przez któregoś z bohaterów), a w mniej oczywistych przypadkach – jakąś wymowę. Obecnie coraz częściej słyszę: „przecież to tylko rozrywka, nie ma co się nad tym zastanawiać. A w ogóle to ciekawe, w jaki sposób Superman lata?”. Większą przyjemność sprawia mi zastanawianie się nad historią właśnie, niż nad fizyką fikcyjnego świata, więc zmiana sztuki (nawet takiej, w której najbardziej liczy się walor rozrywkowy) w rozrywkę oczywiście mnie martwi.
Bardziej martwi mnie to, że podobnie zaczynają do sprawy podchodzić twórcy (a może nie twórcy, tylko wytwórnie?). Wolverine stawia na początku ciekawy problem, ale nie mam pojęcia, co próbuje przekazać. Podobnie Człowiek ze stali, z którego zrozumiałem ostatecznie tylko tyle, że „śmierć trzech osób to tragedia, śmierć 129 tysięcy to fajna rozwałka w finale”. Drugi najlepszy dla mnie blockbuster tego lata (używam słowa „lato” bardzo luźno), Iron Man 3, nauczył mnie, że niepełnosprawność czyni ludzi złymi. I że dobry człowiek obywa się bez protez.W tej sytuacji popisem kunsztu twórczego okazuje się prostota i optymizm: del Toro idzie śladami The Avengers Jossa Whedona; w obu przypadkach mamy do czynienia z pozaludzkim, kosmicznym złem, w obliczu którego ludzkość jednoczy się i – wbrew wszelkim przewidywaniom – zwycięża. (Na marginesie: fascynuje mnie, że weapon of choice w takich przypadkach okazuje się nieodmiennie bomba atomowa; czyżby jedyna szansa na ostateczne pokonanie przeciwnika?) Na pozytywną i spójną wizję we współczesnym letnim kinie stać najwyraźniej tylko najlepszych.
czwartek, 26 lipca 2012
Życie po „Mrocznym Rycerzu”
Piszę tę notkę w ostatnim możliwym momencie: za chwilę wyjeżdżam na cały weekend na Avangardę, a od jutra wszyscy będą rozmawiać tylko o jednym. Tym czymś będzie oczywiście Mroczny Rycerz Powstaje, epickie zwieńczenie trylogii Christophera Nolana opowiadającej o Batmanie. Zanim jednak to nastąpi, zanim będziemy dyskutować nad zaletami i wadami konkretnego, obejrzanego już obrazu, chcę się wspólnie pozastanawiać nad okolicznościami, w jakich ten film się ukazuje, i przyszłymi kolejami filmu superbohaterskiego.
Pretekstem do napisania tej notki jest zalewająca ostatnio mojego Facebooka fala krytycyzmu wobec MR i sceptycyzmu wobec MRP. Zaskoczyło mnie to zjawisko, bo wcześniej przez lata spotykałem się z reakcjami zdecydowanie entuzjastycznymi wobec Nolanowskiego Batmana. Szczególnie Mroczny Rycerz był chwalony za niekonwencjonalność, realizm (rozumiany z jednej strony jako mniej dla mnie interesująca kategoria estetyczna, oraz, co dużo bardziej moim zdaniem istotne, obecność mocnych związków z pozatekstową rzeczywistością polityczną i społeczną) i ambicje, do tego stopnia, że całkiem przytłoczył Batmana: Początek (kilka miesięcy temu obejrzałem ten film ponownie i byłem zdziwiony tym, jak bardzo jest dobry, a jeszcze bardziej tym, że zupełnie o tym nie pamiętałem). Ten stan rzeczy trwał przez kilka lat, aż nagle, na krótko przed premierą MRP, coraz częściej pojawiają się krytyczne głosy, wyraźnie zmęczone nastrojem powagi i „pseudofilozoficznymi dywagacjami” (jak pisze na przykład Michał Chudoliński w artykule zamieszczonym w lipcowym numerze „Nowej Fantastyki”), które faktycznie przewijały się w Mrocznym Rycerzu, ale zdecydowanie nie przytłaczały filmu.
Być może to tylko zjawisko lokalne w moim kącie internetu, zastanawiam się jednak, czy w tak zwanym międzyczasie, kiedy wszyscy wyczekiwali na premierę jednego z największych filmów superbohaterskich, coś się nie zmieniło? Podobną stylistykę, co Batman w wersji Nolana, reprezentowała, jak mi się wydaje, trylogia X-Men (nieco odsunięta od estetycznego realizmu przez istnienie mutantów z supermocami, ale również akcentująca treści społeczne), zakończona w 2006 roku. Natomiast w tym samym roku, co Mroczny Rycerz, ukazał się Iron Man, od którego Marvel zaczął budować swoje filmowe uniwersum, i który reprezentował zdecydowanie bardziej komiksową stylistykę. Niezwykle znamienne wydaje mi się, że w tym samym roku, co Mroczny Rycerz Powstaje, pojawili się także święcący niesamowite tiumfy Avengersi. Jeżeli Mroczny Rycerz był ukoronowaniem poważniejszego i bardziej zaangażowanego społecznie nurtu w filmach superbohaterskich (później dostaliśmy jeszcze znakomitych Strażników, którzy jednak nie odnieśli równie mocnego sukcesu, najprawdopodobniej ze względu na wysoką kategorię wiekową), to The Avengers są ukoronowaniem nurtu rozrywkowego, który skupia się raczej na emocjonalnym aspekcie postaci i jest zdecydowanie bardziej skonwencjonalizowany.
Przy takim założeniu widać, że Mroczny Rycerz powstaje raczej nie wywrze znaczącego wpływu na nadchodzące filmy superbohaterskie. Jest on raczej łabędzim śpiewem ery, która właściwie już przeminęła. Potwierdzeniem jest Niesamowity Spider-Man, idący w podobną stronę, co The Avengers, ale jeszcze silniej uwydatniający emocjonalny rdzeń tej postaci. W podobną stronę, jak można wnioskować z zapowiedzi twórców i niedawno wypuszczonego zwiastuna, będzie zmierzał (mimo patronatu Nolana) zapowiedziany na przyszły rok Człowiek ze Stali, nie wspominając o Marvelowskiej „Fazie drugiej”, planach dotyczących Ligi Sprawiedliwości czy rebootu Batmana, o którym już krążą słuchy.
Zachodnie serwisy, choć nie wystawiają recenzji jednoznacznie negatywnych, noszą wyraźny rys krytyczny wobec niektórych aspektów MRP. Mimo wad wytykanych obu Mrocznym Rycerzom sądzę, że Nolanowi należy się szacunek – pokazał bowiem, że z kinem superbohaterskim można zrobić coś zupełnie innego niż do tej pory (z pewnością wielka w tym także zasługa postaci, która nie posiada supermocy). I nawet jeśli nie wpłynie na kino superbohaterskie pod względem stylistycznym, inni twórcy mogliby się od niego uczyć odwagi i kreatywności.
Czy Mroczny Rycerz słusznie uznawany jest za wielki (nawet jeśli niepozbawiony wad) film? Jak będzie wyglądała przyszłość kina superbohaterskiego? Zachęcam do wyrażenia opinii. A ja wrócę, jak już kurz po premierze opadnie i będzie można spokojnie porozmawiać o nowym Batmanie.
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Czy Superman jest super?

Na Poltergeiście ukazał się ostatnio tekst proponujący, jak uczynić Supermana interesującą postacią. Autor tak tłumaczy pobudki, które skłoniły go do sięgnięcia po klawiaturę:
Na warsztat wezmę chyba najbardziej znanego i najbardziej dennego superbohatera. W zasadzie jedyną wyróżniającą go rzeczą jest fakt, że był pierwszym superbohaterem. Mówię oczywiście o Supermanie.
…
Superman denny?!
Oczywiście szybko zdałem sobie sprawę, że faktycznie tak jest, przynajmniej jeśli chodzi o potoczne wyobrażenie tej postaci – określenie „Niebieski Harcerzyk” funkcjonuje przecież nie od dzisiaj. Zacząłem się więc zastanawiać, dlaczego tak jest, i przyszło mi na myśl kilka kwestii, które warto poruszyć w związku z tym tematem.
Po pierwsze: wszechmoc. Zestaw mocy Supermana czyni z niego „Latającą Cegłę” i w zasadzie jest w stanie rozwiązać niemal każdy problem (czy może raczej większość problemów przestaje istnieć po zetknięciu z kryptońską pięścią). Można oczywiście uszczuplić zestaw mocy Supermana, co też często się dzieje przy okazji kolejnych rebootów, resetów i innych niecnych czynów popełnianych na komiksowej ciągłości. Zawsze można też użyć kryptonitu (tym chwytem chętnie posługiwał się serial „Smallville”, a przynajmniej ta część, którą oglądałem, czyli pierwszy sezon). Z drugiej jednak strony: jedną z najlepszych historii o Supermanie, jakie czytałem, jest seria „All-Star Superman” Granta Morrisona (ze wszech miar warta polecenia; Morrison zresztą od początku swojej kariery udowadnia, że z każdą postacią potrafi zrobić coś ciekawego), w której fakt, że „Człowiek ze Stali” jest wszechpotężny (staje się nawet niewrażliwy na kryptonit), zupełnie nie przeszkadza dramatyzmowi historii. Niezwykle trafna wydaje mi się myśl mojego przyjaciela Przemka, który po przeczytaniu „All-Star Superman” powiedział, że Superman opiera się na „emocjonalnych historiach o ratowaniu świata”. Bardziej istotne niż ograniczanie mocy (którego nie bagatelizuję, bo przecież nie chcielibyśmy, żeby Superman rozwiązał problem jednym dmuchnięciem swoich potężnych, kryptońskich płuc) wydaje się odpowiednia stawka emocjonalna. Nawet kilkuzeszytowa, prosta łupanina, jaką była „Śmierć Supermana”, działała. A działała właśnie dlatego, że gra toczyła się o wysoką stawkę.
Drugim problemem, jest, jak sądzę, jednoznaczność moralna. Superman jest klasycznym, pozytywnym bohaterem. W którymś momencie zaczęto go w związku z tym uważać za naiwnego i prostodusznego, a uosabiane przez niego ideały – za tożsame z utrzymywaniem status quo (jeżeli się nie mylę, trend ten rozpoczął Frank Miller swoim „Powrotem Mrocznego Rycerza”, gdzie Superman jest marionetką posłusznie wykonującą polecenia rządu). Oczywiście tak naprawdę Superman znajduje się ponad rządem i poza prawem, co z jednej strony może z niego czynić wywrotowca (taki rys nadaje mu Grant Morrison w zrestartowanej serii „Action Comics”, powracając tym samym do korzeni tej postaci), z drugiej – dyktatora, który może starać się zaprowadzić porządek na świecie za cenę wolności jednostki (taką problematykę porusza Mark Millar w „Superman: Red Son”). Zmącenie jasnego podziału na czarne i białe wydaje się stosunkowo łatwe, i nie trzeba wcale czynić z Supermana antybohatera, ani tym bardziej łotra: wystarczy postawić go wobec dylematu z dwoma wyjściami, z których każde jest dobre, ale na inny sposób. Albo skonfliktować go ludźmi, których broni.
Trzeci problem wiąże się mniej z postacią, a bardziej ze specyfiką tego momentu kultury, w którym żyjemy. Jeżeli bowiem spojrzeć na bohaterów współczesnych seriali czy filmów, to można dostrzec sporą ilość antybohaterów, którzy z jednej strony są mniej jednoznaczni moralnie, z drugiej zaś – o wiele mniej sympatyczni. Zastanawiam się więc, czy Superman nie jest po prostu zbyt staroświecki? Może należałoby wrócić do sposobu pisania tej postaci ze Srebrnego Wieku i dołożyć w ten sposób parę wpisów na Superdickery?
Jak widać pisanie komiksów o Supermanie rzeczywiście może być problematyczne (choć można by złośliwie powiedzieć, że złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy). Z drugiej strony tak niezwykle dobry bohater to ktoś, kogo dobrze mieć w kulturze (poza heroicznym Kryptończykiem przychodzi mi na myśl tylko Doktor, swoją drogą bardzo podobny do Supermana, tylko bardziej interesujący, bo nie posługuje się przemocą), nawet, jeśli wydaje się niemodny i „denny”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



