Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lipca 2016

A kysz, zjawo! Zasłaniasz!


Jakoś tak się ostatnio złożyło, że kilka dni po obejrzeniu Zjawy natknąłem się na fejsbukową dyskusję na temat filmu. Dyskusję, w której chwalono nie tylko umiejętności aktorskie Leonarda DiCapria, kunszt Alejandra Iñárritu czy zdjęcia Emanuela Lubezkiego, ale też głębię przesłania i wywracanie na nice konwencji w
esternu. O ile z przesłaniem mogę się jeszcze zgodzić – Zjawa zawiera trochę ładnych symbolicznych scen, a zmagania głównego bohatera można interpretować na kilka różnych sposobów – o tyle trudno mi dostrzec jakiekolwiek wywracanie na nice. Zjawa to film głęboko zachowawczy.

Nie, żebym nie rozumiał, czemu można go odbierać jako subwersywny: w tle przewijają się przecież wątki nieprawości, jakie wobec rdzennych Amerykanów popełniali biali kolonialiści, a i wśród handlarzy skórami pojawia się szuja-Tom Hardy, co to nie dość, że chciwy i egoistyczny, to jeszcze rasista.

Problem w tym, że pierwszy plan to nadal historia Tańczącego z Wilkami, któremu wepchnięto syna do lodówki (uwaga, link do TV Tropes!) i który teraz bardzo chce się zemścić, jednak (dzięki mądrym słowom wypowiedzianym przez etnicznego sidekicka) odkrywa, że Przemoc Nie Jest Rozwiązaniem, a Zemsta Nie Przyniesie Mu Ukojenia. Całe szczęście, że po drugiej stronie sumienia przystanęło akurat plemię, które chętnie dokończy za niego robotę. Wszystko jest oczywiście ponure i brutalne, ale w gruncie rzeczy mamy do czynienia z tą samą heroiczną narracją, którą widzieliśmy już wielokrotnie.

Można oczywiście argumentować, że przecież jest to historia oparta na faktach – ale to, jakie historie wybieramy do opowiedzenia, też ma znaczenie. No a twórcy nie przejmowali się zbytnio faktami, kiedy dodali Glassowi syna albo zmieniali zakończenie całej historii, tak żeby jednak doszło do jakiejś zemsty. Więc choć DiCaprio pięknie się krzywi i stęka, to w pewnym sensie jest też największym problemem Zjawy, bo przesłania te wszystkie ciekawsze rzeczy, które rozgrywają się dookoła. O wiele chętniej obejrzałbym film o Hawku, który chce pomścić ojca, a przy okazji musi sobie znaleźć jakieś miejsce w świecie. Film o Powace uciekającej od porywaczy i poszukującej swojego plemienia. Albo o niedźwiedzicy troszczącej się o młode i w końcówce toczącej tragiczną walkę z człowiekiem. A gdyby to już naprawdę musiała być opowieść o białym mężczyźnie, to może ciekawiej byłoby pójść w stronę Flashmana G.M. Frasera i protagonistą uczynić Fitzgeralda? Wtedy rzeczywiście otrzymalibyśmy bezlitosną dekonstrukcję westernowego bohatera (zwłaszcza gdyby na końcu, tak jak w rzeczywistości, zaciągnął się do armii, by umknąć Glassowi). I więcej Toma Hardyego na ekranie – w ramach bonusu. A tak, Zjawa pozostaje świetnie nakręconym i zagranym filmem, ale wcale nie tak radykalnym, jak mogłoby się wydawać.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Pacific Rim a letnie blockbustery superbohaterskie

Społeczna otoczka tekstu – filmu, książki, komiksu – jest dla mnie niemal tak ważna, jak sam tekst. Lubię dzielić się wrażeniami i przemyśleniami, a jeszcze bardziej: rozmawiać. Poznanie cudzych odczuć wzbogaca mój odbiór. To rodzi pragnienie, czasem wręcz przymus, „bycia na bieżąco”, odbycia seansu jeśli nie w dniu premiery, to przynajmniej w pierwszy weekend w kinach, a potem pędzenia do internetu, by rzucić się w fale hejtu i uwielbienia.

Czasem jednak lepiej się nie spieszyć.

Uwielbiam del Toro za Labirynt fauna i za Hellboya. Estetyka i wrażliwość jego dzieł niesamowicie do mnie trafia. Mimo to nie wierzyłem w Pacific Rim, to nie była moja bajka. Wolałem iść wcześniej na Supermana i Rosomaka. Na Godzillę i wielkie roboty wybrałem się w ostatnim niemal momencie, żeby jednak nie przegapić.

O mało nie przegapiłem najprzyjemniejszego filmu tego lata.


1.

Człowiek ze stali i Wolverine wywołały u mnie reakcję alergiczną wątkami miłosnymi wstawionymi do filmu tylko dlatego, że w hollywoodzkim filmie akcji musi się znaleźć wątek miłosny (a także kilkoma innymi rzeczami). Clark i Lois znają się... parę dni? (mam problem z określaniem upływu czasu w filmach), widać zalążki zainteresowania właściwie niekoniecznie romantycznego, ale pod koniec pojawia się oczywiście obligatoryjny pocałunek i scena pocieszenia załamanego Supermana. W japońskiej przygodzie naszego ulubionego członka X-Men analogiczny wątek (z obligatoryjną sceną miłosną w kategorii wiekowej PG-13) rozwija się w jakieś... trzy dni.

Pacific Rim na tym tle wyróżnia się na plus. Po pierwsze dlatego, że bohaterowie posiadają pewne wspólne doświadczenia (utratę bliskich wskutek ataku Kaiju), które umożliwiają porozumienie. Po drugie dlatego, że wątek neurolinku (polskie tłumaczenie wypada sensowniej i bardziej naturalnie, niż angielski neural handshake, bardzo to rzadka sytuacja, więc warto zwrócić na to uwagę) umożliwia wzmocnienie relacji Raleigha i Mako w krótkim czasie: oboje wchodzą nawzajem w swoje wspomnienia i poznają swoje uczucia. Po trzecie wreszcie: ich wątek zostaje potraktowany z rzadko spotykaną subtelnością – wzajemnej fascynacji nie trzeba koniecznie traktować jako romantycznej mimo dość wyraźnych sygnałów i twórcy nie dożynają jej na koniec wymuszonym pocałunkiem.

Niezwykle silna chemia między bohaterami oraz fakt, że nie marnują żadnej okazji pożeranie się wzrokiem, to tylko wisienki na torcie.


2.

Mako zasługuje na osobny akapit poświęcony wyłącznie sobie, bo to świetna postać, w pełni równorzędna wobec Raleigha, a przy tym bardziej skomplikowana (co nie znaczy, że bardzo skomplikowana – nie zapominajmy, że to film o wielkich robotach walczących z wielkimi potworami). Dorosła kobieta, odważna wojowniczka, a jednocześnie, na głębszym poziomie, mała dziewczynka, która straciła rodziców.

Tutaj znajdziecie dwa teksty poświęcone temu, jak fantastycznie napisano tę postać, ja ograniczę się do czystego fanboystwa i zachwytu nad tym, jak ukradkiem przygląda się Raleighowi, jak szanuje swojego opiekuna/przybranego ojca i nie sprzeciwia mu się, tylko przekonuje go, by zaufał jej umiejętnościom. I nad animatriksową walką ćwiczebną.

Mako to bohaterka, którą mogła być inna mała, kozacka Azjatka z kolorowymi włosami – Yukio z Wolverine'a. Mam silne poczucie, że Wolverine byłby wtedy o wiele lepszym filmem.


3.

Teraz będzie trochę narzekania na współczesne kino rozrywkowe, czujcie się ostrzeżeni.

Odnoszę wrażenie, że zupełnie przestaliśmy się zastanawiać nad tym, co przekazują filmy, ktore oglądamy. Jeszcze niedawno było oczywiste, że każdy film ma morał przekazany wprost (choć niekoniecznie wypowiadany na głos przez któregoś z bohaterów), a w mniej oczywistych przypadkach – jakąś wymowę. Obecnie coraz częściej słyszę: „przecież to tylko rozrywka, nie ma co się nad tym zastanawiać. A w ogóle to ciekawe, w jaki sposób Superman lata?”. Większą przyjemność sprawia mi zastanawianie się nad historią właśnie, niż nad fizyką fikcyjnego świata, więc zmiana sztuki (nawet takiej, w której najbardziej liczy się walor rozrywkowy) w rozrywkę oczywiście mnie martwi.

Bardziej martwi mnie to, że podobnie zaczynają do sprawy podchodzić twórcy (a może nie twórcy, tylko wytwórnie?). Wolverine stawia na początku ciekawy problem, ale nie mam pojęcia, co próbuje przekazać. Podobnie Człowiek ze stali, z którego zrozumiałem ostatecznie tylko tyle, że „śmierć trzech osób to tragedia, śmierć 129 tysięcy to fajna rozwałka w finale”. Drugi najlepszy dla mnie blockbuster tego lata (używam słowa „lato” bardzo luźno), Iron Man 3, nauczył mnie, że niepełnosprawność czyni ludzi złymi. I że dobry człowiek obywa się bez protez.

W tej sytuacji popisem kunsztu twórczego okazuje się prostota i optymizm: del Toro idzie śladami The Avengers Jossa Whedona; w obu przypadkach mamy do czynienia z pozaludzkim, kosmicznym złem, w obliczu którego ludzkość jednoczy się i – wbrew wszelkim przewidywaniom – zwycięża. (Na marginesie: fascynuje mnie, że weapon of choice w takich przypadkach okazuje się nieodmiennie bomba atomowa; czyżby jedyna szansa na ostateczne pokonanie przeciwnika?) Na pozytywną i spójną wizję we współczesnym letnim kinie stać najwyraźniej tylko najlepszych.

czwartek, 18 lipca 2013

Przed północą


Trzecie (po „Przed wschodem słońca” (1995) i „Przed zachodem słońca” (2004)) spotkanie z Celine i Jessem jest jak spotkanie z dawno nie widzianymi znajomymi. Niby widać, że to dokładnie ci sami ludzie – rozmowy mają znany już dobrze posmak, słychać nawet te same żarty (to część uroku spotykania ludzi po latach) – ale widać też, że upłynęło sporo czasu: kolejne doświadczenia odcisnęły na bohaterach swoje piętno, trochę ich wzbogaciły, trochę zniszczyły. Tak czy inaczej nie trzeba się obawiać, że będzie nudno, że to powtórka z rozrywki, odgrzewane kotlety i tak dalej.

Na zaprzyjaźnionym blogu Dobry Film, Zły Film napisałem o pięknym i smutnym Przed północą. Zachęcam do lektury.

czwartek, 26 lipca 2012

Życie po „Mrocznym Rycerzu”


Piszę tę notkę w ostatnim możliwym momencie: za chwilę wyjeżdżam na cały weekend na Avangardę, a od jutra wszyscy będą rozmawiać tylko o jednym. Tym czymś będzie oczywiście Mroczny Rycerz Powstaje, epickie zwieńczenie trylogii Christophera Nolana opowiadającej o Batmanie. Zanim jednak to nastąpi, zanim będziemy dyskutować nad zaletami i wadami konkretnego, obejrzanego już obrazu, chcę się wspólnie pozastanawiać nad okolicznościami, w jakich ten film się ukazuje, i przyszłymi kolejami filmu superbohaterskiego.

Pretekstem do napisania tej notki jest zalewająca ostatnio mojego Facebooka fala krytycyzmu wobec MR i sceptycyzmu wobec MRP. Zaskoczyło mnie to zjawisko, bo wcześniej przez lata spotykałem się z reakcjami zdecydowanie entuzjastycznymi wobec Nolanowskiego Batmana. Szczególnie Mroczny Rycerz był chwalony za niekonwencjonalność, realizm (rozumiany z jednej strony jako mniej dla mnie interesująca kategoria estetyczna, oraz, co dużo bardziej moim zdaniem istotne, obecność mocnych związków z pozatekstową rzeczywistością polityczną i społeczną) i ambicje, do tego stopnia, że całkiem przytłoczył Batmana: Początek (kilka miesięcy temu obejrzałem ten film ponownie i byłem zdziwiony tym, jak bardzo jest dobry, a jeszcze bardziej tym, że zupełnie o tym nie pamiętałem). Ten stan rzeczy trwał przez kilka lat, aż nagle, na krótko przed premierą MRP, coraz częściej pojawiają się krytyczne głosy, wyraźnie zmęczone nastrojem powagi i „pseudofilozoficznymi dywagacjami” (jak pisze na przykład Michał Chudoliński w artykule zamieszczonym w lipcowym numerze „Nowej Fantastyki”), które faktycznie przewijały się w Mrocznym Rycerzu, ale zdecydowanie nie przytłaczały filmu.

Być może to tylko zjawisko lokalne w moim kącie internetu, zastanawiam się jednak, czy w tak zwanym międzyczasie, kiedy wszyscy wyczekiwali na premierę jednego z największych filmów superbohaterskich, coś się nie zmieniło? Podobną stylistykę, co Batman w wersji Nolana, reprezentowała, jak mi się wydaje, trylogia X-Men (nieco odsunięta od estetycznego realizmu przez istnienie mutantów z supermocami, ale również akcentująca treści społeczne), zakończona w 2006 roku. Natomiast w tym samym roku, co Mroczny Rycerz, ukazał się Iron Man, od którego Marvel zaczął budować swoje filmowe uniwersum, i który reprezentował zdecydowanie bardziej komiksową stylistykę. Niezwykle znamienne wydaje mi się, że w tym samym roku, co Mroczny Rycerz Powstaje, pojawili się także święcący niesamowite tiumfy Avengersi. Jeżeli Mroczny Rycerz był ukoronowaniem poważniejszego i bardziej zaangażowanego społecznie nurtu w filmach superbohaterskich (później dostaliśmy jeszcze znakomitych Strażników, którzy jednak nie odnieśli równie mocnego sukcesu, najprawdopodobniej ze względu na wysoką kategorię wiekową), to The Avengers są ukoronowaniem nurtu rozrywkowego, który skupia się raczej na emocjonalnym aspekcie postaci i jest zdecydowanie bardziej skonwencjonalizowany.

Przy takim założeniu widać, że Mroczny Rycerz powstaje raczej nie wywrze znaczącego wpływu na nadchodzące filmy superbohaterskie. Jest on raczej łabędzim śpiewem ery, która właściwie już przeminęła. Potwierdzeniem jest Niesamowity Spider-Man, idący w podobną stronę, co The Avengers, ale jeszcze silniej uwydatniający emocjonalny rdzeń tej postaci. W podobną stronę, jak można wnioskować z zapowiedzi twórców i niedawno wypuszczonego zwiastuna, będzie zmierzał (mimo patronatu Nolana) zapowiedziany na przyszły rok Człowiek ze Stali, nie wspominając o Marvelowskiej „Fazie drugiej”, planach dotyczących Ligi Sprawiedliwości czy rebootu Batmana, o którym już krążą słuchy.

Zachodnie serwisy, choć nie wystawiają recenzji jednoznacznie negatywnych, noszą wyraźny rys krytyczny wobec niektórych aspektów MRP. Mimo wad wytykanych obu Mrocznym Rycerzom sądzę, że Nolanowi należy się szacunek – pokazał bowiem, że z kinem superbohaterskim można zrobić coś zupełnie innego niż do tej pory (z pewnością wielka w tym także zasługa postaci, która nie posiada supermocy). I nawet jeśli nie wpłynie na kino superbohaterskie pod względem stylistycznym, inni twórcy mogliby się od niego uczyć odwagi i kreatywności.

Czy Mroczny Rycerz słusznie uznawany jest za wielki (nawet jeśli niepozbawiony wad) film? Jak będzie wyglądała przyszłość kina superbohaterskiego? Zachęcam do wyrażenia opinii. A ja wrócę, jak już kurz po premierze opadnie i będzie można spokojnie porozmawiać o nowym Batmanie.