poniedziałek, 29 października 2012

Korpocthulhu

Doceniam wkład H.P. Lovecrafta w rozwój literatury grozy – jego dzieła doprowadziły do rozwoju zupełnie nowej estetyki i zupełnie nowych potworów – ale jednocześnie uważam, że sam w sobie nie jest specjalnie przerażający. Może dlatego, że nakreślona przez niego wizja świata metafizycznie pustego, gdzie egzystencja jest okrutnym żartem, a człowiek nic nie znaczącą drobinką kurzu, jest kompletnie niezgodna z tym, jak postrzegam rzeczywistość. Dlatego wydaje mi się, że z wymyślonymi przez Lovecrafta potworami można zrobić rzeczy dużo ciekawsze. Dobrym przykładem jest „Résumé z potworami” Williama Browninga Spencera.

Głównym bohaterem króciutkiej powieści jest Philip Kenan – czterdziestopięcioletni, nadwrażliwy pracownik małej firmy poligraficznej z poważnymi problemami. Prześladują go Lovecraftowskie potwory czające się w wielkich biurowcach i sprawujące kontrolę nad firmami i korporacjami. Starcie z nimi w poprzednim miejscu pracy doprowadziło do rozpadu związku Philipa z ukochaną, Amelią. Teraz więc próbuje on naprawić swoje relacje z kobietą i wyprostować życie, między innymi chodząc na terapię. Tymczasem jednak monstra spoza czasu i euklidesowej przestrzeni ciągle nie dają mu spokoju.

Świat wykreowany przez Spencera jest dla mnie autentycznie przerażający. Opisywane w tekście ulotki motywacyjne podkreślające, jak ważne są jedność z firmą i bezwzględna lojalność, przerabianie pracowników na ghule z nienaturalnym entuzjazmem wypełniające polecenia przez nieskończone godziny – wszystko to nosi wyraźny rys satyryczny, ale jest przy tym nieco zbyt bliskie prawdy. Potwierdza moje obawy, przypuszczenia i niektóre obserwacje dotyczące tego, jak wygląda praca we współczesnym świecie.

Trzeba jednak powiedzieć, że obraz ten jest dość niejednoznaczny, bo oparty o percepcję głównego bohatera, która, co bardzo łatwo stwierdzić, jest zaburzona problemami z psychiką. Popkultura lubi postać szaleńca, którego odmienne postrzeganie rzeczywistości pozwala obnażyć i skrytykować pewne mechanizmy – to zresztą kolejny temat, który ogromnie mnie interesuje. Łatwo jest jednak popaść w takim przedstawieniu w gloryfikację choroby psychicznej, która jest czymś innym niż szaleństwo rozumiane jako pewna kategoria kulturowa (warto zajrzeć do „Historii szaleństwa” Michela Foucaulta). „Résumé z potworami” rozwiązuje moim zdaniem ten problem w bardzo udany sposób. Sposób prowadzenia narracji jest niejednoznaczny i nie daje pewności, do jakiego stopnia obserwowane przez Philipa wypadki rzeczywiście mają miejsce, a do jakiego są jedynie jego wymysłem, ale zachowanie bohatera nie zyskuje żadnej taryfy ulgowej – urywany kontakt z rzeczywistością sprawia, że oddala się od niego ukochana (którą zdarza mu się zwyczajnie nachodzić i prześladować), przeżywa on również kolejne załamanie psychiczne. Ostatecznie więc wydaje się, że to nie ze światem jest coś nie tak, tylko z bohaterem, ale zwyczajne odwrócenie schematu i ujawnienie, że potwory i nieludzkość systemu są tylko jego wymysłem, byłoby również uproszczeniem i pójściem w schemat. Na szczęście autor znajduje jeszcze inną drogę, mniej jednoznaczną, ale w pełni satysfakcjonującą.

Niemałą rolę w zmaganiach Philipa odgrywa literatura. Książki – choć nie wszystkie, wyjątkowe – zapewniają bohaterowi ochronę przed potworami z nieznanych wymiarów (jeśli jesteście ciekawi, jakie to książki, to powiem tylko, że znajdują się wśród nich między innymi Kocia kołyska, Alicja w Krainie Czarów, Jakiś potwór tu nadchodzi i – co stwierdzam z radością – Tytus Groan). I, choć zdaniem Amelii jest odwrotnie, chyba podobnie działa też powieść, nad którą sam pracuje (inspirowana, bo jakże by inaczej, Lovecraftem). Nie będę zdradzał, jak się te zmagania kończą. Ale „Résumé z potworami” trafiło na moją listę książek ochronnych.

poniedziałek, 15 października 2012

This Books Is Full of Spiders, czyli książka na Halloween

Z jakiegoś powodu trudno mi znaleźć książki, które uznałbym za śmieszne. Nie wiem, czy tak mało ich powstaje, czy może moje poczucie humoru jest tak chore, że nikt takich rzeczy nie pisze (co by oznaczało, że sam musiałbym dla siebie pisać). Dlatego z tym większym apetytem rzuciłem się na książkę o przydługim tytule This Book Is Full of Spiders: Seriously, Dude, Don't Touch It, kontynuację równie interesująco nazwanego John Dies at the End – książki, która nie tylko bawiła do łez, ale też straszyła do... no cóż, chyba wiadomo, jaką reakcję fizjologiczną wywołuje strach.

Krótki wstęp wyjaśniający dla tych, którzy o serii jeszcze nie słyszeli: powieść była początkowo publikowana w odcinkach w Internecie, stopniowo zyskała sobie kultowy status, zainteresowało się nią wydawnictwo i została oficjalnie wypuszczona na rynek (to powinno pokrzepić wszystkich marzących o publikacji). John Dies at the End to historia dwóch przyjaciół mieszkających w niewielkim miasteczku, którzy pewnego dnia zażywają tajemniczy narkotyk nazywany „sosem sojowym”, który obdarza ich zdolnością dostrzegania nadnaturalnych istot i zjawisk. Po tym zdarzeniu stają się swego rodzaju ekspertami od dziwacznych zdarzeń, zabijają potwory i istoty rodem z twórczości Lovecrafta. Całość utrzymana jest w konwencji horroru klasy B, ze specyficzną mieszanką infantylnego humoru i naprawdę przerażającego (UWAGA, link do TV Tropes!) Body Horroru.

This Book Is Full of Spiders to kontynuacja JDatE, choć na upartego można ją przeczytać w zupełnym oderwaniu. Pomijając obecność kilku postaci i odniesień do wydarzeń z pierwszej części, powieść stanowi zamkniętą całość.

O ile w pierwszej części widać było czasami „odcinkowatość” – powieść momentami przypominała bardziej zbiór epizodów powiązanych luźno wątkiem przewodnim – o tyle TBIFoS jest zwarte i jednorodne. Całość podzielona została na trzy księgi, opisujące stopniowy rozwój czegoś, co technicznie można nazwać „apokalipsą zombie” (dlaczego „technicznie” – o tym za chwilę), która rozpoczyna się, gdy David Wong zostaje zaatakowany w swoim łóżku przez pająkopodobnego pasożyta. Potem jest już tylko gorzej. Każda część koncentruje się na jednym kluczowym wydarzeniu, a tytuły rozdziałów opisują, ile pozostało do niego czasu – niesamowicie podnosi to napięcie, zwłaszcza gdy wydarzenie to na przykład „Outbreak”. W kulminacyjnych momentach pojawiają się oczywiście niespodziewane cofnięcia w czasie. Innym świetnie wykorzystywanym zabiegiem jest przeskakiwanie między różnymi bohaterami – Davidem, jego dziewczyną Amy, oraz Johnem, który mimo że umarł na końcu, to jednak powraca (jest też jeden rozdział-niespodzianka, możliwe, że najlepszy w powieści, ale nie powiem, kogo dotyczy) – w chwilach, gdy dotychczas opisywana postać wpakuje się po uszy w szambo. Kompozycyjnie TBIFoS urywa tyłek.

Wspomniałem, że technicznie rzecz biorąc jest to apokalipsa zombie. No i faktycznie, choć nie mamy do czynienia z żywymi trupami, tylko ludźmi kontrolowanymi przez pasożyta wpełzającego do ust (ma nawet wyrostek naśladujący język!) i łączącego się z układem nerwowym, a następnie doprowadzającego do groteskowych mutacji ciała, to przebieg epidemii mocno przypomina to, do czego przyzwyczaiły nas filmy o zombie: całkowite odcięcie terenu, wkroczenie specjalnych rządowych jednostek (dość świeże jest to, że nie są one przedstawiane jako bezużyteczne ani złe, lecz wykonujące faktycznie potrzebną pracę, nawet jeśli nie do końca przygotowane na to, z czym walczą), rozpad społeczeństwa i stworzenie nowych hierarchii. Nie przepadam za tego rodzaju scenariuszami, ale tutaj wyjątkowo dobrze się bawiłem, w dużej mierze na pewno dzięki stylowi autora, ale nie tylko: Wong w bardzo interesujący sposób opisuje przebieg apokalipsy i to, jak ludzie postrzegają świat (jego artykuł na ten temat). Niczego nie upraszcza – antagoniści miewają słuszność, a bohaterowie popełniają katastrofalne pomyłki. Pozwala się przywiązać do bohaterów i oddziałuje na emocje (był taki moment blisko końca, kiedy lało mi się nie tylko z oczu, ale z nosa i ust też; to była niszcząca dawka emocji). A wszystko obficie polewa sosem grozy, iście lovecraftowskiej mitologii i teorii spiskowych.

No i humorem. Wrzuciłbym tutaj cytat, ale sami możecie przeczytać pierwsze 15 stron. Albo obejrzeć trailer.


Dwie rzeczy, które możecie zrobić w komentarzach:

1. Podzielcie się propozycjami książek na Halloween.

2. Polećcie mi jakąś śmieszną książkę.


***

Jeżeli nie dość Wam niepokojących i strasznych rzeczy do czytania, jeszcze raz polecę bloga Krypne Opowieści – pojawiło się tam parę nowych, ciekawych tekstów, między innymi Odwaga, opowiadanie o trudnej relacji i lovecraftowskich potworach (nie o trudnej relacji z lovecraftowskimi potworami, choć kto wie, może takie też się pojawi). Jeżeli Wam się spodoba, jest też strona na Fejsie, którą można polubić.

piątek, 5 października 2012

Przeczytane we wrześniu

Może tylko ja tak mam, ale dopiero po zakończeniu okresu przymusowego zapoznawania się z literaturą (nieco dłuższego niż przeciętnie ze względu na studia) poczułem wzrastający na nowo apetyt czytelniczy. Zakończone właśnie wakacje będę dobrze wspominał dobrze z kilku powodów, a jednym z nich jest właśnie to, że na nowo odkryłem, jak ogromną przyjemność może dawać czytanie książek. Z tej okazji postanowiłem podzielić się wybranymi książkami przeczytanymi w tym miesiącu oraz tym, co mi się w każdej z nich podobało. Jeżeli powrót na studia znowu nie uśpi mojej miłości do książek, będę takie notki pisał również później.


M. Chabon, The Amazing Adventures of Kavalier & Clay – zasadniczo bardzo rzadko czytam książki głównonurtowe, fantastyka opisuje świat w sposób, który jest mi dużo bliższy. Chabon uwiódł mnie przede wszystkim niesamowicie eleganckim stylem, barwnym i wyszukanym, ale nie popadającym w barokowe rozbuchanie. Poza tym: świetna kompozycja i narracja (trzecioosobowa wszechwiedząca, wyzyskana na maksa, jednym zdaniem odnoszącym się do przyszłości stawia aktualne działania bohaterów w zupełnie innym świetle), dużo pięknych i mądrych zdań o psychice bohaterów i życiu w ogóle. No i od pewnego czasu szczególnie silnie przemawiają do mnie teksty opowiadające o poszukiwaniu i osiąganiu wolności, a ta książka o tym właśnie jest, i nie tylko o tym, bo jeszcze o miłości, samotności i cierpieniu. Nie wspominając już o sporej dawce autoteliczności, opowiadania o samym procesie tworzenia. To wszystko sprawia, że Zdumiewające przygody… stanowią pełnowartościowy literacki posiłek, taki jak dziewiętnastowieczne powieści – ogromny, sycący (w przeciwieństwie do współczesnych fast foodowych cykli) i niesamowicie smaczny. Chabona będę jeszcze czytał.

A w ramach dodatku cytat: Sammy felt, that morning, with his ribs bruised and a wan flavor of chlorine at the back of his mouth, that he would rather not love at all than be punished for loving. He would have no idea how long his life would one day seem to have gone on; how daily present the absence of love would come to feel.

flix, Dziewczyny – na ogół to Ina kupuje tego rodzaju komiksy (obyczajowe, niezależne, o prostej, ale interesującej kresce) a ja je potem od niej pożyczam, sam natomiast zaopatruję się w nieco bardziej mainstreamowe pozycje na przykład z Vertigo. Tym razem jednak się skusiłem, bo ogromnie lubię historie spod znaku „chłopak spotyka dziewczynę, a potem chodzą sobie i rozmawiają” – kilka z moich ulubionych filmów (jak Przed wschodem słońca czy Między słowami) opiera się na takim właśnie schemacie fabularnym. Tutaj jest on zrealizowany w konwencji mocno komediowej, choć bliskość i szczerość bohaterów są zupełnie autentyczne. Ostatecznie wychodzi z tego zaskakująco poważna i mądra opowieść.

V. Woolf, Między aktami – oprócz wychodzenia poza czytelnicze przyzwyczajenia, postanowiłem ponadrabiać też trochę klasyki różnorakiej. Między aktami pożyczyłem na pierwszym salonie literackim (gorąco polecam ten pomysł) – z jakiegoś powodu umiejscawiałem sobie Virginię Woolf nieco wcześniej w czasie (nie mam pojęcia dlaczego!), więc sporym zaskoczeniem było to, jak bardzo ta proza jest modernistyczna. Zaskoczenie zdecydowanie pozytywne, należy dodać; ogromnie lubię zmiany punktów widzenia, zsubiektywizowaną narrację przechodzącą miejscami w strumień świadomości (to styl zupełnie inny niż u Chabona, który o swoich bohaterach pisze mocno „z zewnątrz”) i inne tego typu zabiegi. Zafascynowała mnie ta książka z jednej strony konkretnymi realiami historycznymi i ustosunkowaniem do przeszłości (te kwestie wyczuwałem raczej intuicyjnie, bo nie mam na ich temat wielkiej wiedzy, chętnie przeczytałbym jakieś opracowania na ten temat), a z drugiej duszną, krępującą atmosferą społecznych konwenansów, którą chyba każdy w różnych sytuacjach może odczuć.

W.S. Burroughs, Queer (polski tytuł: Pedał) – druga (w kolejności pisania, nie wydania) powieść Burroughsa, kontynuacja autobiograficznego Ćpuna, opowiada o jego życiu w Meksyku, homoseksualnym romansie i odstawieniu narkotyków. To taki pośredni etap w jego twórczości: stosunkowo prosty, autobiograficzny tekst, w którym jednak pojawiają się już dygresyjne opowieści, które zdominują później jego pisarstwo – mam wrażenie, że teraz lepiej rozumiem, na czym to polega, i chętnie wróciłbym teraz do Zachodniej krainy (no i w końcu chyba przyjdzie pora na Nagi lunch), żeby zobaczyć, jak się zmieni mój odbiór pod wpływem lektury Pedała. Bardzo interesujący jest również kontrast między tą powieścią a Ćpunem, widać bowiem wyraźną różnicę w sposobie kreacji głównego bohatera: William Lee na dragach jest wyczilowany i zdystansowany, bez dragów – roztrzęsiony, niepewny siebie, rozpaczliwie pragnący bliskości. Uderzający kontrast. Warto zwrócić jeszcze uwagę na przedmowę (dla niepoznaki umieszczoną na końcu) Burroughsa, która jest doskonałą demonstracją fascynującej techniki literackiej, czyli cut upu.

G.K. Chesterton, Powrót Don Kichota – Chesterton lubi w swoich powieściach zderzać ze sobą przeciwstawne idee i patrzeć, co z tego wychodzi. I chociaż zawsze widać wyraźnie, po której stoi stronie, to nigdy nie dokonuje uproszczeń, ba, czasami potrafi nawet znaleźć rzeczy łączące adwersarzy. Tak też się dzieje w tej powieści, w której ścierają się arystokraci pragnący powrotu czasów średniowiecznych oraz socjaliści. A ja tak mam z samym Chestertonem, z którym w wielu kwestiach głęboko się nie zgadzam, a w innych radośnie mu przytakuję. Ale dzięki temu zmusza do myślenia, nie wspominając już o tym, jakim jest fantastycznym gawędziarzem.

wtorek, 2 października 2012

Doctor Who s07e05: The Angels Take Manhattan

Z poczucia obowiązku wspomnę o SPOILERACH. Nie czytaj przed obejrzeniem piątego odcinka siódmego sezonu.



A więc pożegnaliśmy Pondów. Może nie z wykopem, ale na pewno ze łzami w oczach. Tym razem nie było żadnych bombastycznych ani też przerażających pomysłów, był za to autentyczny smutek. I w efekcie powstał chyba najlepszy odcinek tej połówki sezonu, odcinek, w którym wszystko było na miejscu. A jednocześnie trudno mi powiedzieć o nim wiele więcej, poza smutnym „Och, Pondowie”. Bo trudno pisać o emocjach, jakie wywołuje odejście dwójki ludzi, z którymi spędziło się ponad dwa lata (nawet, jeśli byli to ludzie nieprawdziwi) i obserwowanie takiego poświęcenia, jak w końcówce odcinka. Tego trzeba doświadczyć. Dlatego notka ta będzie dużo mniej koherentna niż poprzednie i ograniczę się po prostu do wspomnienia o kilku rzeczach, które zwróciły moją uwagę, w dość przypadkowej kolejności.


– Powtórzę jeszcze raz: cieszę się bardzo, że Moffat nie próbował przeładować tego odcinka genialnymi pomysłami i całość była podporządkowana pożegnaniu Amy i Rory'ego. Dzięki temu wszystko ze sobą świetnie grało.

– Anioły straszyły mało, a jeśli już, to w sposób dość standardowy. Mimo to za pomocą Winter Quay Moffatowi udało się w fantastyczny sposób przedstawić ich charakter, a ja uzmysłowiłem sobie, do czego sprowadza się ich charakter (może ktoś już na to kiedyś wpadł, ja dopiero teraz potrafię to właściwie opisać): Anioły są głodne. W pewnym sensie czyni je to przeciwnikami jeszcze prostszymi niż Dalekowie i Cybermeni, za których działaniami stoi jakaś ideologia. Samotni Zabójcy chcą się po prostu najeść i cały ich ogromny intelekt jest skierowany na zdobycie pożywienia. To drapieżnicy, którzy zastawiają pułapki (Winter Quay było niesamowicie pomysłową pułapką) i lubią się bawić swoimi ofiarami (to już widzieliśmy zresztą w piątym sezonie).

– Statua Wolności jest co prawda z metalu, a nie z kamienia, ale i tak rządziła. Ujęcie z nią było dla mnie najładniejszym kadrem w tym odcinku.

Only you could fancy someone in a book – nie, Rory, wcale nie.

– Świetne okulary, Amy.

– Czasami w odcinkach Moffata ma się wrażenie, że bohaterowie spędzają długie minuty na wymyślaniu błyskotliwych i dowcipnych tekstów, dzięki którym wyjdą na inteligentnych. W tym odcinku dialogi brzmią po prostu tak, jakby bohaterowie byli błyskotliwi, dowcipni i inteligentni. Bardzo mnie to ucieszyło.

He said: “I just went to get coffee for the Doctor and Amy. Hello, River.” –ten moment autentycznie wywoływał ciary.

Timey wimey stuff i motyw z książką były bardzo dobre (czy tylko ja myślałem, że wyrwane zakończenie umożliwi Doktorowi zmianę przyszłości?); paradoksalna natura Nowego Jorku i niemożność ponownego spotkania Doktora z Pondami trochę naciągnięte, ale nie takie rzeczy już akceptowaliśmy w tym serialu.

– River, kiedy akurat nie jest jedną z postaci, które silą się na dowcipy, jest fantastyczna.

You think you'll just come back to life? – When don't I?! – Rory jest najlepszy.

– TEN moment. Doskonały, z nieprzesadzonymi dialogami i świetną muzyką. Nawet zwolnione tempo działa, choć czasami potrafi zepsuć rzeczy dobre.

– Wszystko dobrze, wszyscy są uratowani (z wyjątkiem kolekcjonera Aniołów? ale kto by tam się nim przejmował) iii już nie.

– Moment, w którym Amy daje się dotknąć Aniołowi, przypomina mi Amy's Choice, jeden z moich ulubionych odcinków. Nie mogę tego nie lubić.

– Biedny Brian.


I w ten sposób dotarliśmy do końca podróży Pondów z Doktorem. Przez te trzy miesiące (czy tylko ja wolałbym 13 odcinków jednym ciągiem?) możemy się teraz pozastanawiać co dalej, kiedy wrócą Shakri i jak to będzie z Polami Trenzalore. Jedno jest pewne – duuużo się zmieni.


Och, Pondowie. Będę tęsknił.

wtorek, 25 września 2012

Doctor Who s07e04: The Power of Three

Oczywiście spoilery do najnowszego odcinka, więc nie czytaj, jeśli nie widziałaś/widziałeś jeszcze The Power of Three.


Moja tęsknota za erą Russella T. Daviesa została częściowo zaspokojona (choć nie do końca; zdecydowanie zamierzam wrócić do wcześniejszych sezonów) dzięki The Power of Three, który bardzo mocno kojarzył mi się z nieco ze starą Nową Serią. To chyba mój ulubiony odcinek, zaraz za Dinosaurs on a Spaceship (oba napisał zresztą, podobnie jak Pond Life, Chris Chibnall) i gdzieś w okolicach Asylum of the Daleks. Było tu wszystko, co lubię: świetna intryga (przynajmniej do pewnego momentu, ale o tym później), MNÓSTWO humoru i sporo emocjonalnych scen. Oraz tata Rory'ego.


Ménage à trois
Ten odcinek można opisać bardzo zwięźle i trafnie jako „pełnometrażową wersję Pond Life”, również skupia się bowiem na kontraście między dwoma równoległymi życiami Amy i Rory'ego: na Ziemi i na pokładzie TARDIS. Podobnie jak pierwsze cztery odcinki miniserii, ogląda się to niezwykle przyjemnie – ale jednocześnie jeszcze bardziej razi jej ostatni odcinek i wątek Pondów z Asylum of the Daleks; pomysł, że Amy zamiast porozmawiać z Rorym wolałaby doprowadzić do rozwodu, jest kompletnie nie z tej ziemi. Niestety nie w tym dobrym znaczeniu.

Drugim skojarzeniem, jakie mi się nasuwa, jest The Lodger – tutaj, podobnie jak tam, Doktor staje twarzą w twarz z Codziennością, choć tym razem wydaje się nią o wiele bardziej znudzony. Może to dlatego, że życie Amy i Rory'ego jest poukładane i nie wymaga naprawy. Przypuszczalnie również dlatego, że kostki nie chcą nic robić! (scena z „jak długo mnie nie było? Jakąś godzinę” jest świetna, aż się głośno roześmiałem). Do tego jeszcze dojdziemy.

The Power of Three koncentruje się jednak nie na Doktorze, a właśnie na jego towarzyszach i sytuacji, która odróżnia ich od wszystkich wcześniejszych. Zarówno Rose, jak i Martha oraz Donna nie miały do czego wracać, dopóki podróżowały z Doktorem, aż w końcu odchodziły od niego (na ogół nie z własnej woli) i zajmowały się życiem. Amy i Rory od końcówki ostatniego sezonu mają własne, zwyczajne życie, a jednocześnie ciągle podróżują z Doktorem. The Power of Three świetnie ukazuje nieprzystawalność tych dwóch światów (myślę, że to także jeden z powodów, dla których nie widzimy na przykład jak Doktor poznaje przyjaciół Pondów; poza tym jak to jest, że Rory może nie pokazywać się w pracy przez parę miesięcy i nie został jeszcze zwolniony? Musi być naprawdę dobrym pielęgniarzem). Drugą różnicą jest to, że czerpią satysfakcję z życia pozaTARDISowego, bez kosmitów, dlatego trudno im dokonać wyboru. Bardzo mi się podoba to, że traktują życie codzienne jako równie fajne (choć z innych powodów), co życie w TARDIS, choć jestem pewien, że podróżowanie z Doktorem miało na to duży wpływ.

Bardzo podobała mi się również rozmowa Doktora z Brianem. Angst z powodu losu towarzyszy (Donna :() wydaje mi się o wiele bardziej wiarygodny niż z powodu zła dokonywanego przez Doktora.

Powolna inwazja
Pomysł z masą czarnych kostek, które pojawiają się i nic nie robią, jest absolutnie rewelacyjny i genialny, zarówno jako motyw do wykorzystania w odcinku, jak i plan inwazji. Jestem przekonany, że bez problemów by się powiódł i że przebiegłby dokładnie tak, jak pokazano. Z jakiegoś powodu ten właśnie motyw skojarzył mi się z erą Russella T. Daviesa, chyba ze względu na to, że to właśnie za jego czasów często pojawiały się odcinki, w których coś dziwnego i pozaziemskiego pojawiało się współcześnie na Ziemi, z transmisjami telewizyjnymi i innymi takimi. Ten rodzaj fabuł w zasadzie zniknął od piątego sezonu (wyjąwszy otwierający piąty sezon The Eleventh Hour).

Te skojarzenia umocniło jeszcze pojawienie się UNIT-u z Kate Stewart, która na początku przypominała Yvonne Hartman z Torchwood 1, a później okazała się osobą zupełnie inną i absolutnie cudowną. Chcę jej więcej, to moja druga ulubiona postać w tym odcinku.

Pierwszą jest oczywiście Brian. Ktoś najwyraźniej wysłuchał moich modlitw o więcej Marka Williamsa w Doctorze Who. Wspomniana już scena z Doktorem malującym płot i podbijającym piłkę jest śmieszna, ale to właśnie Brian wprowadza najwięcej humoru i kradnie każdą scenę, w której się pojawia (najlepsza jest ta, w której zastanawia się, czym mogą być czarne kostki).

A wracając do intrygi: wszystko jest super aż do zakończenia, w którym nagle jak diabeł z pudełka wyskakuje Moffat ze swoimi mrocznymi zapowiedziami (a przynajmniej takie mam na razie przeświadczenie). Była legendarna Pandorica i zapadnięcie (upadek?) Ciszy, teraz są legendarni Shakti i Rozliczenie (wydaje się, że wiąże się z Polami Trenzalore i ogólnie mrocznymi zapowiedziami z końcówki poprzedniego sezonu – tam chyba była mowa o zebraniu się wszystkich żywych istot, co nasuwa silne skojarzenia z jakiegoś rodzaju Sądem Ostatecznym). Finał tego wątku zdecydowanie mi się nie podobał, bo nostalgiczny, daviesowski nastrój został nagle zastąpiony moffatowskim rozbuchaniem i zapowiedzą wyraźnego metaplotu.


Nie zmienia to jednak faktu, że The Power of Three jest dla mnie bardzo jasnym punktem sezonu. Właściwie to nie jestem pewien, czy nie przewyższa Dinosaurs on a Spaceship. Ciągle się waham.

Aha, czy ktoś wie, o co chodziło ze zmutowanymi pielęgniarzami, porywającymi ludzi? Bo nie wiem, czy to dziura fabularna, czy po prostu coś mi umknęło w trakcie oglądania.

poniedziałek, 24 września 2012

Publikacje

Dzisiaj trochę chwalenia się i innych.

Ukazał się numer specjalny czasopisma Maska, będący pokonferencyjną publikacją na temat „Superbohater – mitologia współczesności?” Znajduje się tam mój artykuł pod tytułem Przeciw komu i o co walczą „najdziwniejsi bohaterowie świata”? Normalność i odmienność w Doom Patrolu Granta Morrisona, a także kilkanaście innych tekstów analizujących mit superbohatera z różnych stron. Wersję papierową będzie można wkrótce znaleźć w siedzibie Katedry Porównawczych Studiów Cywilizacji UJ. Można także pobrać wersję elektroniczną.

Chcę też polecić bloga Krypne Opowieści, na którym czwórka młodych autorów i autorek publikuje swoje próby literackie. Niedawno ukazało się opowiadanie pod tytułem Lodowa układanka, do lektury którego pragnę zachęcić. Inne teksty też są warte uwagi (do moich ulubionych należą Świnia i Jednorożec).

wtorek, 18 września 2012

Doctor Who s07e03: A Town Called Mercy

Jesteśmy już za połową pierwszej połowy nowego sezonu Doctora Who – jeszcze tylko dwa odcinki, na kolejne znów trzeba będzie poczekać kilka miesięcy. Szczerze mówiąc nie wiem, czy mi się to podoba – pięć odcinków to ilość, która raczej zaostrza tylko apetyt, niż syci głód szalonych przygód w czasie i przestrzeni. Trzeba jednak przyznać, że zarówno Azyl Daleków, jak i dinozaury w kosmosie, dostarczały masy dobrej zabawy (i, w przypadku tego drugiego, również dawały trochę do myślenia). Na ich tle „Miasteczko zwane Mercy” wypada moim zdaniem trochę blado. Najpierw chcę napisać o kilku konkretnych rzeczach, potem będą ogólne wrażenia.


Doktor
Jeżeli wcześniej można jeszcze było mieć jakieś wątpliwości, to A Town Called Mercy musiało je ostatecznie rozwiać – w tym sezonie zajmujemy się ciemną stroną Doktora. Matt Smith świetnie gra wściekłego, bezwzględnego Doktora i zdecydowanie stanowił jasny punkt odcinka. Niestety wykonanie tego wątku wypada jak na razie słabiej niż podobny wątek realizowany za czasów Davida Tennanta. Wtedy Doktor posuwał się zdecydowanie dalej niż w tym odcinku czy w ogóle w tej serii i faktycznie można było odnieść wrażenie, że stacza się w otchłań (wystarczy przypomnieć sobie wydarzenia z The Runaway Bride). Trudno też przejąć się, kiedy Amy mówi: „Widzisz? Takie rzeczy się dzieją, kiedy zbyt długo podróżujesz sam", skoro cały czas oglądamy Doktora w towarzystwie Pondów. Znów, o wiele wiarygodniejsze były ostatnie odcinki z Tennantem, kiedy faktycznie obserwowaliśmy Doktora podróżującego samotnie. Już w poprzednim sezonie miałem wrażenie, że mówi się nam, że Doktor posuwa się za daleko, ale nigdy się tego tak naprawdę nie pokazuje. Teraz to wrażenie coraz bardziej się nasila i aż wzbiera we mnie ochota, żeby powrócić do Waters of Mars, Daleka czy innych odcinków z ery RTD.

Nie podobał mi się również sposób, w jaki Amy ostatecznie nakłoniła Doktora do tego, żeby odpuścił, głównie dlatego, że kwestia „Nie możemy być tacy jak on. Musimy być lepsi” jest tutaj tylko i wyłącznie wygodną kliszą. Miło by było usłyszeć coś mniej oklepanego. (Pominę fakt, że stanowisko Amy trąci hipokryzją, kiedy przypomnimy sobie, co zrobiła Madame Kovarian w finale poprzedniego sezonu).


Drugi Doktor
Tym razem Doktor staje naprzeciw zdecydowanie bardziej skomplikowanego przeciwnika, niż w zeszłym tygodniu. Jex, doktor prowadzący badania na członkach swojej rasy i zamieniający ich w uzbrojonych cyborgów, jest z jednej strony równie odrażający, co Solomon, a z drugiej – wyposażony w cechy, które czynią go sympatycznym. Mam jednak wrażenie, że te dwie twarze nie współgrają ze sobą zbyt dobrze. Najpierw Jex jest cyniczny, wyrachowany, i kpiący, a także mocno przekonany o słuszności swoich czynów, później nagle okazuje się, że prześladują go zbrodnie dokonane w przeszłości. Nie w pełni mnie to przekonuje, choć można wysunąć tezę, że na tę zmianę wpłynęło poświęcenie szeryfa (idealistycznego do granic naiwności), który wierzył w dobro ukryte w Jeksie.


To tyle, jeśli chodzi o rzeczy, które wydały mi się w jakiś sposób problematyczne. Reszta odcinka nie wywarła na mnie specjalnego wrażenia. Brakowało tu wyrazistych postaci, na miarę Oswin czy Solomona, za dużo też było mówienia o zbrodniach (zamiast ich pokazywania), żeby centralny konflikt rodził jakieś emocje. Z zaintrygowaniem czekam na przyszły tydzień – o następnym odcinku wiemy chyba najmniej z całej piątki, więc ciekawość jest siłą rzeczy dużo silniejsza.