Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 czerwca 2013

Cztery rzeczy, które podobały mi się w NOS4A2 (i jedna, która mi się nie podobała)

Joe Hill jest jednym z moich ulubionych autorów, co więcej, napisał Rogi – jedną z najważniejszych książek, jakie przeczytałem („ważność” to kategoria wysoce subiektywna, a przy tym inna niż „dobrość”). Możecie więc sobie wyobrazić, z jakim napięciem wyczekiwałem na jego kolejną powieść, NOS4A2. W końcu się doczekałem, pochłonąłem ją w kilka dni i co? To nie jest może książka ważna (książki ważne zdarzają się jednak dość rzadko), ale na pewno bardzo dobra i świetnie uwydatnia cechy pisarstwa Hilla, które u niego cenię. I jedną, za którą przepadam mniej. Ta notka będzie więc o książce, ale i o twórczości pisarza w ogóle.

Co mi się podoba:


1. Dyscyplina językowa

Po prostu: Hill wie, co chce napisać, każde zdanie ma osiągnąć konkretny efekt i całość jest dokładnie przemyślana. Widać to chociażby w porównaniach, które rzadko są przypadkowe – umieszczona gdzieś w połowie książki wzmianka o tym, że położony na przedmieściach domek wygląda, jakby pieczono w nim imbirowe ciasteczka, wywoła w Was ciarki. To puszczenie oka do widza: Ty już wiesz, co się szykuje, ale bohaterowie jeszcze nie. Ironia dramatyczna mocno podnosi napięcie i Hill wyraźnie lubuje się w jej używaniu (mnóstwo przykładów można znaleźć w Locke & Key).

To językowe wyważenie uświadomiłem sobie szczególnie silnie, gdy wkrótce potem czytałem Telegraph Avenue Michaela Chabona, dla którego każda okazja, nieważne, jak błaha, jest dobra, by zabłysnąć rozbudowanym porównaniem – nawet opis czerwonej nakrętki na tubce SuperGlue. Co czasem jest nawet fajne (jeśli nie popada się w przesadę), ale jednak pragmatyzm Hilla bardziej mi odpowiada.

Rys. Gabriel Rodriguez (który pracuje z Hillem również przy Locke & Key).



2. Obrazowanie

Było o porównaniach, pora na metafory, ale te większe, organizujące cały tekst, będące nośnikami istotnych treści i często połączone z występującymi w danej powieści elementami fantastycznymi. Hill zawsze potrafi znaleźć niezwykle ekspresywne obrazy i było to widać już w opowiadaniach: „chłopiec budzi się i odkrywa, że zamienił się w gigantyczną szarańczę”; „chłopiec przyjaźni się z chłopcem, który jest nadmuchiwany”. W Pudełku w kształcie serca takim obrazem jest Nocna Droga, w Rogach... zgadnijcie. W NOS4A2 pojawiają się dwa takie wyraziste obrazy, związane zresztą z antagonistą i protagonistką. Pierwszy zostawię na razie na boku, drugi natomiast – to zdezelowany, drewniany most Vic McQueen. Dziewczyna (a potem kobieta), przejeżdżając po nim rowerem, trafia tam, gdzie chce trafić, znajduje to, co chce znaleźć, nieważne, ile mil od domu. To jak intuicja, która prowadzi człowieka w stronę tego, czego najbardziej potrzebuje, przynajmniej w młodości. Z biegiem lat zaczynają pojawiać się wątpliwości i korzystanie z tego daru staje się coraz trudniejsze. Ta interpretacja ma jednak swoje granice, bo samo przywołanie mostu ma swoją cenę – o czym przekona czytelników i Vic pewna bibliotekarka.

Ogromnie ciekawe wydaje mi się też to, jak Hill nawiązuje do swoich poprzednich powieści – które, jak się zdawało, rozgrywały się w oddzielnych uniwersach – i tworzy coś w rodzaju zunifikowanej teorii pola, która wszystkie jego większe teksty łączy (podobnie jak niektóre powieści Pewnego Znanego Twórcu Horroru, choć dopatrywałbym się tutaj raczej oficjalnego – wreszcie! – przyznania się do pokrewieństwa) w jedną całość i służy wręcz jako autorski autokomentarz. Nie wyjaśnię, w jaki sposób Hill to robi, ale zabieg ten również jest bardzo obrazowy.

Fot. Karina Graj.



3. Bohaterowie

Bohater to dla mnie zawsze najważniejszy element składowy powieści. Książki Hilla doskonale odpowiadają moim potrzebom: jego teksty opowiadają o bohaterach, których można zrozumieć i polubić, a którzy jednocześnie są głęboko niedoskonali – to dobrzy ludzie, którym przytrafiły się złe rzeczy, którzy podjęli niewłaściwe decyzje – a my obserwujemy, jak próbują poskładać się na nowo do kupy.

Nie inaczej jest w NOS4A2. Vic McQueen dorastała w nieszczęśliwej (a później rozbitej) rodzinie i próbując od niej uciec podjęła kilka niewłaściwych wyborów, z których najgorszym była próba stawienia czoła Charliemu Manksowi. Vic udało się przetrwać spotkanie z Manksem, ale jego cień wlecze się za nią jeszcze długo. Właściwie to od niego zaczyna się jej choroba, w której znaczącą rolę odgrywa wątek nadnaturalny, ale błędem byłoby do niego wszystko sprowadzać. Bo NOS4A2 to historia o zmaganiu się z problemami psychicznymi, o ich wpływie na życie rodzinne; o tym wreszcie, jak pomocną rolę może w tym zmaganiu odgrywać sztuka. W kątach naszej kultury ciągle pokutuje mit artysty cierpiącego, który musi pozostawać nieszczęśliwy, by móc tworzyć; z tym mitem Hill rozlicza się bez żadnych sentymentów – twórczość pomaga w walce z cierpieniem, mówi, ale cierpienie nie jest warunkiem sine qua non dla powstawania sztuki.

No i uwaga warsztatowa: ogromnie podoba mi się łatwość, z jaką Hill kreuje bohaterów – z jednej strony natychmiast rozpoznawalnych i zapadających w pamięć dzięki kilku wyrazistym cechom (Maggie: jąkająca się punkowa bibliotekarka; Lou: otyły nerd o złotym sercu), z drugiej – ani na chwilę nie przestają być ludźmi z krwi i kości.

Rys. Gabriel Rodriguez.
Fot. Karina Graj.



4. Zło

Zło u Hilla wydaje się absolutnie przyziemne, a zarazem ma w sobie posmak czegoś nieludzkiego. Jak w Rogach, gdzie bohater poznawał niechlubne sekrety mieszkańców niewielkiego miasta, a zarazem konfrontował się z całkowitą obcością procesów myślowych mordercy Merrin. Tutaj jest podobnie – Vic styka się ze złem toksycznej rodziny, by potem stawić czoło całkowicie wypranemu z uczuć Charliemu Manksowi i jego pomagierowi – Gasmask Manowi.

Czy oba ta zła są sobie równoważne? Bynajmniej. Pierwsze wynika z ludzkiej natury – ludzie wpadają w gniew, czują się bezradni, słabi, popełniają błędy – i unieszczęśliwiają w ten sposób innych. Drugie zło, to prawdziwie nie-ludzkie, jest owocem braku empatii. To brak empatii czyni z ludzi potwory i wątek ten jest obecny u Hilla właściwie od początku, choć w Pudełku w kształcie serca nie zarysował go jeszcze tak wyraźnie jak w kolejnych książkach. Rozdziały poświęcone Gasmask Manowi mocno przypominają część Rogów opowiadającą o głównym antagoniście. No i jest jeszcze Charlie Manx, który w swoim odczuciu czyni dobro, porywając dzieci do Świątecznej Krainy, gdzie każdy wieczór to Wigilia Bożego Narodzenia, a bycie nieszczęśliwym jest wbrew prawu, chroni je przed „złymi” rodzicami. Jednocześnie jednak, sprawiając, że przez cały czas tylko dobrze się bawią, odbiera im empatię, a w rezultacie czyni je takimi samymi potworami, jak on sam.

Żeby domknąć ten temat, wspomnę o wyraźnym podtekście mizoginistycznym – kiedy Charlie Manx porywa dzieci, odbiera je przede wszystkim matkom (do tego kilka komentarzy świetnie pokazuje jego stosunek do kobiet), Gasmask Man widzi je przede wszystkim jako narzędzie zaspokajania swoich potrzeb, w podobny, uprzedmiotawiający sposób myśleli o nich także antagoniści dwóch poprzednich powieści Hilla. Tym bardziej satysfakcjonujące jest to, że w NOS4A2 wreszcie to kobieta uzyskuje status głównej bohaterki i sama może się zmierzyć z prześladowcami.

Fot. Karina Graj.


5. Co się nie podoba

Jedyna uwaga negatywna należy do kategorii „warsztatowych” i jest mocno subiektywna. Czujcie się ostrzeżeni.

Uwaga ta dotyczy zakończenia. W NOS4A2, podobnie jak w większości swoich tekstów, Hill z powodzeniem łączy wątki obyczajowe z fantastyką i horrorem. Opisy życia niezbyt szczęśliwej nastolatki z niezbyt szczęśliwej rodziny mieszają się z porwaniami, starciami pełnymi przemocy i odkrywaniem magicznych rejonów rzeczywistości. Że w końcówce brakuje tego pierwszego elementu, da się jeszcze wyjaśnić – w końcu to punkt kulminacyjny, rozwałka musi być. Jest to jednak trzecie starcie Vic z Charliem Manksem i trochę już nuży walka ograniczająca się w gruncie rzeczy do fizycznego unicestwienia. W poprzednich powieściach udawało się jakoś ten problem rozwiązać – na przykład w Rogach pod koniec pojawia się scena wyjaśniająca, skąd główny bohater wziął tytułowy atrybut, która powaliła mnie na łopatki i pozwoliła bez znudzenia przebrnąć finałową walkę. Tutaj zabrakło albo takiej bomby, albo pomysłu na nieszablonowe rozwiązanie konfliktu – wracam myślami do The Thousand Autumns of Jacob de Zoet Davida Mitchella, które Hill bardzo sobie chwalił (i którym trochę się inspirował), wspominam rozwiązanie problemu głównego złego i myślę, że szkoda, że inspiracja nie poszła o kroczek dalej. Z drugiej strony muszę przyznać, że mieszanie obyczajowego zacięcia z estetyką i konwencjami horroru stanowi o wielkim uroku twórczości potomka Stephena Kinga, więc może nie ma na co narzekać.

Jak łatwo się domyślić, to wcale nie oznacza, że książki nie należy czytać, szczególnie, jeśli chętniej niż ja łykacie sceny walki ze złem wszelakim, a jeśli lubicie mieszankę horroru z wątkami obyczajowymi, to trudno znaleźć coś lepszego. I tylko ostrzegę Was na koniec – piosenki świąteczne po lekturze NOS4A2 nie będą już nigdy takie same.

Rys. Gabriel Rodriguez.
Fot. Karina Graj.

środa, 7 listopada 2012

Skok w myślodsiewnię. Locke & Key vol. 5: Clockworks

Gdyby Harry Potter był horrorem, wyglądałby mniej więcej jak Locke & Key, komiksowy cykl jednego z moich ulubionych twórców, Joe Hilla.

Locke & Key to historia trójki rodzeństwa, Tylera, Kinsey i Bode'a, którzy po tym, jak ich ojciec został zamordowany, przenoszą się z matką do jego rodzinnego domu w miasteczku Lovecraft w stanie Massachusetts. Posiadłość o nastrojowej nazwie Keyhouse jest z pozoru zupełnie zwyczajna, ale szybko okazuje się, że poukrywano w niej całą masę magicznych kluczy. Jeden z nich sprawia, że dusza człowieka opuszcza ciało. Inny pozwala grzebać ludziom w głowach (zupełnie dosłownie) i wyciągać z nich wspomnienia albo wkładać różne rzeczy. Jeszcze inny pozwala zmienić płeć. To tylko trzy przykłady, innych jest mnóstwo i ich możliwości są przez Hilla do oporu wykorzystywane, żeby wprowadzać gwałtowne zwroty akcji. Oczywiście oprócz kluczy są też tajemnice (na przykład: jaki związek z kluczami ma śmierć ojca rodziny? i co znajduje się za Czarnymi Drzwiami?), oraz Zło, tym bardziej przerażające, że skrywa się pod wyjątkowo przekonującym przebraniem (i tym bardziej dla mnie fascynujące, że to kolejny czarny charakter, obok Voldemorta, który jest ewidentnie inspirowany Steerpike'iem z cyklu Gormenghast).

Oprócz podszytych grozą wątków fantastycznych są tu również trudne relacje i problemy rodziny dotkniętej potworną stratą (i tutaj Hill robi coś, co uwielbiam – wykorzystuje motywy fantastyczne do powiedzenia czegoś o swoich bohaterach; najbardziej przejmującym przykładem jest chyba rozdział „Beyond Repair” kończący trzeci tom), a czasami również kwestie obyczajowe.

Seria ukazuje się w zeszytach, które jednak składają się na stanowiące spójne całości tomy (zaplanowane niezwykle drobiazgowo – akcję tomu piątego zapowiada pojedynczy panel w tomie drugim). „Clockworks” jest przedostatni i pełni w całej historii funkcję podobną, jak szósta część Harry'ego Pottera albo piąty sezon Zagubionych – to ten moment, w którym dowiadujemy się, o co tak naprawdę chodzi i jakie wypadki miały miejsce, nim główni bohaterowie wkroczyli na scenę w pierwszej części (myślę zresztą, że podobieństw do obu serii znalazłoby się więcej). Oczywiście okrutnie retarduje to akcję po chorym cliffhangerze kończącym tom poprzedni. Pierwszy zeszyt cofa się do roku 1775 i pokazuje jak i czemu powstały Czarne Drzwi i magiczne klucze. Drugi, zatytułowany „SMASH!”, na chwilę wraca do współczesności, żeby popchnąć akcję do przodu o jeden krok potrzebny, by zamienić oczekiwanie na zakończenie w absolutnie piekło. Kolejne cztery zaś opowiadają historię ojca Tylera, Kinsey i Bode'a oraz jego przyjaciół, tłumacząc, skąd się wziął główny czarny charakter serii. Więcej satysfakcji rodzi tutaj poznawanie odpowiedzi na nurtujące do tej pory pytania niż napięcie związane z tym, co się wydarzy (bo z dotychczasowej lektury wiemy, do czego to doprowadzi) – choć Hill potrafi nawet nieznane do tej pory postacie napisać tak, że ich los nas obchodzi i mamy nadzieję, że jednak unikną śmierci.

„Clockworks” to kolejna fascynująca (i trochę frustrująca) część świetnie napisanej komiksowej serii, nieco bardziej rozrywkowej niż powieści Hilla (a może to większa niż zwykle domieszka fantasy rodzi takie wrażenie), ale nie mniej oddziałująca na emocje, pełna bohaterów, z którymi można się silnie zżyć – jak w każdym dobrym cyklu.

poniedziałek, 15 października 2012

This Books Is Full of Spiders, czyli książka na Halloween

Z jakiegoś powodu trudno mi znaleźć książki, które uznałbym za śmieszne. Nie wiem, czy tak mało ich powstaje, czy może moje poczucie humoru jest tak chore, że nikt takich rzeczy nie pisze (co by oznaczało, że sam musiałbym dla siebie pisać). Dlatego z tym większym apetytem rzuciłem się na książkę o przydługim tytule This Book Is Full of Spiders: Seriously, Dude, Don't Touch It, kontynuację równie interesująco nazwanego John Dies at the End – książki, która nie tylko bawiła do łez, ale też straszyła do... no cóż, chyba wiadomo, jaką reakcję fizjologiczną wywołuje strach.

Krótki wstęp wyjaśniający dla tych, którzy o serii jeszcze nie słyszeli: powieść była początkowo publikowana w odcinkach w Internecie, stopniowo zyskała sobie kultowy status, zainteresowało się nią wydawnictwo i została oficjalnie wypuszczona na rynek (to powinno pokrzepić wszystkich marzących o publikacji). John Dies at the End to historia dwóch przyjaciół mieszkających w niewielkim miasteczku, którzy pewnego dnia zażywają tajemniczy narkotyk nazywany „sosem sojowym”, który obdarza ich zdolnością dostrzegania nadnaturalnych istot i zjawisk. Po tym zdarzeniu stają się swego rodzaju ekspertami od dziwacznych zdarzeń, zabijają potwory i istoty rodem z twórczości Lovecrafta. Całość utrzymana jest w konwencji horroru klasy B, ze specyficzną mieszanką infantylnego humoru i naprawdę przerażającego (UWAGA, link do TV Tropes!) Body Horroru.

This Book Is Full of Spiders to kontynuacja JDatE, choć na upartego można ją przeczytać w zupełnym oderwaniu. Pomijając obecność kilku postaci i odniesień do wydarzeń z pierwszej części, powieść stanowi zamkniętą całość.

O ile w pierwszej części widać było czasami „odcinkowatość” – powieść momentami przypominała bardziej zbiór epizodów powiązanych luźno wątkiem przewodnim – o tyle TBIFoS jest zwarte i jednorodne. Całość podzielona została na trzy księgi, opisujące stopniowy rozwój czegoś, co technicznie można nazwać „apokalipsą zombie” (dlaczego „technicznie” – o tym za chwilę), która rozpoczyna się, gdy David Wong zostaje zaatakowany w swoim łóżku przez pająkopodobnego pasożyta. Potem jest już tylko gorzej. Każda część koncentruje się na jednym kluczowym wydarzeniu, a tytuły rozdziałów opisują, ile pozostało do niego czasu – niesamowicie podnosi to napięcie, zwłaszcza gdy wydarzenie to na przykład „Outbreak”. W kulminacyjnych momentach pojawiają się oczywiście niespodziewane cofnięcia w czasie. Innym świetnie wykorzystywanym zabiegiem jest przeskakiwanie między różnymi bohaterami – Davidem, jego dziewczyną Amy, oraz Johnem, który mimo że umarł na końcu, to jednak powraca (jest też jeden rozdział-niespodzianka, możliwe, że najlepszy w powieści, ale nie powiem, kogo dotyczy) – w chwilach, gdy dotychczas opisywana postać wpakuje się po uszy w szambo. Kompozycyjnie TBIFoS urywa tyłek.

Wspomniałem, że technicznie rzecz biorąc jest to apokalipsa zombie. No i faktycznie, choć nie mamy do czynienia z żywymi trupami, tylko ludźmi kontrolowanymi przez pasożyta wpełzającego do ust (ma nawet wyrostek naśladujący język!) i łączącego się z układem nerwowym, a następnie doprowadzającego do groteskowych mutacji ciała, to przebieg epidemii mocno przypomina to, do czego przyzwyczaiły nas filmy o zombie: całkowite odcięcie terenu, wkroczenie specjalnych rządowych jednostek (dość świeże jest to, że nie są one przedstawiane jako bezużyteczne ani złe, lecz wykonujące faktycznie potrzebną pracę, nawet jeśli nie do końca przygotowane na to, z czym walczą), rozpad społeczeństwa i stworzenie nowych hierarchii. Nie przepadam za tego rodzaju scenariuszami, ale tutaj wyjątkowo dobrze się bawiłem, w dużej mierze na pewno dzięki stylowi autora, ale nie tylko: Wong w bardzo interesujący sposób opisuje przebieg apokalipsy i to, jak ludzie postrzegają świat (jego artykuł na ten temat). Niczego nie upraszcza – antagoniści miewają słuszność, a bohaterowie popełniają katastrofalne pomyłki. Pozwala się przywiązać do bohaterów i oddziałuje na emocje (był taki moment blisko końca, kiedy lało mi się nie tylko z oczu, ale z nosa i ust też; to była niszcząca dawka emocji). A wszystko obficie polewa sosem grozy, iście lovecraftowskiej mitologii i teorii spiskowych.

No i humorem. Wrzuciłbym tutaj cytat, ale sami możecie przeczytać pierwsze 15 stron. Albo obejrzeć trailer.


Dwie rzeczy, które możecie zrobić w komentarzach:

1. Podzielcie się propozycjami książek na Halloween.

2. Polećcie mi jakąś śmieszną książkę.


***

Jeżeli nie dość Wam niepokojących i strasznych rzeczy do czytania, jeszcze raz polecę bloga Krypne Opowieści – pojawiło się tam parę nowych, ciekawych tekstów, między innymi Odwaga, opowiadanie o trudnej relacji i lovecraftowskich potworach (nie o trudnej relacji z lovecraftowskimi potworami, choć kto wie, może takie też się pojawi). Jeżeli Wam się spodoba, jest też strona na Fejsie, którą można polubić.