Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gilbert k. chesterton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gilbert k. chesterton. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 października 2013

Na marginesach. Peake, Chesterton, Ackroyd

Mervyn Peake, Mr Pye
Tę książkę powinni przeczytać ludzie, którzy śmiertelnie poważnie traktują sprawy religii oraz autorytety – nie tylko religijne.

Na wyspę Sark przybywa pan Pye: korpulentny, uśmiechnięty starszy mężczyzna. Pan Pye ma jasno nakreślony cel: chce nawrócić wszystkich mieszkańców wyspy na religię miłości, wiarę w Wielkiego Przyjaciela (gdybym miał tę powieść przetłumaczyć, korciłoby mnie wprowadzenie „Wielkiego Ziomka”). To szczytny cel, a sam bohater to człowiek mądry i dobry, którym kierują najszlachetniejsze pobudki. A jednak jest coś niepokojącego w jego misjonarskim zapale, w tym, jak podchodzi kolejnych ludzi i ugniata ich jak plastelinę, by przemodelować w coś lepszego.

Wielkiemu Przyjacielowi chyba też nie do końca się to podoba, bo zsyła panu Pye'owi szczególny dar. Nie zdradzę jaki, bo pomysł jest wprost przepyszny; powiem tylko, że podejrzewam jednego z moich ulubionych pisarzy o przeczytanie tej książki i zainspirowanie się nią podczas pisania swojej powieści. Od tego momentu bohater gorączkowo próbuje się zaprzeć czynionego przez siebie dotychczas dobra, co jednak wywołuje kolejne komplikacje i skutki zgoła inne niż przewidywane. Bardzo trudno w tym, co się dzieje, odkryć sens, łatwe odpowiedzi z góry nie zostają udzielone ani czytelnikowi przez autora, ani panu Pye'owi przez jego Wielkiego Przyjaciela – a jednak ten ani przez nie przestaje szukać. To poruszający obraz wiary, która pogłębia się dzięki zwątpieniu (ale nie bójcie się, Peake jak zwykle przeplata patos z absurdem i groteską, dzięki czemu można jedną stronę czytać z sercem w gardle i łzami w oczach, a potem zaśmiać się nagle z powodu niedorzeczności tego, co się dzieje).

Jednocześnie (co nie powinno być zaskoczeniem dla nikogo, kto czytał na przykład cykl Gormenghast) Peake zajmuje wyraźnie stanowisko antyautorytarne (oczywiście w to mi graj!). Misja pana Pye'a jest chwalebna, ale metoda niewłaściwa, choć na pozór nie ma żadnej lepszej. Chcąc przemienić ludzi, można do nich wychodzić albo z pozycji autorytetu (tak się dzieje na początku), co prowadzi do swoistej duchowej dyktatury, albo z pozycji głupca – co sprawi, że nikt nie posłucha. I w ten sposób zadanie pana Pye'a wydaje się być skazane na porażkę, bo w obronie własnej duszy musi przejść od jednej roli do drugiej. A jednak – na przynajmniej jednej osobie jego nauki wywarły niezatarte wrażenie i, co najciekawsze, była to jedyna osoba, która nie poddała się jego wpływowi, która od początku przyglądała się jego działaniom z zainteresowaniem, ale i sceptycznym uśmiechem. Bardzo to zastanawiające.

***

Gilbert K. Chesterton, The Man Who Was Thursday (polski tytuł: Człowiek, który był Czwartkiem)
Czytanie Chestertona to u mnie zawsze skomplikowany proces. Najpierw jest frustracja, irytacja, i złość, kiedy autor zarysowuje podstawowy konflikt; konflikt, w którym postawy wydają się uproszczone, a sam Chesterton ewidentnie sprzyja jednej ze stron. Później przychodzi stopniowo zrozumienie, kiedy wyjaśnia się, o co tak naprawdę chodzi. Wreszcie: jest czas na pełne szacunku uznanie, kiedy dochodzi do rozwiązania. Bo Chesterton ma na tyle jasny osąd etyczny, że każdej ze stron potrafi oddać sprawiedliwość. Nawet jeśli nie zgadzam się z nim czasem w szczegółach, to w ogólnym rozrachunku czuję się usatysfakcjonowany.

Tak było w przypadku Powrotu Don Kichota, i tak też się miały sprawy, gdy czytałem Człowieka, który był Czwartkiem. Z jednej strony mamy anarchistów chcących zniszczyć świat(!), z drugiej policjanta, który przenika w ich szeregi, by udaremnić ich plany. Równie oczywisty jak to, że będę sympatyzował z anarchistami (bo anarchia byłaby świetna, gdyby tylko była możliwa), był dla mnie fakt, że Chesterton stanie po stronie Gabriela Syme'a, policjanta.

W trakcie lektury musiałem jednak wziąć poprawkę na kilka czynników. Po pierwsze fakt, że anarchiści w czasach Chestertona byli rzucającymi bomby terrorystami. Po drugie: że Chestertonowcy anarchiści nie są właściwie anarchistami, tylko raczej nihilistami, a co z tego wynika: że konflikt w co najmniej równym stopniu jak prawa i bezprawia dotyczy wiary w sens lub bezsens wszechświata. W takiej sytuacji z ciężkim sercem musiałem również opowiedzieć się za dzielnymi policjantami.

Osłodził mi to nieco fakt, że ta powieść to czystej wody conspiracy fiction – tak jak wspaniała trylogia Illuminatus!, tak jak The Invisibles ogromnie przeze mnie cenionego Granta Morrisona. No, może nie całkiem czystej, ale z wizją świata, w której nikt nie jest tym, kim się wydaje, w pełni charakterystyczną dla gatunku. I chociaż w którymś momencie jasna stała się dla mnie większość fabularnych twistów, to zupełną niespodzianką był zwrot w stronę religijnej alegorii tłumaczącej między innymi naturę zła. O dziwo – pasuje do reszty książki wyśmienicie i jak zwykle cieszy oko wyobraźni: Chesterton często wykłada swoje koncepcje za pomocą pięknych, barwnych metafor (patrz: kula i krzyż w Kuli i krzyżu) i tutaj jest tak samo. Poleciłbym gorąco osobom zainteresowanym religią, szczególnie chrześcijaństwem, ale wszyscy chrześcijanie już pewnie Chestertona dobrze znają. Niezainteresowanym polecam, jeśli szukają dobrze napisanej, mądrej książki z niezwykle jasną, dobrą wizją świata. Parafrazując tytuł zbiorku pewnego dość ponurego autora science fiction: świetna odtrutka na pesymizm.

(Źródło: gutenberg.org)

***
Peter Ackroyd, The Plato Papers (polski tytuł: Rękopis Platona)
Czasami do najprostszych pomysłów potrzeba niebagatelnego umysłu, żeby nie powiedzieć: geniuszu, i myślę, że tak też było z Rękopisem Platona. Powieść ta to w pewnym sensie science fiction, ale bardzo specyficzne – gatunek ten patrzy na ogół w przyszłość, tworząc wizje świata zaawansowanego technicznie i wspartego na solidnym fundamencie nauk przyrodniczych. A tutaj dominuje spojrzenie w przeszłość, sztuka i filozofia, zaś wiodącą prym nauką jest historia.

Ackroyd przedstawia niedoskonałości naszego własnego spojrzenia na historię analizując sposób, w jaki o naszej epoce myślą ludzie(?) przyszłości. A myślą z rozbawieniem, niedowierzaniem i pewną dozą politowania; okolice dwudziestego stulecia po Chrystusie to dla nich Mroczne Wieki, epoka niedorzecznych przesądów i wierzeń (na przykład w okrągłą Ziemię okrążającą Słońce). W tak zwanym międzyczasie nastąpił całkowity rozłam, totalne przesunięcie paradygmatów, wyrażające się załamaniem najbardziej podstawowych praw fizyki – dla nowej (oczywiście oświeconej) epoki nauki przyrodnicze stały się całkowicie bezużyteczne.

Powrócili za to mówcy i jednym z nich jest tytułowy Platon (który ma równie wiele wspólnego ze swoim antycznym imiennikiem, co z Sokratesem). Zadaniem Platona jest gromadzenie informacji o przeszłości – informacji rekonstruowanych na podstawie szczątkowych przesłanek – i opowiadanie o niej innym mieszkańcom miasta. Jego koncepcje czasem mają trafność satyry, innym razem w niezwykle zabawny sposób przeinaczają fakty (np. „literature_: a word of unknown provenance, generally attributed to ‘litter’ or waste”) i przy okazji każą nam się zastanowić nad ułomnościami naszych własnych rekonstrukcji przeszłości. Inne ważne pytanie dotyczy roli historyka w społeczeństwie: początkowo mowy Platona wywołują w słuchaczach rozbawienie i ulgę – słuchanie o przerażających warunkach życia w przeszłości wzmaga zadowolenie z epoki, w której sami żyją. Stopniowo jednak wydźwięk oracji się zmienia, Platon stara się wzbudzić w swojej publiczności poczucie więzi z przeszłością, a poprzez nią zakwestionować doskonałość obecnej epoki.

Rękopis Platona był dla mnie ciekawym uzupełnieniem historycznych książek Ackroyda, można tę powieść potraktować jako wyłożenie jego poglądów na historię, ale oczywiście wartość książki nie ogranicza się tylko do tego. Oczarowała mnie i forma (dialogi przeplatane mowami oraz zapiskami i glosariuszami Platona), i humor, i satyryczne spojrzenie na naszą epokę, wreszcie – muszę przyznać, że wizja świata, w którym tak wielką rolę odgrywa duchowość (nie wspominając o naukach humanistycznych) doskonale trafia w moją wrażliwość.

piątek, 5 października 2012

Przeczytane we wrześniu

Może tylko ja tak mam, ale dopiero po zakończeniu okresu przymusowego zapoznawania się z literaturą (nieco dłuższego niż przeciętnie ze względu na studia) poczułem wzrastający na nowo apetyt czytelniczy. Zakończone właśnie wakacje będę dobrze wspominał dobrze z kilku powodów, a jednym z nich jest właśnie to, że na nowo odkryłem, jak ogromną przyjemność może dawać czytanie książek. Z tej okazji postanowiłem podzielić się wybranymi książkami przeczytanymi w tym miesiącu oraz tym, co mi się w każdej z nich podobało. Jeżeli powrót na studia znowu nie uśpi mojej miłości do książek, będę takie notki pisał również później.


M. Chabon, The Amazing Adventures of Kavalier & Clay – zasadniczo bardzo rzadko czytam książki głównonurtowe, fantastyka opisuje świat w sposób, który jest mi dużo bliższy. Chabon uwiódł mnie przede wszystkim niesamowicie eleganckim stylem, barwnym i wyszukanym, ale nie popadającym w barokowe rozbuchanie. Poza tym: świetna kompozycja i narracja (trzecioosobowa wszechwiedząca, wyzyskana na maksa, jednym zdaniem odnoszącym się do przyszłości stawia aktualne działania bohaterów w zupełnie innym świetle), dużo pięknych i mądrych zdań o psychice bohaterów i życiu w ogóle. No i od pewnego czasu szczególnie silnie przemawiają do mnie teksty opowiadające o poszukiwaniu i osiąganiu wolności, a ta książka o tym właśnie jest, i nie tylko o tym, bo jeszcze o miłości, samotności i cierpieniu. Nie wspominając już o sporej dawce autoteliczności, opowiadania o samym procesie tworzenia. To wszystko sprawia, że Zdumiewające przygody… stanowią pełnowartościowy literacki posiłek, taki jak dziewiętnastowieczne powieści – ogromny, sycący (w przeciwieństwie do współczesnych fast foodowych cykli) i niesamowicie smaczny. Chabona będę jeszcze czytał.

A w ramach dodatku cytat: Sammy felt, that morning, with his ribs bruised and a wan flavor of chlorine at the back of his mouth, that he would rather not love at all than be punished for loving. He would have no idea how long his life would one day seem to have gone on; how daily present the absence of love would come to feel.

flix, Dziewczyny – na ogół to Ina kupuje tego rodzaju komiksy (obyczajowe, niezależne, o prostej, ale interesującej kresce) a ja je potem od niej pożyczam, sam natomiast zaopatruję się w nieco bardziej mainstreamowe pozycje na przykład z Vertigo. Tym razem jednak się skusiłem, bo ogromnie lubię historie spod znaku „chłopak spotyka dziewczynę, a potem chodzą sobie i rozmawiają” – kilka z moich ulubionych filmów (jak Przed wschodem słońca czy Między słowami) opiera się na takim właśnie schemacie fabularnym. Tutaj jest on zrealizowany w konwencji mocno komediowej, choć bliskość i szczerość bohaterów są zupełnie autentyczne. Ostatecznie wychodzi z tego zaskakująco poważna i mądra opowieść.

V. Woolf, Między aktami – oprócz wychodzenia poza czytelnicze przyzwyczajenia, postanowiłem ponadrabiać też trochę klasyki różnorakiej. Między aktami pożyczyłem na pierwszym salonie literackim (gorąco polecam ten pomysł) – z jakiegoś powodu umiejscawiałem sobie Virginię Woolf nieco wcześniej w czasie (nie mam pojęcia dlaczego!), więc sporym zaskoczeniem było to, jak bardzo ta proza jest modernistyczna. Zaskoczenie zdecydowanie pozytywne, należy dodać; ogromnie lubię zmiany punktów widzenia, zsubiektywizowaną narrację przechodzącą miejscami w strumień świadomości (to styl zupełnie inny niż u Chabona, który o swoich bohaterach pisze mocno „z zewnątrz”) i inne tego typu zabiegi. Zafascynowała mnie ta książka z jednej strony konkretnymi realiami historycznymi i ustosunkowaniem do przeszłości (te kwestie wyczuwałem raczej intuicyjnie, bo nie mam na ich temat wielkiej wiedzy, chętnie przeczytałbym jakieś opracowania na ten temat), a z drugiej duszną, krępującą atmosferą społecznych konwenansów, którą chyba każdy w różnych sytuacjach może odczuć.

W.S. Burroughs, Queer (polski tytuł: Pedał) – druga (w kolejności pisania, nie wydania) powieść Burroughsa, kontynuacja autobiograficznego Ćpuna, opowiada o jego życiu w Meksyku, homoseksualnym romansie i odstawieniu narkotyków. To taki pośredni etap w jego twórczości: stosunkowo prosty, autobiograficzny tekst, w którym jednak pojawiają się już dygresyjne opowieści, które zdominują później jego pisarstwo – mam wrażenie, że teraz lepiej rozumiem, na czym to polega, i chętnie wróciłbym teraz do Zachodniej krainy (no i w końcu chyba przyjdzie pora na Nagi lunch), żeby zobaczyć, jak się zmieni mój odbiór pod wpływem lektury Pedała. Bardzo interesujący jest również kontrast między tą powieścią a Ćpunem, widać bowiem wyraźną różnicę w sposobie kreacji głównego bohatera: William Lee na dragach jest wyczilowany i zdystansowany, bez dragów – roztrzęsiony, niepewny siebie, rozpaczliwie pragnący bliskości. Uderzający kontrast. Warto zwrócić jeszcze uwagę na przedmowę (dla niepoznaki umieszczoną na końcu) Burroughsa, która jest doskonałą demonstracją fascynującej techniki literackiej, czyli cut upu.

G.K. Chesterton, Powrót Don Kichota – Chesterton lubi w swoich powieściach zderzać ze sobą przeciwstawne idee i patrzeć, co z tego wychodzi. I chociaż zawsze widać wyraźnie, po której stoi stronie, to nigdy nie dokonuje uproszczeń, ba, czasami potrafi nawet znaleźć rzeczy łączące adwersarzy. Tak też się dzieje w tej powieści, w której ścierają się arystokraci pragnący powrotu czasów średniowiecznych oraz socjaliści. A ja tak mam z samym Chestertonem, z którym w wielu kwestiach głęboko się nie zgadzam, a w innych radośnie mu przytakuję. Ale dzięki temu zmusza do myślenia, nie wspominając już o tym, jakim jest fantastycznym gawędziarzem.