Opublikowałem już na blogu kilka poetyckich przekładów, pochwalę się więc również tym, który okazał się najtrudniejszy, ale i przyniósł największą satysfakcję.
23 kwietnia na krakowskich Plantach pojawiły się ławki specjalnymi tabliczkami. Na każdej z nich widnieje nazwisko znanej pisarki/pisarza oraz kod QR, który można zeskanować i trafić na stronę z biogramem tejże/tegoż oraz fragmentem utworu nawiązującym do Krakowa. Akcja promuje Kraków jako Miasto Literatury UNESCO.
Moim wkładem w projekt był przekład na język angielski Zaczarowanej dorożki Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Ławkę można znaleźć na odcinku Plant pomiędzy ulicą Szewską i Św. Anny, ale strona jest także dostępna pod linkiem. Gorąco zachęcam do czytania i słuchania, a osoby przebywające akurat w Krakowie: do poszukiwania ławek i słuchania poezji.
– czyli po polsku „wyszukane”. Wrażenia, spostrzeżenia, okruchy inspiracji. Z książek, ze świata, z wnętrza mojej głowy.
piątek, 1 sierpnia 2014
wtorek, 29 lipca 2014
Pulpozaurowa paczka
Snog Marry Avoid? to program modowo-makeoverowy, stanowiący bodaj najbardziej wyrafinowany wyraz perfidii, jaka cechuje współczesne podejście do piękna, a także odsłaniający przed widzami zupełnie nową wizję dystopijnej, totalitarnej przyszłości. Jak można się spodziewać, cieszy się szaloną popularnością już od sześciu sezonów.
Ostatnio na Pulpozaurze ukazało się kilka moich nowych tekstów, zachęcam do lektury:
Are you 'avin' a laff? – omówienie seriali Ricky'ego Gervaisa: część pierwsza, część druga
Brytyjskie dreszczowce w czterech prostych krokach
Fashion State – tekst poświęcony emitowanemu na BBC 3 programowi Snog Marry Avoid?
Ostatnio na Pulpozaurze ukazało się kilka moich nowych tekstów, zachęcam do lektury:
Are you 'avin' a laff? – omówienie seriali Ricky'ego Gervaisa: część pierwsza, część druga
Brytyjskie dreszczowce w czterech prostych krokach
Fashion State – tekst poświęcony emitowanemu na BBC 3 programowi Snog Marry Avoid?
poniedziałek, 14 lipca 2014
William Butler Yeats: Powtórne Przyjście
The Second Coming Williama Butlera Yeatsa to wiersz stosunkowo prosty do przełożenia; nie uświadczymy tutaj ani składniowych łamańców, ani skomplikowanego układu rymów, który należałoby jakoś ładnie oddać. W dodatku przekładu dokonał już Stanisław Barańczak, więc właściwie wszyscy pozostali tłumacze mogą spokojnie iść do domu, czyż nie?
Wersja Barańczaka wydała mi się jednak zbyt nieregularna, pierwszy impulsem było więc sporządzenie wersji, którą będzie mi się dobrze czytało. Później zaś zaprzątnął mnie problem pytajnika na końcu wiersza – pytajnika, który pojawia się w polskich przekładach oraz w wersjach anglojęzycznych dostępnych on-line. Intuicja podpowiedziała mi jednak nie tylko usunięcie go, ale i uczynienie ostatniego zdania częścią zdania poprzedzającego. Oryginalny manuskrypt (do znalezienia tutaj) zdaje się wspierać taki wybór, choć nie wiadomo wcale, czy jest to ostatnia wersja zaakceptowana przez poetę i wykwalifikowani edytorzy na pewno mieliby tutaj wiele do powiedzenia. Ponieważ jednak polski czytelnik może się zapoznać z kilkoma wersjami z pytajnikiem, uważam istnienie jednej bez za usprawiedliwione.
***
William Butler Yeats
Powtórne Przyjście
Wersja Barańczaka wydała mi się jednak zbyt nieregularna, pierwszy impulsem było więc sporządzenie wersji, którą będzie mi się dobrze czytało. Później zaś zaprzątnął mnie problem pytajnika na końcu wiersza – pytajnika, który pojawia się w polskich przekładach oraz w wersjach anglojęzycznych dostępnych on-line. Intuicja podpowiedziała mi jednak nie tylko usunięcie go, ale i uczynienie ostatniego zdania częścią zdania poprzedzającego. Oryginalny manuskrypt (do znalezienia tutaj) zdaje się wspierać taki wybór, choć nie wiadomo wcale, czy jest to ostatnia wersja zaakceptowana przez poetę i wykwalifikowani edytorzy na pewno mieliby tutaj wiele do powiedzenia. Ponieważ jednak polski czytelnik może się zapoznać z kilkoma wersjami z pytajnikiem, uważam istnienie jednej bez za usprawiedliwione.
***
William Butler Yeats
Powtórne Przyjście
Szersze, wciąż szersze zataczając
kręgi,
Sokół nie słyszy głosu sokolnika.
Świat się rozpada, brakło mu spoiwa;
Bezład zalewa go wezbraną falą
O grzywie z krwawej piany, która wnet
W topieli pogrąża ryty niewinności;
Najlepszym brak przekonania, zaś
najgorszych
Po brzegi wypełnia płomień
gorliwości.
Z pewnością objawienie jest już
niedaleko;
Z pewnością Powtórne Przyjście jest
już niedaleko.
Powtórne Przyjście! Ledwie skończyłem
mówić,
Gdy wizja ogromna wprost ze Spiritus
Mundi
Przesłania mi oczy; wśród piasków
pustyni
Monstrum o lwim ciele i głowie
człowieka,
Spojrzeniu, tak jak słońce, pustym i
bezdusznym,
Dźwiga się powoli, podczas gdy dokoła
Krążą ptaków pustynnych,
obruszonych cienie.
Mrok przykrywa obraz; lecz ja wiem już
teraz,
Że sen kamienny dwudziestu stuleci
W koszmar zmieniło bujanie kołyski,
I wiem, jaka bestia, gdy jej godzina
nadeszła,
Pełznie w stronę Betlejem, by tam się
narodzić.
środa, 11 czerwca 2014
John Betjeman: Slough
Lubię Slough odkąd usłyszałem je w The Office. Pod regularną formą kryje się spora dawka jadu, wymierzona nie tylko w tytułowe miasto, ale też w różne bolączki nowoczesności. Choć wywołał on zrozumiałe wzburzenie – powstała nawet wyjątkowo słaba replika (do znalezienia na samym dole linkowanej strony) – naoczni świadkowie twierdzą, że od czasu powstania wiersza niewiele się w Slough zmieniło a jeśli już, to na gorsze.
O ile mi wiadomo jest to pierwszy przekład tego wiersza na język polski.
***
John Betjeman
Slough
Drogie bomby, w Slough uderzcie!
Niech to miasto spłonie wreszcie,
Cierpień naszych kres przyspieszcie –
Przybywaj, Śmierci!
Drogie bomby, zmiećcie w proch
Kantyn chłodnych, jasnych loch,
W puszkach owoce, mięso, groch,
Oddech i myśli.
Zburzcie ten burdel miastem zwany,
Gdzie „dom” to cztery gołe ściany
Za kredyt z trudem wyżebrany
Na lat dwadzieścia.
Dorwijcie jeszcze tłustą szuję,
Co wiecznie kręci, wiecznie knuje
I do kąpieli potrzebuje
Kobiecych łez:
Zniszczcie mu biurko wiele warte,
Dłonie błądzące wciąż uparcie,
Niech się zadławi sprośnym żartem
I niechaj krzyczy.
Lecz miejcie litość wobec młodych,
Łamiących wyłysiałe głowy
By zliczyć koszty i przychody –
Zaznali piekła.
To nie ich wina, że nie znają
Ptaków, które tu śpiewają,
Że do Maidenhead wciąż gnają,
By pić na umór,
I plotą o sporcie, samochodach
W pseudo-tudorskich barów progach
Czkają, na chwiejnych sunąc nogach –
Nie patrzą w gwiazdy.
W ich domach siedzą żony, które
Kręcą tlenioną koafiurę,
Kremy wcierają w suchą skórę,
Malują dłonie.
Drogie bomby, w Slough uderzcie,
Niech je pług zaorze wreszcie.
Wzejdą tu kapusty jeszcze –
Ziemio, odetchnij.
O ile mi wiadomo jest to pierwszy przekład tego wiersza na język polski.
***
John Betjeman
Slough
Drogie bomby, w Slough uderzcie!
Niech to miasto spłonie wreszcie,
Cierpień naszych kres przyspieszcie –
Przybywaj, Śmierci!
Drogie bomby, zmiećcie w proch
Kantyn chłodnych, jasnych loch,
W puszkach owoce, mięso, groch,
Oddech i myśli.
Zburzcie ten burdel miastem zwany,
Gdzie „dom” to cztery gołe ściany
Za kredyt z trudem wyżebrany
Na lat dwadzieścia.
Dorwijcie jeszcze tłustą szuję,
Co wiecznie kręci, wiecznie knuje
I do kąpieli potrzebuje
Kobiecych łez:
Zniszczcie mu biurko wiele warte,
Dłonie błądzące wciąż uparcie,
Niech się zadławi sprośnym żartem
I niechaj krzyczy.
Lecz miejcie litość wobec młodych,
Łamiących wyłysiałe głowy
By zliczyć koszty i przychody –
Zaznali piekła.
To nie ich wina, że nie znają
Ptaków, które tu śpiewają,
Że do Maidenhead wciąż gnają,
By pić na umór,
I plotą o sporcie, samochodach
W pseudo-tudorskich barów progach
Czkają, na chwiejnych sunąc nogach –
Nie patrzą w gwiazdy.
W ich domach siedzą żony, które
Kręcą tlenioną koafiurę,
Kremy wcierają w suchą skórę,
Malują dłonie.
Drogie bomby, w Slough uderzcie,
Niech je pług zaorze wreszcie.
Wzejdą tu kapusty jeszcze –
Ziemio, odetchnij.
piątek, 9 maja 2014
Jak zatytułować powieść
Niektóre osoby poczuły się zawiedzione niską merytorycznością i konstruktywnością wczorajszej notki. Jeszcze inne wskazały mi szereg zastosowań tytułów opartych na liście – oraz mnóstwo przykładów niezwykle popularnych książek noszących tytuły, których nosić nie powinny. Postanowiłem więc napisać notkę komplementarną, bardziej konstruktywną i merytoryczną. Przeszukałem pamięć pod kątem tytułów, które wydają mi się interesujące (jak pewnie zauważyliście z tytułu, nie będę się ograniczał tylko do fantasy) – i pokrótce opiszę, dlaczego moim zdaniem działają.Najpierw jednak kilka uwag dotyczących wczorajszej listy:
- Owszem, istnieje mnóstwo książek fantasy o tytułach bazujących na mojej liście słów zakazanych. Z Władcą Pierścieni, Czarnoksiężnikiem z Archipelagu, a nawet moim ukochanym Tytusem Groanem na czele. Część spośród tej rzeszy jest nawet dobra.
- To właśnie obecność tej rzeszy jest powodem, dla którego obecnie tytułów tego rodzaju należy unikać, a przynajmniej głęboko się zastanowić, zanim się ich użyje. Szybkie ćwiczenie: wyobraźcie sobie, że nie wiecie nic na temat Ursuli K. Le Guin i jej książek. Stajecie przed Czarnoksiężnikiem z Archipelagu i... dajmy na to Przywoływaczem Dusz Gail Z. Martin. Obie książki mają jednakową oprawę, a Wy macie wybrać jedną z nich, nie zaglądając do środka. Czy łatwo byłoby Wam podjąć decyzję?
- Klasyczny tytuł (to znaczy: bazujący na najbardziej znanych elementach konwencji) jest doskonały, jeśli piszecie klasyczne fantasy. W takim przypadku lista z poprzedniej notki może Wam posłużyć za źródło inspiracji.
- O wiele łatwiej jest napisać, czego nie należy robić, ponieważ literatura nieustannie się zmienia. Wszystkie porady konstruktywne opierają się na tym, co już zadziałało, najczęściej niejednokrotnie, a więc wkrótce działać przestanie. Nikt nie wie, co dopiero zadziała, zanim nie zadziała.
- Punkt ostatni, ale najważniejszy: nie istnieją w literaturze żadne zasady, których nie można z powodzeniem złamać, nieważne, co Wam próbują wmówić przemądrzali blogerzy.
A teraz, zgodnie z zapowiedzią: lista dobrych tytułów fantastycznych powieści. Starałem się sięgać po rzeczy jak najświeższe.
Republika złodziei (Scott Lynch)
Na pierwszy ogień idzie bardzo klasyczny tytuł, żeby pokazać, że jednak można. Mamy tutaj i konstrukcję Coś czegoś, i nazwę fantastycznej profesji. Tym, co czyni tytuł ciekawym, jest zestawienie dwóch słów, które rzadko stoją obok siebie. Złodzieje kojarzą się bezprawiem, republika to określenie ustroju państwa – od razu wiadomo, że republika złodziei musi być miejscem ekscytującym i niebezpiecznym, nawet jeśli nie mamy pojęcia ani o autorze, ani o bohaterach.
Ocean na końcu drogi (Neil Gaiman)
Po raz kolejny tytuł zaskakujący zestawieniem elementów (dostrzegacie już prawidłowość?), być może bardziej w oryginale, gdzie użyto słowa lane, oznaczającego wiejską dróżkę albo wąskie przejście między dwoma ogrodzonymi obszarami. Ale nawet po polsku brzmi dość intrygująco, bo drogi zazwyczaj nie kończą się oceanem.
NOS4A2 (Joe Hill)
Prosty, jednowyrazowy tytuł. Wyróżnia go bardzo współczesne pomieszanie liter i znaków (w powieści jest to numer tablicy rejestracyjnej, nie element internetowego narzecza, ale i tak) oraz ciekawa gra słów (czytany po angielsku brzmi prawie jak Nosferatu), która bystrym czytelnikom powie całkiem sporo o tematyce i nastroju powieści.
Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta (David Mitchell)
Tytuł poetycki i enigmatyczny. Zawiera imię i nazwisko głównego bohatera, ale bez „tysiąca jesieni” na pewno nie rodziłby tak wielu pytań: Kim właściwie jest Jacob de Zoet? Skąd pochodzi? Dlaczego ma aż tysiąc jesieni, kiedy ja będę ich miał prawdopodobnie mniej niż sto? I co to w ogóle znaczy „tysiąc jesieni”? Kojarzy się z przemijaniem i, trochę, z Dalekim Wschodem. I tworzy bardzo wyrazisty nastrój.
Jonathan Strange i pan Norrell (Susanna Clarke)
Jeszcze jeden tytuł z imionami bohaterów. Tym razem brak poetyckiej frazy (czy Jonathan Strange i Król Kruków brzmiałby lepiej? Czy może za bardzo jak Harry Potter?), ale: dowiadujemy się, jakiej narodowości są bohaterowie (można stąd również wnioskować, gdzie będzie rozgrywać się akcja). Może nam się skojarzyć klasyczną (tj. XVIII- i XIX-wieczną) powieścią angielską, co powie nam sporo o konwencji. Zastanawiamy się, kim jest tajemniczy, pozbawiony imienia pan Norrell. Wreszcie: nazwisko znaczące. Strange to po angielsku „dziwny, obcy”. Niby wiemy o nim więcej niż o panu Norrellu, ale jednak skrywa jakieś tajemnice. Od razu chce się o nim czytać. A skoro znajduje się na okładce, to pewnie i cała powieść będzie strange.
The Girl Who Circumnavigated Fairyland in a Ship of Her Own Making (Catherynne M. Valente)
Czyli Dziewczynka, która opłynęła Krainę Czarów w łodzi własnej roboty. Tytuł niby rozwlekły, a jednak prosty do zapamiętania. Będzie Kraina Czarów (tudzież Wróżek albo Elfów), będzie dziewczynka, w dodatku nieźle obeznana w szkutnictwie, wreszcie: będzie podróż. Jak można nie sięgnąć po tę książkę? (Użyte w oryginale słowo circumnavigated (zamiast na przykład sailed around) powie nam dodatkowo, że narrator(ka) lubi używać trudnych i staromodnych słów.)
"Repent, Harlequin!" Said the Ticktockman (Harlan Ellison)
Przetłumaczone na polski (nie do końca poprawnie) jako Ukorz się pajacu, rzecze Tiktaktor. Kolejny tytuł, który mówi nam bardzo dużo, zaostrzając apetyt na resztę. Harlekin (żaden „pajac”) silnie się kojarzy w tradycji europejskiej. Trochę błazen, trickster, niezwykle kolorowy. Z drugiej strony mamy tajemniczego Tiktaktora. Nie wiemy, kim jest, ale na pewno ma coś wspólnego z czasem. Na pewno występuje przeciwko Harlekinowi. Jeśli wzywa do ukorzenia, to pewnie reprezentuje jakąś instytucję władzy. I w ten sposób wiemy już, kto bierze udział w głównym konflikcie opowiadania (trochę oszukałem, bo to nie powieść. Ale tytuł ma dobry), a czego ten konflikt dotyczy – dowiemy się z tekstu.
Oto kilka dobrych tytułów. Każdy odnosi się do innego aspektu powieści: bohaterów, fabuły, czarnego charakteru, nastroju. Wszystkie jednak mówią tylko tyle, by zaostrzyć apetyt, by uzmysłowić czytelnikowi, jak wiele pozostaje jeszcze w cieniu – i jak bardzo pragnie dowiedzieć się więcej.
Tak naprawdę każdy z nich jest również organicznie związany z treścią – przede wszystkim dobrze jest więc coś napisać. A wtedy być może tytuł nasunie się sam.
(Patronem notki jest Julian Tepper, który zatytułował swoją debiutancką powieść Balls (pol. Jaja). To zdecydowanie jeden z najlepszych tytułów, z jakimi się spotkałem.)
czwartek, 8 maja 2014
Jak NIE tytułować powieści fantasy
Pisanie nie jest rzeczą łatwą. Gdy już pokonasz Manowce Marazmu i Pastwiska Prokrastynacji, kiedy jako tako nauczysz się władać narzędziami swej sztuki: synekdochą i metaforą, monologiem wewnętrznym, dialogiem, opisem – wypuścisz się skromną łódką na Morze Twórczości. I bardzo łatwo możesz polec, w tym bowiem miejscu czekają na Ciebie Scylla Sztampy i Charybda Przesadnego Udziwnienia.
Jeśli piszesz fantasy, ta pierwsza jest dla Ciebie o wiele większym zagrożeniem. Uciekaj od niej jak najdalej. Wśród zębów Charybdy można wytyczyć sobie drogę wiodącą do sukcesu – spójrz tylko na Jeffa Vandermeera czy Chinę Miéville'a. Ale jeśli zbliżysz się zanadto do Scylli, to pochwyci Cię i zmieni w jeszcze jednego pogrobowca Tolkiena. W wodzie wokół niej ciągle możesz natknąć się na ich ciała, które pustymi oczodołami wpatrują się zazdrośnie w przepływających. Potraktuj ich spojrzenie jako przestrogę.
Sztampę warto przegnać zwłaszcza z okładki. Jeśli gdzieś w połowie książki czytelnik natknie się na jeden czy dwa elementy, które gdzieś już spotkał, nie stanie się wielka tragedia – w końcu już za książkę zapłacił (albo ściągnął z Chomika, ale nie przejmuj się, jeśli piraci, to pewnie nie ma pieniędzy, więc i tak by nie zapłacił). Natomiast jeśli wkradnie się na okładkę, łatwo może zniechęcić potencjalnych fanów. Dlatego warto szczególnie wiele uwagi poświęcić tytułowi. W trosce o stan polskiej fantastyki przygotowałem więc listę słów, których obecność na okładce książki jest wysoce niepożądana.
Wystrzeganie się słów z listy nie sprawi, że Twoja powieść będzie dobra, ale przynajmniej nie będzie się źle zapowiadała. No, chyba że projektant okładki zawali. Wtedy nic Ci nie pomoże.
Gra na koniec: spójrz na swoją półkę z fantasy. Policz, w ilu tytułach pojawiają się słowa z listy.
Jeśli piszesz fantasy, ta pierwsza jest dla Ciebie o wiele większym zagrożeniem. Uciekaj od niej jak najdalej. Wśród zębów Charybdy można wytyczyć sobie drogę wiodącą do sukcesu – spójrz tylko na Jeffa Vandermeera czy Chinę Miéville'a. Ale jeśli zbliżysz się zanadto do Scylli, to pochwyci Cię i zmieni w jeszcze jednego pogrobowca Tolkiena. W wodzie wokół niej ciągle możesz natknąć się na ich ciała, które pustymi oczodołami wpatrują się zazdrośnie w przepływających. Potraktuj ich spojrzenie jako przestrogę.
Sztampę warto przegnać zwłaszcza z okładki. Jeśli gdzieś w połowie książki czytelnik natknie się na jeden czy dwa elementy, które gdzieś już spotkał, nie stanie się wielka tragedia – w końcu już za książkę zapłacił (albo ściągnął z Chomika, ale nie przejmuj się, jeśli piraci, to pewnie nie ma pieniędzy, więc i tak by nie zapłacił). Natomiast jeśli wkradnie się na okładkę, łatwo może zniechęcić potencjalnych fanów. Dlatego warto szczególnie wiele uwagi poświęcić tytułowi. W trosce o stan polskiej fantastyki przygotowałem więc listę słów, których obecność na okładce książki jest wysoce niepożądana.
- Nazwy własne. Jeszcze w środku powieści zachwycisz czytelnika niespotykanymi dotąd zbitkami spółgłosek (choć najlepiej będzie, jeśli i od tego się powstrzymasz). Niech przynajmniej okładka go nie straszy.
- Tytuły feudalne, w szczególności: król, rycerz, ale też królowa, książę, księżniczka, pan, władca.
- Nazwy fantastycznych stworzeń, zwłaszcza smoki i jednorożce, ale dla bezpieczeństwa możesz unikać wszystkiego, co pojawia się w bestiariuszu do D&D.
- Nazwy typowych fantastycznych profesji: wojownik, mag, kapłan, złodziej, łowca – odpadają. Podręcznik do D&D po raz kolejny okazuje się dobrym przewodnikiem po złych słowach.
- Broń biała i jej części. Żadnych mieczy, ostrzy, włóczni, noży, toporów, młotów, glewii, pałaszy itd.
- Nazwy pór roku. Martin i Żeromski zużyli już chyba wszystkie.
- Określenia wieku. Nic w tytule nie powinno być pradawne, przedwieczne lub starożytne. W reszcie książki stosować z umiarem, chyba że chcesz zostać H.P. Lovecraftem.
- Światło, ciemność i wszystkie wyrazy bliskoznaczne: blask, cień, mrok itd.
- Cztery klasyczne żywioły: ogień, powietrze, woda, ziemia.
- Zjawiska atmosferyczne, zwłaszcza burza, wiatr itp.
- Wybraniec, proroctwo, przepowiednia, wróżba, wyrocznia.
- Kraina.
- Żadnych nazw własnych. Poważnie.
- Nazwa typu Coś czegoś, np. Smoki dumy, Ostrze uprzedzenia.
- Nazwa typu Jakieś coś, np. Rycerski smok, Ognisty miecz.
Wystrzeganie się słów z listy nie sprawi, że Twoja powieść będzie dobra, ale przynajmniej nie będzie się źle zapowiadała. No, chyba że projektant okładki zawali. Wtedy nic Ci nie pomoże.
Gra na koniec: spójrz na swoją półkę z fantasy. Policz, w ilu tytułach pojawiają się słowa z listy.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Mervyn Peake: Londyn, rok 1941
Mervyn Peake to jeden z moich najważniejszych twórców, więc gdy zacząłem niedawno podejmować różnorakie próby związane z przekładem poezji, zdecydowałem się przetłumaczyć również jeden z jego wierszy. London, 1941 znajduje się w ścisłej czołówce, nie tylko dlatego, że dotyczy Londynu.
***
***
Mervyn Peake
Londyn, rok 1941
Na wpół z kamienia i bólu; jej
głowa,
Od której płatami gips odpada
Jak ciało od chropawej kości, obraca
się
Na kamiennej szyi; jej oczy
Bez powiek to okna o wybitych szybach,
Każda źrenica w kształcie gwiazdy
Otwarta na salę tak wielką –
Jak głowa może ją zmieścić?
Gryzący dym
Wypełza w splotach z nierówności
Szkła rozbitego przez niebo, lustrzane
płomienie
Jak szaleńcy tańczą po odłamkach.
Wszystko jest bezruchem prócz tańca
odłamków
I powolnego splatania wstęg dymu.
Jej pierś – skruszone cegły,
których czarny bluszcz
Czepiał się jak dziecko, co szuka
schronienia,
A teraz zwisa bezwładnie z pasami
papieru,
Kruchymi, zblakłymi od ognia trenami
wiotkiego papieru
Powtarzającymi wciąż niknący motyw
liścia i lilii.
Trawa zamiast włosów na jej zimnej
skórze, miejska trawa,
Przywiędła i falująca na gipsowej
skroni
Od wiatrów hulających po miejskich
ulicach.
W świecie nagłego strachu i pożogi
Góruje strzelista; kamienie u jej
szyi,
Rdzawe żebra jak ogrodzenia wokół
serca;
Posąg wyschniętych ran – zimowych
ran –
O, matko ran; na wpół z kamienia i
bólu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
