Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neil gaiman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neil gaiman. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 września 2013

Magiczne światy i powrót do domu

Przeniesienie się do innego, magicznego świata to jeden z moich ulubionych fantastycznych motywów. Myślę, że nie tylko mój, bo marzenie o istnieniu innych światów: piękniejszych, cudowniejszych, bardziej niebezpiecznych i ekscytujących od naszego jest jednym z głównych czynników przyciągających ludzi do fantastyki. Opowieści należące do nurtu, który Andrzej Sapkowski nazywa „za zamkniętymi drzwiami”, oddziałują szczególnie silnie – mówią bowiem, że każdy z nas może trafić do innego świata. Naprawdę każdy. List z Hogwartu otrzymają tylko czarodzieje, którzy co prawda mogą urodzić się wśród Mugoli (ale ponieważ żaden z moich znajomych nie opuścił nagle szkoły w piątej klasie, zakładam, że to dosyć rzadkie). Natomiast biały królik w wizytowym stroju może nagle przebiec obok mnie, Ciebie, lub kogokolwiek innego.

Zawsze bardzo mnie dziwi, że bohaterowie takich opowieści wracają do domu, gdy tylko uda im się pokonać Władcę Ciemności albo Złą Królową i wydają się tam całkiem szczęśliwi.

Z pozoru dosyć łatwo wyjaśnić ten fakt. Historie rozgrywające się w świecie „za zamkniętymi drzwiami” można uznać za czysty eskapizm. Sztandarowym przykładem jest Piotruś Pan (na tyle wyrazisty, że przeniknął nawet do psychologii): Nibylandia to miejsce pełne magii i przygód, ale przebywające w niej dzieci pozostają dziećmi. Dorastanie oznacza konieczność porzucenia zaczarowanej krainy. Zarówno dla bohaterów, jak i dla czytelnika, staje się ona symbolem utraconego dzieciństwa, krainy o wiele lepszej i cudowniejszej od dorosłego życia, ale na zawsze już niedostępnej.

O paru problemach wynikających z takiej konstrukcji opowieści mówi Catherynne M. Valente w tym tekście. W notce odwołam się do najważniejszych myśli jej artykułu, ale zachęcam do przeczytania całości.

Dorastanie – rozumiane nie tylko jako gotowość do porzucenia dziecięcych fantazji – jest częstym tematem opowieści tego rodzaju. Bohaterowie, rzuceni nagle w całkowicie obcy świat, muszą szybko przystosować się do rządzących nim praw i odmiennych realiów, a także wykazać się odwagą, sprytem i kreatywnością. Podróż przez zaczarowaną krainę jest jednocześnie drogą ku dojrzałości. Przeżyte doświadczenia pozwalają bohaterom rozwinąć się i nieodwracalnie ich zmieniają. Ich perspektywa ulega poszerzeniu. Powrót do „domu” razi, bo często oznacza powrót do świata, z którego już wyrośli, zbyt małego i ciasnego, by mogli się w nim pomieścić. Chyba żaden przykład nie ilustruje tego równie dobrze jak uderzające mnie od małego zakończenie Lwa, czarownicy i starej szafy, w którym potężni Królowie i Królowe Narnii stają się na powrót dziećmi u progu dojrzewania.

Współcześnie pojawiają się jednak teksty, które odwracają klasyczny schemat. Jednym z nich jest Nigdziebądź Neila Gaimana. Richard Mayhew, główny bohater, wiedzie na początku powieści spokojną, ustabilizowaną egzystencję, z której jest bardzo zadowolony. Jedynym znakiem, że może nie pasować do pracy w ubezpieczeniach i swojej pięknej, rozsądnej narzeczonej, jest kolekcja fioletowowłosych trolli (które z pewnością pamiętają wszyscy dorastający w latach 90.), uznawana przez otoczenie Richarda za nieco infantylną i ekscentryczną. I rzeczywiście, można ją interpretować jako świadectwo niedojrzałości, bądź też przejaw marzycielstwa.

Poprzez zbieg okoliczności, który stawia na drodze Richarda ranną dziewczynę, bohater trafia do magicznego Londynu Pod. Warto zatrzymać się na chwilę przy okolicznościach, które doprowadziły Richarda do tej cudownej i niebezpiecznej krainy. Catherynne Valente pisze, że w klasycznych narracjach przeniesienie bohatera następuje przypadkiem bądź wskutek zdarzeń losowych (wpadnięcie do króliczej nory, tornado, ukrycie się w szafie – czy dlatego, że nikt „rozsądny” nie opuściłby domu z własnej woli?). W Nigdziebądź przeniesienie jest skutkiem wyboru. Oczywiście Richard nie do końca rozumie jego konsekwencje – pragnie tylko pomóc komuś, kto potrzebuje pomocy – jednak decyzja, którą podejmuje, oddziela go od otoczenia (narzeczona zamierza obok rannej przejść obojętnie, spiesząc się na kolację z szefem), czyni innym. W świecie rzeczywistym nie ma dla niego miejsca, dlatego musi trafić do innego.

Mimo to jednak Richard konsekwentnie pragnie wrócić do domu. Nie odpowiada mu pełne niebezpieczeństw życie w zakamarkach Londynu Pod, woli swoją dotychczasową, przewidywalną egzystencję (odpowiada to tezie Catherynne Valente, że w dawniejszych narracjach „dom” jest metaforą bezpieczeństwa – choć nie wszystkie domy są przecież bezpieczne – a pragnienie powrotu oznacza zamknięcie się na możliwość nowych, ekscytujących, choć potencjalnie niebezpiecznych doświadczeń). To dążenie do powrotu czyni go ślepym na zmianę, jaka się w nim dokonuje podczas próby Czarnych Mnichów. Z łatwością natomiast zauważa ją Łowczyni: Richard dorasta. Nie ma już dla niego miejsca w Londynie Nad. Sam Richard jednak dopiero po odzyskaniu mieszkania, pracy i spotkaniu z byłą narzeczoną uświadamia sobie, że powrót jest nie tylko niemożliwy, ale on sam go nie chce. Jego miejsce jest w Londynie Pod.

Podobny rozwój postaci można zaobserwować w innych tekstach Gaimana, na przykład w Gwiezdnym Pyle czy też Księgach Magii, gdzie główny bohater w trakcie krótkiej wycieczki poznaje świat przepełniony magią. I choć, gdy staje przed koniecznością dokonania wyboru, powraca do zwyczajnego świata i dotychczasowego życia, zew magii i przygody jest zbyt silny, by mu się długo opierać. (Co ciekawe żeńska bohaterka – Koralina – na końcu swojej wyprawy wraca do domu.)

Warto też wspomnieć o Catherynne M. Valente i jej powieści The Girl who Circumnavigated Fairyland in a Ship of Her Own Making – przede wszystkim dlatego, że autorka w pełni świadomie czyni ją jednym z nielicznych przykładów (a być może jedynym) tekstu, w którym przeniesienie jest wynikiem w pełni świadomego i dobrowolnego wyboru. September, główna bohaterka powieści, dostaje otwartą propozycję wyruszenia do magicznej krainy, nie ma tu przypadku ani niewiedzy – i odpowiada „tak”.

Opowieści o zaczarowanych krainach tuż za naszymi drzwiami najczęściej są postrzegane jako źródło prostego eskapizmu, odrywającego czytelnika od rzeczywistości. Jednocześnie jednak ukazują znaną rzeczywistość oraz wiążące się z nią poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności jako wysoce pożądane. „Marzyciele nie są dobrymi pracownikami”, jak pisze Catherynne Valente. Klasyczne narracje uczą czytelnika, że to, co ma, powinno mu wystarczyć. W odróżnieniu od nich, współczesne realizacje tego motywu pokazują bohaterów, którzy nie boją się zaryzykować, by zmienić swoje życie i realizować swoje pragnienia. Zamiast ucieczki – oferują inspirację.

czwartek, 12 września 2013

Miejsca, do których udajemy się w głowie

Nie pamiętam, co czytałem w wieku lat kilkunastu, bo nie było wtedy jeszcze Goodreads (na pewno R.A. Salvatore'a ale mam nadzieję, że również rzeczy lepsze). Neil Gaiman, na którego trafiłem właśnie w czasie, kiedy u ludzi zwykle zaczyna się wykształcać szczątkowa świadomość, odcisnął wyraźne piętno na moich czytelniczych gustach i twórczej wrażliwości, zmienił sposób myślenia o tym, co i jak można pisać.

Później stopniowo, prawie niezauważalnie, trochę się to zmieniło.

Pomimo świetnego rzemiosła i myśli przewodniej, która zawsze w książkach Gaimana jest obecna – to nie są przecież puste wydmuszki – czegoś zaczęło mi brakować. Ciężaru. Szczerości. Poczucia, że autorowi naprawdę zależy na opowiedzeniu danej historii. Czytałem i wyczuwałem pewien dystans – jakbym oglądał czyjeś zdjęcia z wakacji, zamiast rzeczywiście być w to miejsce przeniesionym za pomocą słów. Albo, używając metafory jedzeniowej: książki Gaimana kojarzą mi się z kapkejkami. Są kolorowe, smaczne, dostarczają kalorii. A jednak nie stanowią pełnowartościowego posiłku.

(Amanda Palmer prawdopodobnie trafiła w samo sedno, pisząc w swojej recenzji The Ocean at the End of the Lane, że książki Gaimana są zwykle bardzo silnie przetworzone, zmetaforyzowane, i to wywołuje poczucie oddalenia; nie wiem, czy to rzeczywiście to, fantastyka była i jest dla mnie ogromnie naturalnym sposobem opowiadania historii. Tak czy inaczej: warto przeczytać jej recenzję.)

Kiedy usłyszałem, że nowa powieść Gaimana dla dorosłych ma być „najbardziej osobistą”, poczułem ogromną ekscytację. I nie zawiodłem się; trafiłem w miejsce bardzo, bardzo bliskie: ocean na końcu drogi.

Centralne miejsce w powieści zajmuje wspomnienie nienazwanego głównego bohatera (i narratora zarazem) z czasów dzieciństwa. Elementy fantastyczne mieszają się tutaj z realistycznymi (realistyczne wypadają znacznie lepiej), ale nie myślcie, że to historia o magii dzieciństwa, której nie da się już przywołać. Zupełnie nie. Gaimana lubię między innymi za konsekwentny w całej twórczości przekaz, że magia w życiu nie jest tylko dla dzieci. Poza tym nie ma tutaj idealizacji dzieciństwa, przeciwnie. Egzystencja dziecka jest tutaj zdominowana przez poczucie bezsilności, tak naprawdę nic nie może (jak mawiali moi i pewnie nie tylko moi rodzice: „dzieci i ryby [jedne: nie całkiem ludzie, drugie: nie całkiem zwierzęta] głosu nie mają”) – szczególnie, gdy to dorośli, ci, którzy powinni się dzieckiem opiekować, okazują się być zagrożeniem. Ocean... można odczytywać jako zapis znęcania się, przemocy domowej, i fragmenty te są autentycznie wstrząsające. Bardziej wstrząsnęła mną chyba tylko Dziewczyna z sąsiedztwa, ale na szczęście u Gaimana brak tego bestialskiego okrucieństwa, tutaj przeżycia bohatera są niemal... zwyczajne – i może to właśnie jest najbardziej przejmujące.

Mimo bezradności, dziecko nie jest wydane całkowicie na pastwę losu, bo Ocean... to nie tylko książka o dziurach, które w nas pozostają po bolesnych wydarzeniach. To przede wszystkim historia o tym, co nas (zarówno małych, jak i dużych, bo okoliczności, w których dorosły bohater zaczyna wspominać, nie są bez znaczenia, nawet jeśli to znaczenie zostaje odkryte dopiero na końcu) chroni, gdy dotyka nas trauma: kiedy znęca się nad nami opiekunka, kiedy wyśmiewają nas koledzy na treningu, kiedy wracający do domu ojciec śmiesznie pachnie i natychmiast kładzie się spać, a potem późną nocą kłóci się z mamą, która krzyczy i płacze. Kiedy umiera ktoś bliski. Są to książki (jak pisze Gaiman: one nie są eskapizmem. One są ucieczką), które uczą i pomagają radzić sobie z życiem oraz dobrzy i mądrzy ludzie (jak trzy tajemnicze kobiety zamieszkujące farmę Hempstocków). Ocean... to również powieść o tym, jak to jest mieć dziurę w sercu i co się może przez tę dziurę przedostać. A także o miejscaach, do których udajemy się naprawdę albo tylko we własnej głowie, w których możemy przez chwilę pobyć sobą. O pełnym bunkrów wzgórzu za miastem. Albo o oceanie na końcu drogi.

wtorek, 5 marca 2013

Na marginesach o Londynie

Peter Ackroyd, London: A Biography
Trzy i pół dnia spędzone w Londynie to niedużo; w sam raz, żeby zorientować się, jakie to ogromne miasto, i że nie uda się zobaczyć wszystkiego, co by człowiek chciał zobaczyć. Szczególnie, że moim ulubionym trybem zwiedzania jest nie oglądanie turystycznych atrakcji (choć tutaj muszę przyznać, że w Londynie warto się przejść nad Tamizą, zahaczyć o Parlament, Opactwo Westminsterskie, katedrę św. Pawła, bo to zwyczajnie piękna okolica, szczególnie przy dobrej pogodzie), tylko wędrowanie, doświadczanie miasta oraz coś, co można by nazwać „turystyką literacką” – trochę się naczytałem i naoglądałem o tym mieście, i ogromnie chciałbym powiązać te wszystkie nazwy, które utkwiły mi w głowie, z obrazami miejsc. Ale na to wszystko, jak powiedziałem, trzy i pół dnia to za mało. Na Oslo potrzebowałem trzech wizyt i towarzystwa kogoś, kto zdążył to miasto poznać, a jest ono kilkakrotnie mniejsze. Z Londynu wróciłem więc z ogromnym poczuciem niedosytu i równie ogromną chęcią wrócenia tam jeszcze.

Tymczasem pozostają mi, tak jak do tej pory, wędrówki literackie. Londyn to miasto bogato reprezentowane w literaturze i wszelkiego rodzaju opracowaniach (wspominałem już, że w Waterstones, w dziale podróżniczym ma cały swój osobny regał), a ostatnio udało mi się natrafić na dwa ogromnie smaczne kąski. Dzięki temu dzisiejsza notka może być tematyczna (a ja już mogę obiecać, że w przyszłości również się taki pojawią).


***
Peter Ackroyd, London: A Biography (polski tytuł: Londyn. Biografia)

Pisałem już o niechęci do literatury starożytnej, dzisiaj pora na kolejne wyznanie: nie przepadam też za historią. Dobrze jest jednak w końcu się oduczyć tego, co wpojono w szkole/na studiach, i na historię też w końcu przyszedł czas. Peter Ackroyd okazał się świetnym oduczycielem. Historia w jego wydaniu nie ma nic wspólnego z podręcznikiem szkolnym czy nudnym opracowaniem (za to wiele z nie bez powodu znajdującą się w tytule biografią), jest niezwykle literacka, bogata w metafory (już otwierający rozdział, The city as a body, jest tego świetnym przykładem) i anegdoty. Ważna jest też warstwa tematyczna: Ackroyd nie koncentruje się na władzy i wojnie, które najczęściej dominują w książkach historycznych, skupia się raczej na życiu codziennym i kulturze, choć w obszernych rozdziałach poświęconych zagadnieniom przestępczości, ubóstwa czy nierówności społecznych, widać też ogromną wrażliwość na problematykę społeczną.

Inną fascynującą rzeczą jest zmysłowość. Ackroydowi świetnie udaje się odmalować realia życia w Londynie na przestrzeni czasu, kolory, smaki, zapachy, ludzi, których można spotkać na ulicy. Osiąga to za pomocą obfitego przytaczania fragmentów relacji, dzienników pisarzy i artystów, raportów policyjnych – krótko mówiąc: oddaje głos przeszłości. To kolejny element, czyniący narrację o wiele barwniejszą.

No i wreszcie ciągłość narracji. Podczas lektury widać inspirację psychogeografią – poglądem, że pewne miejsca czy to ze względu na architekturę, czy swoją przeszłość, oddziałują w określony sposób na psychikę mieszkańców (w podobny sposób o Londynie i morderstwach Kuby Rozpruwacza pisał Alan Moore w Prosto z piekła). Ackroyd często zwraca więc uwagę na to, że niektóre rejony Londynu, a czasem pojedyncze ulice, zachowują na przestrzeni stuleci podobne funkcje lub bywają świadkami podobnych wypadków. W ten sposób, nawet jeśli wspomina o tym na zasadzie anegdoty, kreuje jednocześnie charakter poszczególnych dzielnic, a także, w szerszym spojrzeniu, całego miasta, które, choć podzielone, jest traktowane jako ciało, jeden organizm. I choć opis Londynu jest niezwykle wszechstronny (każdemu zagadnieniu poświęcony jest krótki, liczący przeważnie kilkanaście stron rozdział), to widać też, że pewne zagadnienia są na tyle charakterystyczne, na tyle splecione z jego istotą (a może nawet tworzące jego istotę), że należy im się szersze omówienie. Jaki więc jest Londyn w ujęciu Ackroyda? Żarłoczny, brutalny, kolorowy. Dlatego najobszerniejsze są części poświęcone jedzeniu, przestępczości i bogatej tradycji teatralnej. To również miasto kontrastów, z jednej strony miłujące wolność, na przestrzeni dziejów często walczące o swoje przywileje i domagające się praw, z drugiej niezwykle opresyjne, jak w słynnym wierszu Blake'a London albo powieściach Dickensa – i bezlitosne, co może wynikać z umiłowania zysku, w końcu to miasto handlowe (czego najbardziej uderzającym wyrazem był dla mnie oświetlony mnóstwem świątecznych lampek budynek Harrod'sa z wielkim napisem SALE nad wejściem, wypełniony po brzegi ludźmi szukającymi poświątecznych promocji). Trafnie podsumował to sam autor w innej swojej książce, London Under: „London is built on darkness”. Po tę i inne jego książki – biografie innych sławnych miejsc i ludzi, a także powieści – na pewno jeszcze sięgnę.

Londyński Parlament
Zdjęcie: Karina Graj


Michael Moorcock, Mother London

Tym razem Moorcock w zupełnie innym wydaniu, bynajmniej nie krótkim i bynajmniej nie prostym. I w gruncie rzeczy niefantastycznym. To taka książka, na którą dobrze jest zarezerwować sobie trochę czasu, bo w ten język, jak w chłodną wodę, trzeba się zanurzać stopniowo i powoli. Obejmująca kilkadziesiąt lat narracja przeskakuje od bohatera do bohatera, za nic mając sobie linearność, czasami zaburzają ją urywki innych głosów, przybierających formę strumienia świadomości.

Powieść opisuje losy trojga pacjentów londyńskiej kliniki psychiatrycznej, obdarzonych szczątkowymi zdolnościami telepatycznymi (stąd wtręty w narrację, wewnętrzne głosy ludzi, którzy ich otaczają) oraz szerokiego kręgu ich przyjaciół. Ale za ich pośrednictwem stara się zrobić coś więcej, to znaczy opisać chronotop Londynu, miasto zmieniające się na przestrzeni czasu.

Michael Moorcock, Mother LondonMomentem przełomowym, kończącym pewną epokę i otwierającym nową, jest Blitz – bombardowanie Londynu w czasie drugiej wojny światowej. Do tego miejsca sięga narracja w przeszłość, wcześniejsze życie bohaterów jest tylko lekko zarysowane. Od tego punktu narracja dociera aż do roku 1985 (a więc krótko przed tym, jak powieść została opublikowana), i opisuje zmieniające się nastroje społeczne (zamieszki rasowe w latach 50., festiwale hippisowskie, nastroje homofobiczne i kryzys lat 80.) i codzienne życie. Próbowałem się w tym dopatrzeć jakiejś spójnej narracji historycznej, ale Moorcock unika uproszczeń w rodzaju: „przed wojną było lepiej”, byłyby one zresztą dziwne u człowieka krytykującego trzy czwarte angielskiej fantasy, z Tolkienem na czele, za opowiadanie podobnych bajek.

W Mother London, mimo nieobecności fantastyki, widzę elementy ustawiające tę powieść w opozycji do tekstów krytykowanych w podlinkowanym wyżej eseju. Koncentruje się na mieście (w opozycji do sielankowych krajobrazów angielskiej wsi upamiętnionych jako Shire) i tych jego mieszkańcach, którzy znajdują się raczej na obrzeżach społeczeństwa: klasie robotniczej, szaleńcach, drobnych kryminalistach (widzę w tym podobieństwo do Nigdziebądź Gaimana, który opowiada o podobnych ludziach, choć jeszcze bardziej fantastycznych). Wojna przybiera formę bezosobowego kataklizmu, w obliczu którego ci na samym dole muszą się zjednoczyć, żeby przetrwać (i fragmenty toczące się w czasie wojny obfitują w przykłady zachowań heroicznych). Żaden król nie powróci i nie zaprowadzi porządku – co świetnie ilustrują kolejne dekady, w których stopniowo zaciera się powojenny optymizm i wiara w nową, lepszą przyszłość. Świat można poprawić tylko tu i teraz, nie wygrywając wojny czy angażując się w politykę, ale pomagając ludziom dookoła, w miarę możliwości, i nawiązując z nimi więzi – tworząc społeczność (którą w późniejszych dekadach po wojnie niszczy się poprzez gentryfikację i wysiedlanie dawnych mieszkańców miasta na coraz odleglejsze obszary).

Przy tym wszystkim Moorcock również mitologizuje do jakiegoś stopnia swoich bohaterów, którzy są, jak to się ładnie mówi po angielsku, więksi niż życie i ich historie. Z tym że są to historie osadzone w rzeczywistości, chociaż mającej magiczny posmak, bo nieco szaleni bohaterowie widzą wszystko inaczej. Ale też sama (miejska) rzeczywistość jest magiczna i swoją magią nasyca życie.

Ponieważ już pisałem kiedyś trochę o szaleństwie, dodam, że to kolejny fascynujący, niejednoznaczny obraz tego zjawiska; leczenie bywa konieczne, ale już metodom i stosunkowi lekarzy do pacjentów trochę się dostaje – przepisane bezrefleksyjnie lekarstwa w jednym przypadku stają się przyczyną tragedii, zaś największą zaletą zamknięcia bohaterów w klinice jest chyba fakt, że mogą się dzięki temu poznać i wspierać po wyjściu.

Katedra św. Pawła
Zdjęcie: Karina Graj


***
Podczas pobytu w Londynie próbowałem szukać miejsc, które poznałem w literaturze. Po powrocie nastąpiło coś odwrotnego – w literaturze szukam miejsc, które odwiedziłem, wypatruję znajomych nazw, choćbym znał je tylko z tego, że mijałem je, jadąc londyńską Tubą. Więc jakkolwiek trochę trudno mi jeszcze wyrokować o sympatii lub jej braku, mogę powiedzieć, że Londyn oczarowuje, intryguje i przyciąga. To miasto ma swój charakter i swój czar – a książki, które tu opisałem (i całe mnóstwo innych), są na to świetnym dowodem. Dlatego polecam, ale i ostrzegam: może Was oczarować, zaintrygować i przyciągnąć.