Pokazywanie postów oznaczonych etykietą michael moorcock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą michael moorcock. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 marca 2013

Na marginesach o Londynie

Peter Ackroyd, London: A Biography
Trzy i pół dnia spędzone w Londynie to niedużo; w sam raz, żeby zorientować się, jakie to ogromne miasto, i że nie uda się zobaczyć wszystkiego, co by człowiek chciał zobaczyć. Szczególnie, że moim ulubionym trybem zwiedzania jest nie oglądanie turystycznych atrakcji (choć tutaj muszę przyznać, że w Londynie warto się przejść nad Tamizą, zahaczyć o Parlament, Opactwo Westminsterskie, katedrę św. Pawła, bo to zwyczajnie piękna okolica, szczególnie przy dobrej pogodzie), tylko wędrowanie, doświadczanie miasta oraz coś, co można by nazwać „turystyką literacką” – trochę się naczytałem i naoglądałem o tym mieście, i ogromnie chciałbym powiązać te wszystkie nazwy, które utkwiły mi w głowie, z obrazami miejsc. Ale na to wszystko, jak powiedziałem, trzy i pół dnia to za mało. Na Oslo potrzebowałem trzech wizyt i towarzystwa kogoś, kto zdążył to miasto poznać, a jest ono kilkakrotnie mniejsze. Z Londynu wróciłem więc z ogromnym poczuciem niedosytu i równie ogromną chęcią wrócenia tam jeszcze.

Tymczasem pozostają mi, tak jak do tej pory, wędrówki literackie. Londyn to miasto bogato reprezentowane w literaturze i wszelkiego rodzaju opracowaniach (wspominałem już, że w Waterstones, w dziale podróżniczym ma cały swój osobny regał), a ostatnio udało mi się natrafić na dwa ogromnie smaczne kąski. Dzięki temu dzisiejsza notka może być tematyczna (a ja już mogę obiecać, że w przyszłości również się taki pojawią).


***
Peter Ackroyd, London: A Biography (polski tytuł: Londyn. Biografia)

Pisałem już o niechęci do literatury starożytnej, dzisiaj pora na kolejne wyznanie: nie przepadam też za historią. Dobrze jest jednak w końcu się oduczyć tego, co wpojono w szkole/na studiach, i na historię też w końcu przyszedł czas. Peter Ackroyd okazał się świetnym oduczycielem. Historia w jego wydaniu nie ma nic wspólnego z podręcznikiem szkolnym czy nudnym opracowaniem (za to wiele z nie bez powodu znajdującą się w tytule biografią), jest niezwykle literacka, bogata w metafory (już otwierający rozdział, The city as a body, jest tego świetnym przykładem) i anegdoty. Ważna jest też warstwa tematyczna: Ackroyd nie koncentruje się na władzy i wojnie, które najczęściej dominują w książkach historycznych, skupia się raczej na życiu codziennym i kulturze, choć w obszernych rozdziałach poświęconych zagadnieniom przestępczości, ubóstwa czy nierówności społecznych, widać też ogromną wrażliwość na problematykę społeczną.

Inną fascynującą rzeczą jest zmysłowość. Ackroydowi świetnie udaje się odmalować realia życia w Londynie na przestrzeni czasu, kolory, smaki, zapachy, ludzi, których można spotkać na ulicy. Osiąga to za pomocą obfitego przytaczania fragmentów relacji, dzienników pisarzy i artystów, raportów policyjnych – krótko mówiąc: oddaje głos przeszłości. To kolejny element, czyniący narrację o wiele barwniejszą.

No i wreszcie ciągłość narracji. Podczas lektury widać inspirację psychogeografią – poglądem, że pewne miejsca czy to ze względu na architekturę, czy swoją przeszłość, oddziałują w określony sposób na psychikę mieszkańców (w podobny sposób o Londynie i morderstwach Kuby Rozpruwacza pisał Alan Moore w Prosto z piekła). Ackroyd często zwraca więc uwagę na to, że niektóre rejony Londynu, a czasem pojedyncze ulice, zachowują na przestrzeni stuleci podobne funkcje lub bywają świadkami podobnych wypadków. W ten sposób, nawet jeśli wspomina o tym na zasadzie anegdoty, kreuje jednocześnie charakter poszczególnych dzielnic, a także, w szerszym spojrzeniu, całego miasta, które, choć podzielone, jest traktowane jako ciało, jeden organizm. I choć opis Londynu jest niezwykle wszechstronny (każdemu zagadnieniu poświęcony jest krótki, liczący przeważnie kilkanaście stron rozdział), to widać też, że pewne zagadnienia są na tyle charakterystyczne, na tyle splecione z jego istotą (a może nawet tworzące jego istotę), że należy im się szersze omówienie. Jaki więc jest Londyn w ujęciu Ackroyda? Żarłoczny, brutalny, kolorowy. Dlatego najobszerniejsze są części poświęcone jedzeniu, przestępczości i bogatej tradycji teatralnej. To również miasto kontrastów, z jednej strony miłujące wolność, na przestrzeni dziejów często walczące o swoje przywileje i domagające się praw, z drugiej niezwykle opresyjne, jak w słynnym wierszu Blake'a London albo powieściach Dickensa – i bezlitosne, co może wynikać z umiłowania zysku, w końcu to miasto handlowe (czego najbardziej uderzającym wyrazem był dla mnie oświetlony mnóstwem świątecznych lampek budynek Harrod'sa z wielkim napisem SALE nad wejściem, wypełniony po brzegi ludźmi szukającymi poświątecznych promocji). Trafnie podsumował to sam autor w innej swojej książce, London Under: „London is built on darkness”. Po tę i inne jego książki – biografie innych sławnych miejsc i ludzi, a także powieści – na pewno jeszcze sięgnę.

Londyński Parlament
Zdjęcie: Karina Graj


Michael Moorcock, Mother London

Tym razem Moorcock w zupełnie innym wydaniu, bynajmniej nie krótkim i bynajmniej nie prostym. I w gruncie rzeczy niefantastycznym. To taka książka, na którą dobrze jest zarezerwować sobie trochę czasu, bo w ten język, jak w chłodną wodę, trzeba się zanurzać stopniowo i powoli. Obejmująca kilkadziesiąt lat narracja przeskakuje od bohatera do bohatera, za nic mając sobie linearność, czasami zaburzają ją urywki innych głosów, przybierających formę strumienia świadomości.

Powieść opisuje losy trojga pacjentów londyńskiej kliniki psychiatrycznej, obdarzonych szczątkowymi zdolnościami telepatycznymi (stąd wtręty w narrację, wewnętrzne głosy ludzi, którzy ich otaczają) oraz szerokiego kręgu ich przyjaciół. Ale za ich pośrednictwem stara się zrobić coś więcej, to znaczy opisać chronotop Londynu, miasto zmieniające się na przestrzeni czasu.

Michael Moorcock, Mother LondonMomentem przełomowym, kończącym pewną epokę i otwierającym nową, jest Blitz – bombardowanie Londynu w czasie drugiej wojny światowej. Do tego miejsca sięga narracja w przeszłość, wcześniejsze życie bohaterów jest tylko lekko zarysowane. Od tego punktu narracja dociera aż do roku 1985 (a więc krótko przed tym, jak powieść została opublikowana), i opisuje zmieniające się nastroje społeczne (zamieszki rasowe w latach 50., festiwale hippisowskie, nastroje homofobiczne i kryzys lat 80.) i codzienne życie. Próbowałem się w tym dopatrzeć jakiejś spójnej narracji historycznej, ale Moorcock unika uproszczeń w rodzaju: „przed wojną było lepiej”, byłyby one zresztą dziwne u człowieka krytykującego trzy czwarte angielskiej fantasy, z Tolkienem na czele, za opowiadanie podobnych bajek.

W Mother London, mimo nieobecności fantastyki, widzę elementy ustawiające tę powieść w opozycji do tekstów krytykowanych w podlinkowanym wyżej eseju. Koncentruje się na mieście (w opozycji do sielankowych krajobrazów angielskiej wsi upamiętnionych jako Shire) i tych jego mieszkańcach, którzy znajdują się raczej na obrzeżach społeczeństwa: klasie robotniczej, szaleńcach, drobnych kryminalistach (widzę w tym podobieństwo do Nigdziebądź Gaimana, który opowiada o podobnych ludziach, choć jeszcze bardziej fantastycznych). Wojna przybiera formę bezosobowego kataklizmu, w obliczu którego ci na samym dole muszą się zjednoczyć, żeby przetrwać (i fragmenty toczące się w czasie wojny obfitują w przykłady zachowań heroicznych). Żaden król nie powróci i nie zaprowadzi porządku – co świetnie ilustrują kolejne dekady, w których stopniowo zaciera się powojenny optymizm i wiara w nową, lepszą przyszłość. Świat można poprawić tylko tu i teraz, nie wygrywając wojny czy angażując się w politykę, ale pomagając ludziom dookoła, w miarę możliwości, i nawiązując z nimi więzi – tworząc społeczność (którą w późniejszych dekadach po wojnie niszczy się poprzez gentryfikację i wysiedlanie dawnych mieszkańców miasta na coraz odleglejsze obszary).

Przy tym wszystkim Moorcock również mitologizuje do jakiegoś stopnia swoich bohaterów, którzy są, jak to się ładnie mówi po angielsku, więksi niż życie i ich historie. Z tym że są to historie osadzone w rzeczywistości, chociaż mającej magiczny posmak, bo nieco szaleni bohaterowie widzą wszystko inaczej. Ale też sama (miejska) rzeczywistość jest magiczna i swoją magią nasyca życie.

Ponieważ już pisałem kiedyś trochę o szaleństwie, dodam, że to kolejny fascynujący, niejednoznaczny obraz tego zjawiska; leczenie bywa konieczne, ale już metodom i stosunkowi lekarzy do pacjentów trochę się dostaje – przepisane bezrefleksyjnie lekarstwa w jednym przypadku stają się przyczyną tragedii, zaś największą zaletą zamknięcia bohaterów w klinice jest chyba fakt, że mogą się dzięki temu poznać i wspierać po wyjściu.

Katedra św. Pawła
Zdjęcie: Karina Graj


***
Podczas pobytu w Londynie próbowałem szukać miejsc, które poznałem w literaturze. Po powrocie nastąpiło coś odwrotnego – w literaturze szukam miejsc, które odwiedziłem, wypatruję znajomych nazw, choćbym znał je tylko z tego, że mijałem je, jadąc londyńską Tubą. Więc jakkolwiek trochę trudno mi jeszcze wyrokować o sympatii lub jej braku, mogę powiedzieć, że Londyn oczarowuje, intryguje i przyciąga. To miasto ma swój charakter i swój czar – a książki, które tu opisałem (i całe mnóstwo innych), są na to świetnym dowodem. Dlatego polecam, ale i ostrzegam: może Was oczarować, zaintrygować i przyciągnąć.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Na marginesach. Styczeń 2013

(Tutaj był początkowo krótki wstęp dotyczący kwestii organizacyjnych, ale stwierdziłem, że może zniechęcić czytelników do czytania właściwej notki, więc przeniosłem go na koniec, za gwiazdki. Zostaliście uprzedzeni, więc będziecie wiedzieli, kiedy przestać czytać).


M. Moorcock, Elryk z Melnibone

Czytam ostatnio mało fantasy, a jeśli już, to raczej starą, w odniesieniu do której można używać złowieszczego przymiotnika „klasyczna”. Wynika to po pierwsze z tego, że mnóstwo innych literackich obszarów, o których chciałbym się więcej dowiedzieć (w literaturze, jak wszędzie, ważna jest zróżnicowana dieta), a po drugie średnio mnie interesuje budowanie spójnego świata (bo w ogóle pogląd, że świat można i należy opisywać spójnie, uważam za mylny a w dodatku mało ciekawy), intrygi polityczne i epickie bitwy ciągnące się przez setki stron.

Teoretycznie intrygi i bitwy można też znaleźć w pierwszym tomie słynnej Sagi o Elryku, jednak czyta się go bardziej jak szekspirowską tragedię osadzoną w fantastycznym świecie niż podręcznik historii tegoż fantastycznego świata. Konflikt dotyczy co władzy, ale jest prościutki i opiera się na sprawach fundamentalnych: młody władca nie bardzo chce rządzić, ale ma poczucie obowiązku, zazdrosny kuzyn bardzo chce rządzić i nie cofnie się przed niczym, żeby władzę zdobyć. Jeśli pojawiają się bitwy, to bardzo krótkie – cała książka liczy raptem 180 stron, więc nie można się rozpisywać. Jest w tej zwięzłości i prostocie fabularnej coś urzekającego.

Elryk jest też ciekawy jako przeciwieństwo innego znanego bohatera literatury fantasy, czyli Conana. Bohater Howarda to umięśniony, naoliwiony wojownik, przykład fantastycznego wish-fulfillmentu w czystej postaci. Elryk zaś to blady, wątły albinos, ponad machanie mieczem przedkładający magiczne księgi (wystarczy rzucić okiem na okładkę). Nie wspominając już o tym, że świat, który zamieszkuje, wydaje się nieco bardziej skomplikowany – choć trudno to oceniać po 180 stronach, z drugiej strony – zdecydowanie mam ochotę sięgnąć po więcej.


Lord Dunsany, The King of Elfland's Daughter (polski tytuł: Córka króla elfów)

Zaczyna się dość klasycznie, bo oto stary król wysyła syna do tytułowej krainy elfów, by ten zdobył tytułową córkę tytułowego króla. Młodzian wyrusza, pokonuje niebezpieczeństwa, powraca do domu, by żyć długo i szczęśliwie. Ale to dopiero jedna trzecia pełnej cudów, baśniowej opowieści o tym, jak niełatwo czasem w związku zażegnać dzielące różnice, i o niełatwej koegzystencji dwóch światów, „pól, które znamy” i zanurzonej w bezczasie krainy elfów. Sporo miejsca poświęcono opisom tego, jak magia powoli przenika do świata ludzi i jak radzą sobie oni ze światem, który staje się coraz dziwniejszy i coraz bardziej obcy. Dlatego, mimo wykwintnego, przywodzącego na myśl jeszcze wiek XIX (książka została wydana w roku 1924), stylu, jest to powieść zdecydowanie nowoczesna, w której wyraźnie widać zapowiedź współczesnej angielskiej fantasy spod znaku Gwiezdnego pyłu Gaimana i Jonathana Strange'a i pana Norrella Susanny Clarke.


David Lodge, Changing Places i Small World (polskie tytuły: Zamiana i Mały światek)

Przeczytałem kiedyś, że mainstreamowi pisarze piszą o tym, na czym się znają, i dlatego większość książek jest o profesorach literatury przeżywających kryzys wieku średniego i zdradzających żony ze studentkami. I gdyby oceniać na podstawie pierwszych dwóch tomów „trylogii kampusowej” Lodge'a (co byłoby nieprofesjonalne, niezależnie od profesji), to faktycznie, trochę tak to wygląda. Ratuje je ironiczny dystans (ale nie posuwający się do kpiny) do działań bohaterów i fakt, że nie tylko wokół profesorów literatury obraca się akcja (istotne są także postacie ich żon). Do tego dochodzi humor, w przeważającej mierze dotyczący kontrastów między akademickim światkiem Ameryki i Anglii (trudno mi powiedzieć, czy będzie on strawny dla czytelników nie znających realiów akademickich, natomiast ci, którzy mieli do czynienia z uniwersytetem, z pewnością znajdą wiele okazji do śmiechu, a może również do łez kiedy zauważą, jak bardzo współczesne polskie realia przypominają zapyziałą brytyjską uczelnię sprzed 50 lat). Gdzieś w tle przewijają się kwestie obyczajowe – lata 60. to w końcu czas strajków studenckich i rewolucji obyczajowej. Wisienką na torcie stają się meta zagrywki odnoszące się do powieści (jeżeli w jednym rozdziale wyrażony zostaje pogląd, że powieść epistolarna to forma przestarzała i w ogóle komu by w dzisiejszych czasach przyszło do głowy pisanie w formie listów, można być pewnym, że następny rozdział będzie napisany w formie listów), a w drugiej części – do romansu rycerskiego i mitów arturiańskich, wplecionych w wyjątkowo zabawny sposób w fabułę. Jak wspominałem niedawno, w kolejną książkę Lodge'a już się zaopatrzyłem, bo to świetny przykład niegłupiej rozrywki, wzbogaconej o cenne obserwacje natury obyczajowej.


***

Minęło już nieco ponad pół roku od kiedy założyłem bloga i mogę teraz skonfrontować swoje wyobrażenia na temat jego działania (tego, o czym chciałbym pisać, w jakiej formie, jak często) z rzeczywistością (ile jestem w stanie napisać i jak często).

Po jednej notce zbierającej ciekawe książki z danego miesiąca zarzuciłem tę formę na rzecz podobnych, ale obszerniejszych notek poświęconych pojedynczym książkom. Teraz jednak powracam do poprzedniej formuły. Powodów jest kilka: po pierwsze ograniczenia czasowe. Blog nie jest jedynym moim polem działalności, piszę też recenzje dla serwisu Poltergeist (informacje o nich będą się teraz ukazywały na blogu) i staram się rozwijać własną twórczość literacką (najważniejszą, a jednocześnie najłatwiej pomijalną, kiedy pojawiają się inne, pilniejsze rzeczy). Po drugie: brak satysfakcji. Średniej długości notka poświęcona jednej książce za bardzo zbliża się do klasycznych recenzji, których pisanie ostatnio mniej mnie kręci. Dlatego z jednej strony chcę pójść w stronę krótszych, swobodniejszych omówień, z drugiej zaś – w stronę tekstów dłuższych i głębszych, które również będą się pojawiały na Zielonych oknach. Po trzecie wreszcie: w ten sposób uda mi się uwolnić czas na pisanie również o innych, ostatnio zaniedbanych rzeczach, na przykład serialach.

Pisanie na marginesach czas zacząć.