Tekst autorstwa Sigrid Ellis – można go przeczytać po angielsku na jej blogu. Dziękuję autorce za pozwolenie na przekład i publikację.
1. Kiedy miałam jedenaście lat, spędziłam całą lekcję biblioteczną kłócąc się żarliwie z innym uczniem. Kłóciliśmy się o to, czy piosenkarz Boy George jest gejem. Ja twierdziłam, że nie jest, mój kolega – że owszem, jak najbardziej. Zajęłam to stanowisko, bo wychowano mnie w szacunku do wszystkich ludzi i wiedziałam, że słowo „gej” było okropnym wyzwiskiem, najgorszym, czym można być. Nazwać kogoś gejem to potworność, bo bycie gejem to potworność. Szacunek nakazywał więc upierać się, że nikt nie jest gejem.
2. Kiedy jako piętnastolatka przechodziłam w pobliżu szkoły, jacyś chłopcy przejechali obok na rowerach. Jeden krzyknął w moją stronę, nazwał mnie „pieprzoną lesbą”. Muszę przyznać, że byłam zdezorientowana. Szłam sama; w jaki sposób chodzenie samemu było homoseksualne? Ale na jakimś poziomie wiedziałam, że nie oskarżają mnie o kochanie kobiet. Po prostu wykrzykiwali najokropniejszą rzecz, jaka przyszła im do głowy. Najgorszy los ze wszystkich: bycie queer.
3. Z całego dzieciństwa nie przypominam sobie żadnej przemowy żadnego z polityków na temat HIV, AIDS czy jakiegokolwiek innego zagadnienia związanego ze środowiskiem LGBT. Przypominam sobie za to żarty. Bezlitosne, nieustające żarty w każdym możliwym miejscu. Żarty, w których puentą jest queer. Mężczyźni w telewizji odskakujący od siebie, bo zetknęli się pośladkami, a stykanie się pośladkami było homo, a bycie homo to potworność, więc bohaterowie odrzucali samą ideę z odrazą i wzgardą. Nieświadomi niczego kobieciarze umawiali się na randki w ciemno, a żart polegał na tym, że kobieta jest albo brzydka i zdesperowana (kolejna mikroagresja, dzięki), albo zdesperowana i homoseksualna. W końcu domeną kobieciarza jest seks z kobietą, podsuńmy mu więc coś tak nienaturalnego, że to nawet nie kobieta, tylko lesba, haha.
4. Po jakimś czasie homoseksualiści nie służyli już tylko za puentę w dowcipach. Mogli też być zbrodniczymi złoczyńcami.
5. Po jakimś czasie homoseksualiści mogli też ginąć. Tragicznie. Może z powodu desperackiego wstrętu do samych siebie. Albo z powodu ryzykanckiego wstrętu do samych siebie i złych decyzji. Albo, coraz częściej, z powodu wyniszczającej choroby.
6. Jeszcze się nie ujawniłam, kiedy homoseksualistom w mediach pozwolono być dobrymi, tragicznymi i szlachetnymi – jeśli tylko umarli. Oglądałam i pokochałam wszystkie te filmy, wszystkie te seriale. Widziałam każdego wygadanego przyjaciela-geja, przedarłam się przez filmy z lat 30., 40., 50., pełne szyfrów i niedomówień. Ujawnieni homoseksualiści, których znałam, powtarzali raz za razem, że bycie homo NIE JEST najgorszą rzeczą na świecie. Ale nie widziałam dowodów na poparcie ich tezy. Gdziekolwiek spojrzałam, homoseksualiści byli martwi lub umierający, lub stanowili żart śmieszny dlatego, że zbyt odrażający, by brać go na poważnie.
7. A potem się ujawniłam.
8. Miałam głębokie przeświadczenie, że najważniejszą zasadą bycia queer było: „Nie daj się złapać”. Nie: „Nie ujawniaj się” – nie wytrwałam zbyt długo, nie potrafię kłamać, a były wczesne lata 90. i mój uniwersytet organizował manifestacje Queer Nation – tylko „Nie daj się złapać”. Wiedziałam, że mogę powiedzieć prawdę mojej matce, moim dziadkom, moim profesorom, jasne. Ale nie manifestuj swojej homoseksualności publicznie. Nie w centrum handlowym, nie w kinie. Broń Boże w autobusie. Wiedziałam, że świat jest pełen ludzi nieustannie tropiących homoseksualność u innych. Podejrzliwych, czujnych, wiecznie rozglądających się za homoseksualistami. Homoseksualizm był zbrodnią kryjącą się w umyśle obserwującego. Mogłam zostać uznana winną za samo czytanie książki na przystanku; o ile gorsza była moja sytuacja teraz, kiedy faktycznie byłam lesbijką. O ile bardziej musiałam być ostrożna.
9. Kiedy skończyłam dwadzieścia jeden lat, mogłam zacząć chodzić do klubów. Wystrój się, nałóż płaszcz, żeby ukryć ubranie, wgramol się do samochodu z przyjaciółmi, opuść szyby latem, jasne, włącz muzykę, śpiewaj do niej, zamknij okno, gdy z sąsiedniego samochodu lub furgonetki zaczynają sypać się groźby, módl się, by nie pojechali za wami, dojedź do klubu, rozejrzyj się przed zaparkowaniem, żeby sprawdzić, czy nikt nie czai się na parkingu lub na ulicy, schowaj cenne rzeczy w samochodzie, zamknij go, podejdź do klubu. Czekaj w kolejce, śmiejąc się, flirtując, uśmiechając nerwowo, nerwowo przestępując z nogi na nogę, wszystko robiąc z nerwową ekscytacją, bądź wdzięczna za bramkarza obserwującego chodnik, zapłać, wejdź.
Wejdź.
Idź pewnie, odpręż się, odetchnij, odetchnij głęboko i z radością, poczuj zapach dymu i piwa, i potu, nic nie ma znaczenia, bo tutaj – tutaj nikt nie czeka by przyłapać cię na gorącym uczynku bycia lesbijką.
Zdejmij czujność.
Zdejmij czujność i tańcz.
10. Nikt nigdy mnie nie zaatakował na parkingu przed klubem. Moim przyjaciołom wybili szybę w oknie. Innych śledzono, straszono, rzucano butelkami.
11. W którymś momencie świat się zmienił. Część tej zmiany wynika z faktu, że ludzie wierzący, że bycie homoseksualistą to dosłownie najgorsza rzecz, jaką człowiek może zrobić, gorsza niż morderstwo, czują się nieliczni i zagrożeni. I teraz, gdy czują się zagrożeni, nieliczni, mali i bezsilni, przekuwają swoją niepewność i strach w wielkie gesty. Ale dokonana 11 czerwca 2016 roku masakra w klubie Pulse w Orlando, na Florydzie, to nie jednorazowy incydent. To incydent poparty masą mikroagresji prowadzących człowieka do przekonania, że bycie homoseksualistą to dosłownie najgorsza i najohydniejsza rzecz, jaką człowiek może zrobić.
– Dalej sobie ze mną pogrywaj, to podejdę tam i cię pocałuję – powiedział mój kolega z pracy do drugiego kolegi. Groźba jest żartem, wszyscy się śmieją, ale działa, ponieważ bycie gejem jest tak odrażające, że działa jako groźba. Ustawy toaletowe każą nam się bać transseksualnych kobiet, bo to tylko mężczyźni w przebraniu, a wszyscy wiedzą, że mężczyźni przebierają się wyłącznie, by podglądać kobiety. Wiemy to, bo wszyscy widzieliśmy seriale, filmy, skecze SNL. Mężczyźni w przebraniu są śmieszni, bo są odrażający – nie tylko próbują być kobietami, co jest obrzydliwe i śmieszne, bo nikt nie chce być kobietą, ale jeszcze są w tym kiepscy, stanowią brzydkie i niedotykalne kobiety, nikogo nie są w stanie nabrać. Rejestry przestępców seksualnych twierdziły i nadal twierdzą, że bycie gejem to to samo, co bycie pedofilem.
12. Każdy jest bohaterem własnej historii. Każdy jest bohaterem, „tym dobrym” we własnym życiu. Jeśli jakiś człowiek wierzy we wszystkie kłamstwa wpajane przez mikroagresje, jeśli jakiś człowiek wierzy, że wszyscy geje to pedofile, że wszystkie osoby transseksualne to kłamcy i oszuści, jeśli ktoś głęboko wierzy, że bycie homoseksualistą to dosłownie najgorsza i najohydniejsza rzecz, jaką człowiek może zrobić... to co powinien zrobić? Dobry człowiek walczy ze złem. Dobry człowiek przeciwstawia się złoczyńcom. Dobry człowiek przekonuje, krzyczy i błaga, a jeśli nikt nie słucha, dobry człowiek może – z desperacji i gniewu, i pełnego przekonania – chwycić za broń i iść zabijać potwory.
W oczach wielu jestem potworem.
W oczach wielu zasługuję na śmierć.
Ludzie, którzy w to wierzą, którzy mają takie głębokie przekonanie, doszli do takiego stanowiska, bo wszyscy na to pozwalamy. Pozwalamy, by toksyczne poglądy się rozprzestrzeniały. Każda mikroagresja skierowana w stronę nieheteronormatywnych osób pozwala jakiemuś podatnemu i zdezorientowanemu człowiekowi uwierzyć, że to dobrze, właściwie i sprawiedliwie, chcieć mojej śmierci.
13. Byłam przerażona, słysząc wiadomości z Orlando. Ale nie byłam zaskoczona. Chciałabym, by morderstwa osób LGBTQIA mnie zaskakiwały. Ale przez całe życie uznawano mnie za winną bycia lesbijką. Wiem, jak bardzo, jak łatwo, jak bezmyślnie jestem nienawidzona. Nienawidzona nie dlatego, że jestem zła, ale dlatego, że jestem najpotworniejszą, najobrzydliwszą rzeczą, jaką ludzie są w stanie sobie wyobrazić.
14. Strzelec udał się do miejsca bezpieczeństwa, radości i szczęścia. Udał się do miejsca, do którego osoby queerowe udają się, gdy słyszymy, że jesteśmy zbyt queerowi, by pokazywać się gdziekolwiek indziej. Udał się do miejsca, gdzie całe to epatowanie i celebrowanie queerowości byłoby przed nim ukryte. Ten wojowniczy mściciel, dobry człowiek z bronią, o których tyle się słyszy, szukał go. Wziął swoją prawość i poszedł polować na homoseksualistów, których bał się i nienawidził.
15. Zatem co dalej. Jak mamy żyć w świecie, który boi się nas i nienawidzi?
Nie mogę nikogo powstrzymać przed zamordowaniem drugiego człowieka. Nie mam takiej mocy. Ale mówię... „Dość”. Mam dość puszczania mimo uszu żartów i docinków. Nie mogę dłużej biernie tolerować bycia puentą, groźbą, postrachem, ostrzegawczą historią. Mam po prostu... dość.
Nie mogę zapobiec morderstwom w Orlando ani żadnym innym zabójstwom osób nieheteronormatywnych.
Ale nie będę już przyzwalać w milczeniu.
– czyli po polsku „wyszukane”. Wrażenia, spostrzeżenia, okruchy inspiracji. Z książek, ze świata, z wnętrza mojej głowy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lgbtq. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lgbtq. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 14 czerwca 2016
środa, 20 marca 2013
Na marginesach. Queerowa fantastyka
Jakiś czas temu recenzowałem Pożądanie – antologię opowiadań „miłosnych, zmysłowych, erotycznych i dziwnych” (sic) – i narzekałem na to, że niemal wszystkie (z jednym chlubnym wyjątkiem) są o związkach heteroseksualnych. To zjawisko nie do końca mnie dziwi, stanowi bowiem odbicie podświadomych założeń, które przyjmuje większość ludzi (ja na ogół też). Jeśli ludzie na ulicach są dla nas i dla pisarzy domyślnie heteroseksualni, to tak samo będzie z bohaterami opowiadań. Nie zamierzam w tym miejscu nikomu czynić z tego powodu wyrzutów, co najwyżej jest mi szkoda niewykorzystanych możliwości; opowiadanie Anny Kańtoch, które wyłamało się z tego schematu, należało do tych najciekawszych w całym zbiorze. Zamiast narzekać, zamówiłem dwie antologie gejowskiej fantastyki. Pierwsza to Queer Fear z 2000 roku, zredagowana przez Michaela Rowe'a, druga – najnowsza odsłona ukazującego się co roku zbioru Wilde Stories (nawiązanie do Oscara w pełni zamierzone) przygotowywanego przez Steve'a Bermana.
Przed omówieniem obu antologii warto poświęcić parę słów temu, co to w ogóle jest „gejowska fantastyka”, bo określenie to rodzi sporo problemów (podobnie jak np. „literatura kobieca”, etykietka jeszcze bardziej kłopotliwa). Czy to teksty pisane przez autorów-homoseksualistów? Zawierające postaci gejów? Opisujące specyficzne problemy, z jakimi się stykają? Biogramy wykazują, że opowiadania zawarte w obu zbiorach pisali i mężczyźni, i kobiety, orientację seksualną można wyczytać tylko czasami ze wzmianki „lives with his partner in…”. Spora część opowiadań osnuta jest na problemach charakterystycznych dla życia gejów (to teksty z reguły ciekawsze, ale niekoniecznie lepsze), ale nie wszystkie. Cechą wspólną dla nich wszystkich, a zatem najbardziej użyteczną, jeśli chcielibyśmy stworzyć jakąś definicję, jest to, że homoseksualiści są obsadzani w rolach głównych bohaterów.
***
Queer Fear prezentuje dosyć szeroki przekrój podgatunków horroru, zawierających motywy homoseksualne – są tu i opowiadania w stylu gore, jak The Nightguard, i wpadające w makabreskę, jak Nestle's Revenge, ale też subtelniejsze, bazujące na przykład na historiach o duchach (Spindleshanks, Genius Loci) czy takie, które w ogóle są pozbawione elementu zagrożenia (albo go wprost nie pokazują), jak doskonała Tabula Rasa. Niektóre w ogóle trudno zaklasyfikować jako horror, przechodzą raczej w bardzo szeroko rozumianą fantastykę. We wszystkich wyraźnie zaakcentowano wątki obyczajowe, albo skupiając się na relacjach uczuciowych między bohaterami (Bear Shirt, The Siege), albo na sytuacji społecznej gejów: strachu przed przemocą (Hey Fairy, niestety zredukowane do bardzo prostej fantazji o zemście), życiu w szafie, bez możliwości wyjawienia swoich pragnień (Piercing Men), pierwszych, przeżywanych ukradkiem doświadczeniach homoseksualnych, stracie przyjaciół czy byłych partnerów z powodu AIDS.
Pod tym względem jest to antologia skierowana do gejów (o trudnościach w identyfikacji z bohaterami tradycyjnych horrorów bardzo ciekawie pisze we wstępie Michael Rowe), z drugiej strony – bo chyba literatura ma opowiadać nie tylko o nas samych (wtedy czytaliby ją sami twórcy), ale też pozwalać nam wejść na chwilę w skórę innego człowieka, poznać jego myśli, pragnienia i obawy? Wydaje mi się, że tak, więc abstrahując od wszelkich powinności moralnych, których literatura przecież wypełniać nie musi, dobrze, że takie antologie powstają – szczególnie, że fantastyka (czy popkultura w ogóle) inność pokazuje rzadko. No a poza tym: horrorowy sztafaż jest przecież uniwersalny i, jak zauważa autorka tej recenzji, przemawia do wszystkich fanów opowieści grozy.
Wyróżnienia
Bear Shirt – tekst o poszukiwaniu swojego prawdziwego ja i o tym, jak trudno żyć z kimś, kto może być niezrównoważony, okraszona sporą dawką mistyki inspirowanej mitologią nordycką. Postać białego supremisty-geja zafascynowanego legendami o berserkerach niesamowicie intrygująca, szkoda, że wątek rasowy nie doczekał się rozwinięcia.
Nestle's Revenge – gdyby Edgar Alan Poe był campową ciotą z Hollywood, to zamiast Czarnego kota napisałby właśnie ten tekst. Spora dawka makabry wymieszanej z absurdalnym tokiem myślenia coraz bardziej odklejonego od rzeczywistości narratora – czego tu nie lubić?
Tabula Rasa – domek w górach odcięty od świata, narrator, zazdrosny kochanek i kilku eks-chłopaków: taką sytuację początkową znajdujemy w tym opowiadaniu. Mocno pachnie klasycznym kryminałem, nie wiadomo tylko, czy jest morderca, czy go nie ma, ale tak czy inaczej napięcie i niepokój rosną aż do końca wraz ze znikaniem kolejnych gości. Mocna historia o zazdrości i pragnieniu posiadania przeszłości drugiej osoby na wyłączność.
Wilde Stories zbiera utwory należące do tego, co po angielsku nazywa się ładnie speculative fiction, a co po polsku należałoby chyba po prostu nazwać fantastyką, choć mam wrażenie, że termin angielski jest dużo szerszy niż polski.
W Queer Fear opowiadania, nawet jeśli nie wywoływały strachu, to przyjmowały charakterystyczną dla większości literackich horrorów kameralną perspektywę, opisując losy jednego czy dwóch bohaterów (w ostateczności małej grupki) z akcją osadzoną we współczesności. Autorzy tekstów zgromadzonych w Wilde Stories prezentują dużo szerszą perspektywę, bawiąc się jednocześnie światem przedstawionym. Już pierwsze opowiadanie, Arab's Prayer, przenosi nas w przyszłość, choć niedaleką, opisując przełomowy moment legalizacji małżeństw między wyznawcami islamu i judaizmu (w domyśle chyba również homoseksualnych, choć nie jest to dla mnie do końca jasne; to bardzo krótki tekst, w którym autor każe wszystkiego domyślać się czytelnikowi). Aluzję chyba łatwo dostrzec, choć dodanie wątku porozumienia między religiami nadaje tekstowi wymowę uniwersalną.
Opowiadań traktujących o rewolucji czy przełomie społecznym, co ciekawe w większości pokojowych, jest tutaj jeszcze kilka, z których wspomnę tylko dwa najciekawsze. W Color Zap!, gdzie obiektem prześladowań na wypranej z barw planecie skolonizowanej przez gejów są wszyscy ludzie kolorowi (to znaczy posiadający na przykład zielone włosy, jak główny bohater), czynnikiem wyzwalającym jest sztuka. W The Peacock – opisującym uzyskanie świadomości przez spambota i późniejszą emancypację maszyn – miłość przekraczająca granicę człowiek–maszyna.
Sporo tekstów jednak nie mieści się w kategoriach fantasy/science fiction i spokojnie mogłoby się znaleźć w antologii omówionej powyżej.
Wyróżnienia
The Peacock – temat wałkowany mnóstwo razy w literaturze sf, ale chyba nigdy maszyną uzyskującą samoświadomość nie był samotny spambot poszukujący miłości. Dodaje to tekstu świeżości, ale też mnóstwa humoru.
A Razor in an Apple – bardzo uniwersalna, trochę niepokojąca opowieść żalu, o tym, jak dużą cenę bylibyśmy skłonni zapłacić za chwilowy choćby powrót do przeszłości – i może jeszcze o tym, że jeśli nie zaakceptujemy straty, to żadna ilość takich powrotów nas nie zaspokoi.
***
Tym, co mnie nieco zaskoczyło w obu antologiach, jest nieobecność lesbijek i osób transseksualnych. Nie wiem, czy miała prawo mnie zaskoczyć, w końcu na obu okładkach napisano wyraźnie: gay (które jednak w języku angielskim ma nieco szersze znaczenie niż w polskim). Mimo to w Queer Fear znalazło się jedno opowiadanie, którego bohaterkami są lesbijki, na swój sposób ten brak podkreśla też Color Zap!, gdzie natychmiast zacząłem się zastanawiać, czy lesbijki też poleciały zająć własną planetę. O bi i trans już nie wspominając.
Z drugiej strony, wnioskując z przedmów do obu antologii, są one tworzone raczej z myślą o środowiskach, które opisują, więc może takie oddzielenie ma sens. Może lesbijki mniej chętnie czytałyby o gejach, geje o lesbijkach i tak dalej. Nie wiem. Ale natchniony tą myślą postanowiłem poguglać przy okazji za fantastycznymi antologiami spod znaku innych literek niż G. No i znalazłem Heiresses of Russ: The Year's Best Lesbian Speculative Fiction, a także Beyond Binary: Genderqueer and Sexually Fluid Speculative Fiction. Więc chyba faktycznie ciągnie swój do swego, każdą z grup tworzących queerową społeczność należy traktować jako osobny target (w sumie zupełnie słusznie) – antologia „mieszana” wyglądałaby zupełnie inaczej i miałaby, jak sądzę, zupełnie inny cel.
Przed omówieniem obu antologii warto poświęcić parę słów temu, co to w ogóle jest „gejowska fantastyka”, bo określenie to rodzi sporo problemów (podobnie jak np. „literatura kobieca”, etykietka jeszcze bardziej kłopotliwa). Czy to teksty pisane przez autorów-homoseksualistów? Zawierające postaci gejów? Opisujące specyficzne problemy, z jakimi się stykają? Biogramy wykazują, że opowiadania zawarte w obu zbiorach pisali i mężczyźni, i kobiety, orientację seksualną można wyczytać tylko czasami ze wzmianki „lives with his partner in…”. Spora część opowiadań osnuta jest na problemach charakterystycznych dla życia gejów (to teksty z reguły ciekawsze, ale niekoniecznie lepsze), ale nie wszystkie. Cechą wspólną dla nich wszystkich, a zatem najbardziej użyteczną, jeśli chcielibyśmy stworzyć jakąś definicję, jest to, że homoseksualiści są obsadzani w rolach głównych bohaterów.
***
Queer Fear prezentuje dosyć szeroki przekrój podgatunków horroru, zawierających motywy homoseksualne – są tu i opowiadania w stylu gore, jak The Nightguard, i wpadające w makabreskę, jak Nestle's Revenge, ale też subtelniejsze, bazujące na przykład na historiach o duchach (Spindleshanks, Genius Loci) czy takie, które w ogóle są pozbawione elementu zagrożenia (albo go wprost nie pokazują), jak doskonała Tabula Rasa. Niektóre w ogóle trudno zaklasyfikować jako horror, przechodzą raczej w bardzo szeroko rozumianą fantastykę. We wszystkich wyraźnie zaakcentowano wątki obyczajowe, albo skupiając się na relacjach uczuciowych między bohaterami (Bear Shirt, The Siege), albo na sytuacji społecznej gejów: strachu przed przemocą (Hey Fairy, niestety zredukowane do bardzo prostej fantazji o zemście), życiu w szafie, bez możliwości wyjawienia swoich pragnień (Piercing Men), pierwszych, przeżywanych ukradkiem doświadczeniach homoseksualnych, stracie przyjaciół czy byłych partnerów z powodu AIDS.Pod tym względem jest to antologia skierowana do gejów (o trudnościach w identyfikacji z bohaterami tradycyjnych horrorów bardzo ciekawie pisze we wstępie Michael Rowe), z drugiej strony – bo chyba literatura ma opowiadać nie tylko o nas samych (wtedy czytaliby ją sami twórcy), ale też pozwalać nam wejść na chwilę w skórę innego człowieka, poznać jego myśli, pragnienia i obawy? Wydaje mi się, że tak, więc abstrahując od wszelkich powinności moralnych, których literatura przecież wypełniać nie musi, dobrze, że takie antologie powstają – szczególnie, że fantastyka (czy popkultura w ogóle) inność pokazuje rzadko. No a poza tym: horrorowy sztafaż jest przecież uniwersalny i, jak zauważa autorka tej recenzji, przemawia do wszystkich fanów opowieści grozy.
Wyróżnienia
Bear Shirt – tekst o poszukiwaniu swojego prawdziwego ja i o tym, jak trudno żyć z kimś, kto może być niezrównoważony, okraszona sporą dawką mistyki inspirowanej mitologią nordycką. Postać białego supremisty-geja zafascynowanego legendami o berserkerach niesamowicie intrygująca, szkoda, że wątek rasowy nie doczekał się rozwinięcia.
Nestle's Revenge – gdyby Edgar Alan Poe był campową ciotą z Hollywood, to zamiast Czarnego kota napisałby właśnie ten tekst. Spora dawka makabry wymieszanej z absurdalnym tokiem myślenia coraz bardziej odklejonego od rzeczywistości narratora – czego tu nie lubić?
Tabula Rasa – domek w górach odcięty od świata, narrator, zazdrosny kochanek i kilku eks-chłopaków: taką sytuację początkową znajdujemy w tym opowiadaniu. Mocno pachnie klasycznym kryminałem, nie wiadomo tylko, czy jest morderca, czy go nie ma, ale tak czy inaczej napięcie i niepokój rosną aż do końca wraz ze znikaniem kolejnych gości. Mocna historia o zazdrości i pragnieniu posiadania przeszłości drugiej osoby na wyłączność.
Wilde Stories zbiera utwory należące do tego, co po angielsku nazywa się ładnie speculative fiction, a co po polsku należałoby chyba po prostu nazwać fantastyką, choć mam wrażenie, że termin angielski jest dużo szerszy niż polski.
W Queer Fear opowiadania, nawet jeśli nie wywoływały strachu, to przyjmowały charakterystyczną dla większości literackich horrorów kameralną perspektywę, opisując losy jednego czy dwóch bohaterów (w ostateczności małej grupki) z akcją osadzoną we współczesności. Autorzy tekstów zgromadzonych w Wilde Stories prezentują dużo szerszą perspektywę, bawiąc się jednocześnie światem przedstawionym. Już pierwsze opowiadanie, Arab's Prayer, przenosi nas w przyszłość, choć niedaleką, opisując przełomowy moment legalizacji małżeństw między wyznawcami islamu i judaizmu (w domyśle chyba również homoseksualnych, choć nie jest to dla mnie do końca jasne; to bardzo krótki tekst, w którym autor każe wszystkiego domyślać się czytelnikowi). Aluzję chyba łatwo dostrzec, choć dodanie wątku porozumienia między religiami nadaje tekstowi wymowę uniwersalną.
Opowiadań traktujących o rewolucji czy przełomie społecznym, co ciekawe w większości pokojowych, jest tutaj jeszcze kilka, z których wspomnę tylko dwa najciekawsze. W Color Zap!, gdzie obiektem prześladowań na wypranej z barw planecie skolonizowanej przez gejów są wszyscy ludzie kolorowi (to znaczy posiadający na przykład zielone włosy, jak główny bohater), czynnikiem wyzwalającym jest sztuka. W The Peacock – opisującym uzyskanie świadomości przez spambota i późniejszą emancypację maszyn – miłość przekraczająca granicę człowiek–maszyna.
Sporo tekstów jednak nie mieści się w kategoriach fantasy/science fiction i spokojnie mogłoby się znaleźć w antologii omówionej powyżej.
Wyróżnienia
The Peacock – temat wałkowany mnóstwo razy w literaturze sf, ale chyba nigdy maszyną uzyskującą samoświadomość nie był samotny spambot poszukujący miłości. Dodaje to tekstu świeżości, ale też mnóstwa humoru.
A Razor in an Apple – bardzo uniwersalna, trochę niepokojąca opowieść żalu, o tym, jak dużą cenę bylibyśmy skłonni zapłacić za chwilowy choćby powrót do przeszłości – i może jeszcze o tym, że jeśli nie zaakceptujemy straty, to żadna ilość takich powrotów nas nie zaspokoi.
***
Tym, co mnie nieco zaskoczyło w obu antologiach, jest nieobecność lesbijek i osób transseksualnych. Nie wiem, czy miała prawo mnie zaskoczyć, w końcu na obu okładkach napisano wyraźnie: gay (które jednak w języku angielskim ma nieco szersze znaczenie niż w polskim). Mimo to w Queer Fear znalazło się jedno opowiadanie, którego bohaterkami są lesbijki, na swój sposób ten brak podkreśla też Color Zap!, gdzie natychmiast zacząłem się zastanawiać, czy lesbijki też poleciały zająć własną planetę. O bi i trans już nie wspominając.
Z drugiej strony, wnioskując z przedmów do obu antologii, są one tworzone raczej z myślą o środowiskach, które opisują, więc może takie oddzielenie ma sens. Może lesbijki mniej chętnie czytałyby o gejach, geje o lesbijkach i tak dalej. Nie wiem. Ale natchniony tą myślą postanowiłem poguglać przy okazji za fantastycznymi antologiami spod znaku innych literek niż G. No i znalazłem Heiresses of Russ: The Year's Best Lesbian Speculative Fiction, a także Beyond Binary: Genderqueer and Sexually Fluid Speculative Fiction. Więc chyba faktycznie ciągnie swój do swego, każdą z grup tworzących queerową społeczność należy traktować jako osobny target (w sumie zupełnie słusznie) – antologia „mieszana” wyglądałaby zupełnie inaczej i miałaby, jak sądzę, zupełnie inny cel.
czwartek, 15 listopada 2012
O czytaniu literatury starożytnej
Mój dotychczasowy kontakt z literaturą antyczną (wykłady prowadzone przez nieco homofobicznego i ciut więcej niż trochę mizoginistycznego profesora – nie liczę w tym momencie mitów poznawanych z drugiej albo i trzeciej ręki) zdecydowanie nie nastawiał pozytywnie do dalszych prób jej poznania i zachwycenia się. Jednak czas stopniowo leczy traumy związane z przymusowym poznawaniem literatury i pozwala odrodzić się naturalnej ciekawości. Dlatego, kiedy pewnego dnia radośnie łupiłem biblioteczkę przyjaciół, porwałem również ze sobą Satyryki Petroniusza. Moje zainteresowanie tym konkretnym tekstem w mniejszym stopniu wzbudził fakt, że to zabytek kultury rzymskiej, w większym przynależność gatunkowa. Niektórzy nazywają bowiem Satyryki pierwszą powieścią (w dość luźnym tego słowa znaczeniu) gejowską, można w nich również odnaleźć wyraźne tendencje, które kilka stuleci później miały utworzyć powieść pikarejską (zwaną również łotrzykowską).
Satyryki opisują kolejne przygody, wypadki i niepowodzenia Enkolpiusza – byłego gladiatora, a jednocześnie człowieka niezwykle wykształconego i oczytanego – który za obrazę boga Priapa został pokarany impotencją i tuła się po Italii i przyległościach razem ze swoim szesnastoletnim kochankiem, Gitonem, oraz Askyltosem, dawnym chłopakiem, który teraz ma chętkę na Gitona. Trójka ta co rusz pakuje się w nowe kłopoty (m.in. po raz kolejny obrażają Priapa, uciekają też przed małżeństwem, które miało wyraźną ochotę podzielić się Enkolpiuszem i Gitonem), zdarza im się kraść, oszukiwać, wdawać w bójki – ot, zwyczajny los pikarejskich bohaterów. Jednocześnie Enolpiusz cały czas poszukuje sposobu odwrócenia klątwy rzuconej przez boga i przeżywa kolejne rozczarowania, kiedy męskość go zawodzi. Schemat fabularny (niepowodzenia wywołane obrazą boga) przypomina nieco Odyseję (nie wiem czy zamierzenie, ale chyba można przyjąć, że tak) – bawi mnie to skojarzenie, bo rejestr obu tekstów jest zupełnie inny.
Wypadki toczą się szybkim tempem, choć przetykają je często rozmowy na temat kultury, sztuki, edukacji, retoryki i tego, jak wszystko schodzi na psy (przypisy zapewniają jakiś podstawowy kontekst dla tych dyskusji). Niestety mam wrażenie, że tych fragmentów zachowało się więcej niż emocjonujących przygód, co bywa ogromnie frustrujące – brakuje bowiem sporej (jak można sądzić ze streszczenia zrekonstruowanego na podstawie zachowanych części) partii tekstu na początku (to się nazywa początek in medias res), a także zakończenia; w środku również zieją spore dziury i często się zdarza, że rozpętana właśnie awantura urywa się nagle, a kiedy przechodzimy do kolejnej części, toczy się kolejna dyskusja kulturalna. Podejrzewam w tym jakiś spisek filologów klasycznych, a może starożytnych/wczesnośredniowiecznych bibliotekarzy.
Poza tym uderzające bywa, jak mało się zestarzały niektóre elementy i jak podobny bywa starożytny Rzym do współczesności. Sprzeczki Enkolpiusza z Askyltosem, sposób, w jaki obaj mówią, nasuwały mi czasem skojarzenia z ciotami z Lubiewa. Najobszerniejszy zachowany fragment tekstu, Uczta Trymalchiona spokojnie można sobie wyobrazić jako wystawną imprezę u nuworysza zgrywającego znawcę kultury, który w miarę, jak wypija coraz to większą ilość alkoholu, robi z siebie coraz większego idiotę, aż wreszcie zaczyna przy gościach awanturować się z żoną i wszyscy zastanawiają się, jak by tu dyskretnie uciec. Nie wspominając już o wartkiej akcji, swobodzie obyczajowej (wszyscy radośnie romansują ze wszystkimi niezależnie od płci; kiedy Giton puszcza Enkolpiusza kantem, ten próbuje znaleźć pocieszenie w ramionach pięknej Kirke) i humorze.
Dotarłszy do końca – nie zakończenia, ale kolejnego wielokropka, jakimi usiany jest tekst, z kilkoma zdaniami komentarza edytorskiego – poczułem smutek, że zachowało się tylko tyle. I to chyba najlepsze podsumowanie; jeśli po tylu wiekach literaturę można doceniać nie tylko na poziomie intelektualnym, ale też emocjonalnym, jeśli potrafi usidlić czytelnika, to myślę, warto ją czytać.
PS. W ramach ciekawostki dodam, że według niektórych hipotez autor Satyryk to Petroniusz znany nam z Quo vadis. Moja sympatia do autora rośnie jeszcze bardziej, kiedy wyobrażam go sobie z twarzą Bogusława Lindy.
Satyryki opisują kolejne przygody, wypadki i niepowodzenia Enkolpiusza – byłego gladiatora, a jednocześnie człowieka niezwykle wykształconego i oczytanego – który za obrazę boga Priapa został pokarany impotencją i tuła się po Italii i przyległościach razem ze swoim szesnastoletnim kochankiem, Gitonem, oraz Askyltosem, dawnym chłopakiem, który teraz ma chętkę na Gitona. Trójka ta co rusz pakuje się w nowe kłopoty (m.in. po raz kolejny obrażają Priapa, uciekają też przed małżeństwem, które miało wyraźną ochotę podzielić się Enkolpiuszem i Gitonem), zdarza im się kraść, oszukiwać, wdawać w bójki – ot, zwyczajny los pikarejskich bohaterów. Jednocześnie Enolpiusz cały czas poszukuje sposobu odwrócenia klątwy rzuconej przez boga i przeżywa kolejne rozczarowania, kiedy męskość go zawodzi. Schemat fabularny (niepowodzenia wywołane obrazą boga) przypomina nieco Odyseję (nie wiem czy zamierzenie, ale chyba można przyjąć, że tak) – bawi mnie to skojarzenie, bo rejestr obu tekstów jest zupełnie inny.
Wypadki toczą się szybkim tempem, choć przetykają je często rozmowy na temat kultury, sztuki, edukacji, retoryki i tego, jak wszystko schodzi na psy (przypisy zapewniają jakiś podstawowy kontekst dla tych dyskusji). Niestety mam wrażenie, że tych fragmentów zachowało się więcej niż emocjonujących przygód, co bywa ogromnie frustrujące – brakuje bowiem sporej (jak można sądzić ze streszczenia zrekonstruowanego na podstawie zachowanych części) partii tekstu na początku (to się nazywa początek in medias res), a także zakończenia; w środku również zieją spore dziury i często się zdarza, że rozpętana właśnie awantura urywa się nagle, a kiedy przechodzimy do kolejnej części, toczy się kolejna dyskusja kulturalna. Podejrzewam w tym jakiś spisek filologów klasycznych, a może starożytnych/wczesnośredniowiecznych bibliotekarzy.
Poza tym uderzające bywa, jak mało się zestarzały niektóre elementy i jak podobny bywa starożytny Rzym do współczesności. Sprzeczki Enkolpiusza z Askyltosem, sposób, w jaki obaj mówią, nasuwały mi czasem skojarzenia z ciotami z Lubiewa. Najobszerniejszy zachowany fragment tekstu, Uczta Trymalchiona spokojnie można sobie wyobrazić jako wystawną imprezę u nuworysza zgrywającego znawcę kultury, który w miarę, jak wypija coraz to większą ilość alkoholu, robi z siebie coraz większego idiotę, aż wreszcie zaczyna przy gościach awanturować się z żoną i wszyscy zastanawiają się, jak by tu dyskretnie uciec. Nie wspominając już o wartkiej akcji, swobodzie obyczajowej (wszyscy radośnie romansują ze wszystkimi niezależnie od płci; kiedy Giton puszcza Enkolpiusza kantem, ten próbuje znaleźć pocieszenie w ramionach pięknej Kirke) i humorze.
Dotarłszy do końca – nie zakończenia, ale kolejnego wielokropka, jakimi usiany jest tekst, z kilkoma zdaniami komentarza edytorskiego – poczułem smutek, że zachowało się tylko tyle. I to chyba najlepsze podsumowanie; jeśli po tylu wiekach literaturę można doceniać nie tylko na poziomie intelektualnym, ale też emocjonalnym, jeśli potrafi usidlić czytelnika, to myślę, warto ją czytać.
PS. W ramach ciekawostki dodam, że według niektórych hipotez autor Satyryk to Petroniusz znany nam z Quo vadis. Moja sympatia do autora rośnie jeszcze bardziej, kiedy wyobrażam go sobie z twarzą Bogusława Lindy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

