wtorek, 3 stycznia 2017

Pocztówka z Norwich

Tombland

Muzeum jest ciche i zimne, nie ma w nim zegarów (w domu powieszonego nie mówi się o sznurku). Wyrwane ziemi eksponaty drżą w swoich gablotach. Próbują wyszarpnąć trochę mojego czasu i kiedy wychodzę z zamku garbię się, mrużę oczy przed światłem. Ze wzgórza skręcam w prawo, w stronę rzeki i katedry. Teren się obniża, jakbym schodził w głąb innej epoki geologicznej. Wchodzę do antykwariatu – jest taki, jaki antykwariat być powinien, ciemne drewno, kurz, płócienne oprawy. Na pewno nie jest prawdziwy. Obok mężczyzna w zielonym tweedzie – końce brwi ma wygięte diabolicznie, ale w dobry sposób.

– Dlaczego Norwich? – zastanawia się na głos. Porusza szczęką, przymierza słowa, sprawdza, czy pasują. – Może dlatego, że jest księgą, którą można się okryć i zostanie jeszcze miejsce na niebo.

Zmierzcha już, gdy wychodzę: robotnicy na linach rozciągają wielkie płótno pełne malowanych gwiazd. Łopocze nad miastem.

* * *

Przerwa dobrze mi zrobiła. Wypocząłem, naładowałem się twórczą energią, trochę rzeczy też napisałem. W nowy rok mogę więc wejść z nowymi tekstami. Tombland to początek nieregularnego (tzn. bardziej nieregularnego niż wierszowe wtorki) cyklu, w którym za pomocą prozy poetyckiej próbuję pisać o jednym z miast, które kocham.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz