wtorek, 25 października 2016

W niebie

Kolejka przesuwała się po długich drewnianych schodach – kiedyś pewnie pomalowanych na połysk brązową farbą, teraz szarych i zakurzonych. Patrzyłem pod nogi, więc nie widziałem, że jesteśmy w sieni starego domu, z wzorkami wymalowanymi na ścianach, z firankami w oknach. Trochę wszyscy rozmawialiśmy, zupełnie nie jak w rzeczywistości. W końcu trafiliśmy przed drzwi ze Słońcem i Księżycem, a za nimi, przy wysokim sędziowskim podium siedziała Matka Boska z twarzą surową jak nadrzeczny kamień. Obok znajdowało się zejście do nieba. Zapytałem, czy wolno mi tam pójść. No tak powiedziała rozdrażniona. Może bolały ją blizny. Pobiegłem, żeby nie zmieniła zdania.

Do nieba schodziło się po sznurowej siatce. Wszystko tam było płaskie i czarno-białe, żeby każdy wiedział, że już nie żyje.

* * *

Po lekturze kilku wyróżnionych w ostatnich miesiącach różnymi nagrodami książek złapałem fazę na prozę poetycką – to ciekawa forma, która pozwala pisać jednocześnie oszczędnie i gęsto. Tak jak lubię, więc stanowi świetne ćwiczenie. Na pewno jeszcze tu zagości.

Wspinam się przy tym na szczyty pretensjonalności, bo dzisiejszy tekst to zapis czegoś, co mi się kiedyś przyśniło. Oh well.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz